Выбрать главу

“Autorytety" czają się -doniósł w swej korespondencji France Soir. Czyżby ekologizm miał umrzeć na uwiąd starczy?

Głosowanie nad wnioskiem Van Thorpa o potępieniu “Arkadyjczyków" dowiodło rozbicia. Sto czterdzieści dwa głosy padły za, osiemdziesiąt pięć przeciw i aż dwustu trzydziestu siedmiu delegatów wstrzymało się od zajęcia stanowiska. Podobno bohater wydarzeń, dziś już legendarny “towarzysz Lion", miał przebywać w kuluarach, ale widocznie była to plotka, albo też Groner został świetnie ucharakteryzowany, ponieważ nie wypatrzyła go ani policja, Interpol rozesłał za Gronerem listy gończe po całej Europie, ani nikt z dziennikarzy.

Mocnym echem odbiło się natomiast wystąpienie Eriki Studder, która nawoływała do scentralizowania i radykalizacji działań. Uzgadniania akcji protestacyjnych na skalę globalną.

– Potrafiliśmy uratować wieloryby i białe nosorożce, spróbujmy dokonać tego z ludźmi!

Odpowiedział jej wytworny profesor z Getyngi.

– Niech Bóg nas broni przed gwałtownymi akcjami. Nasza terapia musi przede wszystkim prowadzić do ewolucji myślenia. Nie chodzi przecież o to, aby terror przemysłu zastąpić dyktaturą ekologizmu.

– A dlaczego nie!? krzyczy Erika Studder, wspierają ją oklaski.

– Ponieważ koszty przekroczą zyski. Dziś nie stać nas na natychmiastową eliminację chemii z gospodarki i rolnictwa, na rezygnację z energii atomowej. Pójście według rad szanownej koleżanki oznaczałoby krach na miarę apokaliptyczną. Oznaczałoby głód nawet dla rejonów, w których nie znano go od stuleci. Cierpliwością, ograniczeniem demografii, edukacją powszechną, możemy…

– Kiedy?! – wrzeszczy Erika i część sali podchwytuje. – Kiedy, kiedy?

Ericksson, mały, rudy i piegowaty jak lampart kamerzysta ze sztokholmskiej telewizji, odwraca się do swego kolegi z radia.

– Chciałbyś, żeby takie babeczki przejęły władzę?

– Na szczęście to mniejszość, hałaśliwa, ale bez szans – macha ręką reporter.

Burt Denningham zajrzał na salę plenarną parę zaledwie razy. Głosowanie opuścił, udzielił natomiast krótkiej wypowiedzi agencji Tanjug, w której skrytykował nieprecyzyjną uchwałę o ochronie wód Dunaju. Jego opalenizna, pozostałość urlopu spędzonego ponoć na dalekich Maskarenach, zdążyła lekko przyblaknąć. Odbył kilka krótkich rozmów telefonicznych, fotografowie ustrzelili go podczas wymiany zdań z panną Bernini i Rodem Gardinerem. Wykręcił się natomiast z uroczystej kolacji w ratuszu, którą wydał burmistrz Sztokholmu, sympatyk Zielonych Ideii. Jego żona należała nawet do aktywistek miejscowej organizacji.

Profesor Levecque zainstalował się w hotelu obok dworca. Przedpołudnie przespał, po południu był w kinie. Zachowywał się jak typowy naukowiec na wakacjach. Poruszał się wolno, nie używał samochodu, z zainteresowaniem obserwował wystawy i długonogie Szwedki. Mimo wrodzonej czujności nie zwrócił uwagi na starszego, niepozornego mężczyznę, który dyskretnie towarzyszył jego wędrówce.

O godzinie dwudziestej pierwszej do wynajętego mieszkania w dzielnicy Solna napłynęli pierwsi z zaproszonej grupki. Następni przybywali w miarę jak udawało im się wymknąć z przyjęcia u burmistrza. Gardiner, Tardi, Ziu Dong, panna Bernini. Najtrudniej przyszło urwać się pastorowi. Spóźnił się całe pół godziny. Wszyscy zapewniali, że zgubili zarówno dziennikarzy, jak i potencjalnych tajniaków. Denningham już na nich czekał. Opuścił na okna żaluzje, a następnie otworzył klapę w suficie. Przebitym otworem przeszli na strychy, którymi przedostali się do apartamentu położonego po drugiej stronie zespołu gmachów. Tam, w małym, pozbawionym okien pomieszczeniu, oczekiwało jeszcze dwóch ludzi. Denningham przedstawił ich współtowarzyszom z Komitetu.

– Profesor Trygve Viren i jego asystent Lee Grant.

– Doprawdy, Burt, twoja tajemniczość zaczyna mnie niepokoić – uśmiechnął się Gardiner.

Zaprosiłem państwa tutaj z dwóch powodów. Akcja, jaką zamierzam przedsięwziąć, przerasta możliwości mojej małej grupki, ale jeszcze ważniejszy jest drugi powód – nie chcę uczynić niczego, co dałoby potężną władzę zbyt szczupłej liczbie ludzi, nawet jeślibym miał sam być w tym gronie.

– Piękne słowa, ale powiedz, o co ci chodzi? – wtrąciła panna Bernini. – Od wczoraj żyjemy w napięciu, boimy się pisnąć słowo.

– Zaprosiłem państwa, aby zaprezentować mały eksperyment. Wspominałem już wam o moich nadużyciach, że od ponad pół roku działałem na własną rękę. Ale to nie wszystko. Sięgnąłem do rezerw Konwentu zdeponowanych na Tajnym Koncie i zorganizowałem wyprawę wojskową przeciwko ośrodkowi Marindafontein w południowej Afryce. Przy okazji zlikwidowałem kilkunastu funkcjonariuszy tamtejszych sił porządkowych, a także uprowadziłem trzech znakomitych naukowców…

Podniósł się szmer, ale Burt zgasił go ręką. – To nie koniec. Całą akcję podjąłem nieco na ślepo, po otrzymaniu jednej, nie sprawdzonej informacji, iż dokonano wynalazku, który może zmienić losy świata. Postanowiłem przechytrzyć Intelligence Service, CIA oraz KGB. I dokonałem tego. Wynalazca, profesor Viren, jest z nami. Duszą i ciałem.

– A cóż to za wynalazek, eliksir życia? – odezwał się Tardi.

– Poniekąd. Zacznijmy jednak od zapowiedzianego eksperymentu. Oto pojemnik z odrobiną substancji rozszczepialnej. Proszę licznik Geigera…

Pomieszczenie wypełnia terkot, panna Bernini cofa się w głąb fotela.

– A oto emitor promieni kappa. Przez parę miesięcy blisko setka firm rozsianych po świecie sporządzała detale, nie wiedząc właściwie co tworzy. Przedwczoraj urządzenie zostało zmontowane.

– I działa? – Ziu Dang przełknął ślinę.

– Zobaczymy. Może pan włączyć, profesorze.

Z emitora, którego lufa skierowana była w stronę pojemnika z izotopem, rozległ się wysoki dźwięk.

– Już! – powiedział lakonicznie Viren.

– Teraz włączymy ponownie licznik Geigera – rzekł uśmiechając się Denningham.

Włączył. Nic jednak nie zmąciło ciszy wypełniającej wytłumione pomieszczenie.

– Zepsuło się? – zapytała Włoszka.

– Tak, zepsuło się! Izotop przestał być radioaktywny. Stał się ciałem obojętnym, nie promieniuje. A co to oznacza? Wiązka promieni kappa, skierowana w dowolnej odległości na ciało promieniotwórcze, neutralizuje je. Rakieta w locie, reaktor, czy magazyn bomb atomowych, w mgnieniu sekundy zmienia się w urządzenie bezużyteczne, w smoka z wyrwanymi zębami.

– Jezus Maria! – westchnął pastor Lindorf.

Nikogo nie stać było na powiedzenie czegokolwiek więcej.

Red Gardiner znalazł się w hotelu grubo po północy. Czuł, że ma podwyższoną temperaturę i przyspieszony puls. Bagatela, każdy by miał w takiej sytuacji. Jak wszyscy uczestnicy tajnego spotkania zdawał sobie sprawę, że eksperyment 5 marca oznacza przełomową datę w historii rodu ludzkiego, że naraz stało się rzeczą realną delikatne odwieszenie atomowego miecza Damoklesa. A jednocześnie odczuwał gorycz, że dokonał tego Denningham. Piękny i zawsze pewny siebie Jankes, człowiek, któremu wszystko i wszędzie się udaje.