Выбрать главу

– Czy istnieje zatem możliwość, że poszukiwani nie opuścili terytorium kraju? – do rozmowy włączył się przeraźliwie chudy mężczyzna z dystynkcjami pułkownika Służb Specjalnych.

– Tak przypuszczam. Sądzę, że wykorzystali zamieszanie, aby odbić jak najdalej od Rijksveld, a obecnie przywarowali w jakiejś kryjówce i czekają nocy.

– Nie mogą uciec! – z naciskiem powiedział Pułkownik.

– Zrobimy wszystko, co tylko leży w naszej mocy.

Pułkownik nie lubił takich gołosłownych zapewnień, był wściekły na Maarensa, który pętał się za nim z miną zbitego psa. Niewątpliwie kariera tego ambitnego oficera dobiegła końca. Niewykluczone, że trzeba będzie go zdegradować. Szkoda, bo stary funkcjonariusz był niezwykle przywiązany do swego protegowanego. Maarens, doktor filozofii, miał znaczne zasługi w podniesieniu na wyższy poziom i samej inwigilacji, i technik sterowania ludźmi w akcji M/t. W krytycznych sytuacjach, w odróżnieniu od swego szefa, potrafił być brawurowo odważny, a to, że był kobieciarzem, w kręgach dżentelmenów uchodziło za zaletę.

– Brałem pod uwagę, że dziewczyna może pracować dla przeciwników, kazałem ją śledzić, ale nie przypuszczałem, że uderzenie nastąpi tak błyskawicznie – mówił, tłumacząc się przed szefem.

– Tempo to ich główny atut. I tajemnica – powiedział w zamyśleniu Pułkownik. – Do tej pory nie wiemy, kim są i dla kogo pracują? Nie przypuszczam, żeby krył się za tym któryś z wielkich wywiadów. W jednych mamy lojalnych współpracowników, w drugich wtyczki. Frontowi Afrykanie? To nie w ich stylu.

– Osobiście nie wykluczam jakiejś prywatnej firmy. Namnożyło się teraz tych akwizycyjnych agencji szpiegowskich, co to jednym kradną, drugim sprzedają i na odwrót. A na informacjach z Placówki Zero można zrobić majątek – stwierdził Maarens.

– Tak, zwłaszcza mając Hindusa. Ten chłopak, zakładając, że utrzymają go przy życiu, może być dla nich bezcenny. Kto wie, czy nie mamy do czynienia z największym zagrożeniem dla M/t od chwili powstania programu.

– Na pańskie życzenie grupa studialna rozpatruje manewr przeniesienia Ogrodu Nauk w inne miejsce.

– Czas, czas! Ciągle mamy za mało czasu. Przeniesienie ogródka w tej chwili to katastrofa, zastopowanie programów, zwrócenie uwagi na akcję… same mankamenty.

– Są pewne sygnały, że być może nasi wrogowie wystawią na sprzedaż część informacji, mogą chcieć, żebyśmy je od nich odkupili. Tak przynajmniej sygnalizuje z Harare nasz stary agent, który ma rozmaite kontakty.

– Denningham? Nie wiem, ale od pewnego czasu nie mam do tego światowca dużego zaufania. A propos, gdzie on się teraz znajduje?

– W Durbanie, zdaje się, że wybiera się w jakiś rejs na Ocean Indyjski, ale jest pod stałą obserwacją.

– Tak czy siak, powinniśmy wzmóc ochronę Ośrodka Zero – tu Pułkownik zwrócił się do zamyślonego Halldericksa.

– Jak wyglądają, panie generale, nasze siły w rejonie Kalaharii?

– Parę maszyn na pograniczu Namibii; trzy patrolują granice Botswany.

– A w centrum obszaru: Góry Azbestowe, Manganore, Sishen?

– Kompletny spokój. Z Buszmenami nie mamy kłopotów od lat. Wszystkie siły stamtąd przesunęliśmy na południe i wschód.

Pułkownik zaciska zęby.

– W każdym razie zarządziłbym pogotowie eskadr na Yryburgu i Mafeking. – mówi.

Halldericks znów popatrzył uważnie na swego gościa.

– Pan wybaczy, Pułkowniku, ale takie decyzje może podejmować jedynie Głównodowodzący.

– Proszę mnie z nim połączyć.

W pół godziny później, na pokładzie bojowej maszyny Dowództwa Służb Specjalnych, Pułkownik opuszczał Sztab Obszaru Centralnego.

– Teraz żałuję, że nie ewakuowaliśmy przynajmniej części naukowców z Ośrodka – mówił. Wciąż pozostajemy w tyle za wydarzeniami. Która godzina?

– Czternasta dwadzieścia – odparł Maarens.

– Upłynęły cztery godziny od akcji… – cztery godziny. – Naraz, jakby ukłuty niewidzialną igłą, włączył radiotelefon i rzucił bezpośrednio do pilota – zmiana kursu, Artevelde. Prosto na zachód… Zaraz podam ci współrzędne.

Kapitan w mig zrozumiał o co chodzi. Cztery godziny wystarczały przecież, aby sanitarna awionetka mogła znaleźć się w pobliżu Marindafontein. Machinalnie włączył ostrzegawczy sygnał dla Livingstone'a.

“Placówka geofizyczna" w Marindafontein, jak określają ją oficjalne mapy, jest z zewnątrz prawie niewidoczna. Wypełnia wąską kotlinkę w starych, mocno zerodowanych skałach. Wędrowiec, który dotarłby aż do linii zasieków przecinających veld, o kilkaset metrów od skał mógłby dostrzec najwyżej betonową plombę wartowni ulokowanej między skalnymi blokami. Wśród żołnierzy zajmujących się jej zewnętrzną ochroną jest w istocie dwóch autentycznych pracowników meteorologii i geofizyki. Oni to dokonują codziennie odpowiednich pomiarów, przesyłając do centrali dane dotyczące wilgotności, temperatury, wiatru, sejsmiki.

Wiało. Kłęby kurzu unosiły się nad buszem wciskając się w każdą szczelinę i ograniczając widoczność do zaledwie kilkunastu metrów. Przygięty podoficer i szeregowiec posuwali się z wolna w kierunku drutów. Od kwadransa pulsujące światełko w centrali anonsowało uszkodzenie płotu. Przy takiej wichurze rzecz normalna, należało jednak sprawdzić i zreperować.

Żołnierze minęli otoczoną płotkiem stację pomiarową i naraz ujrzeli tuż obok linii zasieków podłużny kształt wyciągnięty na ziemi. Żołnierz odbezpieczył broń, a podoficer podbiegł do owego kształtu. Nie ulegało wątpliwości, o metr od uszkodzonego płotu leżał człowiek. Rozejrzeli się dookoła. Mimo kurzawy wyglądało na to, że leżące ciało jest jedynym podobnym obiektem w okolicy. Podoficer odwrócił je na plecy. Rozsypały się bujne jasne włosy, ukazała się sinawa twarz o spierzchniętych ustach i przymkniętych oczach! Dziewczyna! Samotna, piękna dziewczyna w głębi kalaharyjskiego interioru.

– Żyje! – zawołał podniecony szeregowiec.

– Trzeba coś z nią zrobić, jest kompletnie wycieńczona i nieprzytomna – zauważył dowódca. Wydobył manierkę i wodą próbował zwilżyć usta dziewczyny. Szło mu nieporadnie.

– Może zaniesiemy ją na wartownię? – zaofiarował się podkomendny.

– To wbrew regulaminowi – obruszył się podoficer. Wargi dziewczyny drgnęły.

– Wypadek, samochód – wymamrotała i znów głowa zwisła bezwładnie.

– Dobrze, zaniesiemy ją przynajmniej pod wartownię, szef zdecyduje co dalej… Chyba nie ma niczego złamanego.

– Chyba nie, skoro doszła aż tu.

Dowódca wartowni podzielał ich zdanie. Ostrożność przede wszystkim. Obawy rozproszyło staranne przeszukanie ubrania nieprzytomnej podróżniczki. Nie zawierało żadnej broni. Jeden urwany kawałek mapy, zupełnie zresztą innych okolic, parę banknotów i kluczyki od landrovera, który musiał utknąć gdzieś w pobliżu, zapewne podczas burzy piaskowej; reszty dopełnił srebrny pierścionek i naszyjnik z nieregularnych kamyków.

W chwilę później rozebrana i przebrana znalazła się w lazarecie zewnętrznego kręgu.

– Powinienem zawiadomić centralę – wahał się dowódca.

– Poczekajmy, aż zostanie zbadana – powiedział podoficer. – Niech wypowie się lekarz.

Wzmacniający zastrzyk dobrze zrobił nieznajomej. Otworzyła oczy.