– Z grubsza wiemy o tym – kiwa głową Admirał – ale proszę dalej.
– Nie ustalono, czy Morelo pracuje dla kogoś jeszcze, ale raczej jest swoim własnym gonfalonerem. Owszem, ma związki z camorrą czy mafią, a jeśli idzie o broń – zaopatrzy każdego, z wyjątkiem rodzimych faszystów czy Czerwonych Brygad. Wyznaje starą zasadę -,,nie zabija się na własnym podwórku". Ale idę dalej. Znacie panowie ową tajemniczą akcję w RPA, tę z listopada, nad którą głowią się do tej pory wywiady i kontrwywiady, a prasa napomknęła o niej tylko półgębkiem?
– Znamy sprawę, profesorze – mówi pobrużdżony major. – Zamach na szpital w Rijksveld, potem na Tajne Centrum Naukowe w Marindafontein. Niejasne, tajemnicze. Afrykanerzy utrzymywali nawet w poufnych memoriałach, że to akcje jednego z Państw Frontowych, a pan ustalił…
– … Że Morelo wiedział o akcji, że dostarczył potrzebnych materiałów. Doszedłem do wniosku, że nie chodziło tu o akt ślepego terroru, ale o wykradzenie jakichś naukowych tajemnic. Nie wiemy jakich. Na podziemnych giełdach odkryć nie pojawiło się dotąd nic takiego, co mogło zostać wymyślone w tamtym ośrodku.
– Może więc chodziło o ludzi? Zdobyliśmy dla ciebie dane o uprowadzonych. Naukowcy: Silvestri, Ziegler, Viren i dwaj asystenci – amerykański żółtek Lee Grant i Hindus, Daud Dass. Ten Dass jest szczególnie interesujący. Przeżył katastrofę samochodu, a ledwo go poskładano, już został wykradziony. Czy próbowałeś odpowiedzieć, kto ich porwał i po co?
– Tak, miałem hipotezę, opierałem ją na fakcie, że jest w świecie paru zawodowców, którzy potrafią dokonać równie brawurowej akcji. Drogą eliminacji ustaliłem zaledwie kilku.
– Wśród nich Denninghama?
– Pasował mi. Miał własne środki, zaplecze w ekologistach, dość wyobraźni i sprytu, wreszcie – sporo odwagi. I tu niestety spotkał mnie zawód. W czasie akcji, co ustalono niepodważalnie, Denningham i jego sekretarka, Barbara Gray, płynęli do Archipelagu Wysp Maskareńskich, ochoczo współżyli na plażach Reunionu i Mauritiusa, zachowując się tak ostentacyjnie jak owe wymarłe ptaki dodo…
– Czy taka demonstracja nie wyglądała podejrzanie?
– Byłaby podejrzana, gdyby nie fakt, że cały czas – no, może z krótkimi przerwami – przebywał z nimi mój osobisty agent, bułgarski ornitolog, Wyłko Georgijew. Rozstali się dopiero w Tananarivie, dwa tygodnie po terminie akcji… Denningham wrócił do Stanów, a Wyłko do mnie.
– A co z porwanymi? Przepadli jak kamień w wodę?
– W akcji uczestniczyły dwa samoloty. Jeden większy, specjalnie spreparowany aby uchodzić radarom, udał się w kierunku Ameryki Południowej. Stwierdzono, że dokonał dodatkowego tankowania w starej, nieczynnej bazie na Falklandach. Później jednak dosłownie rozpłynął się. Żadnych śladów, może wpadł do Atlantyku? W każdym razie nikt z piątki uprowadzonych nie pojawił się publicznie, nie skomunikował z rodziną.
– No tak – kiwa głową Admirał – a przypomnijcie mi, co się stało z drugim samolotem?
– Dużo, dużo później szczątki awionetki odnaleźli tubylcy w sercu wyschłych bagnisk Okavango. Rozbite i spalone. Czego nie zdziałał ogień, musiały dokonać hieny i szakale.
– Co zatem mamy? – głos Człowieka-Cytryny jest bardziej suchy niż zwykle.
– Codzienną rutynę. Dalsze penetrowanie środowisk Zielonych. I nowy ślad…
Dwaj wysocy funkcjonariusze ożywiają się.
– Analizując sprawę Marindafontein zbyt skupiliśmy się na Zielonym Śladzie, zbyt łatwo pomijając Czarny.
– Oni? Ależ po ostatnich wypadkach, po aresztowaniach we Frankfurcie i Monachium, po procesie w Paryżu i upadku dyktatury islamskiej w Republice Proroka, Czarna Międzynarodówka jest w rozsypce. Wątpię, żeby oni… – mruczy Admirał.
– Nie złapano jednak legendarnego “camerade Reinera", nie rozszyfrowano ich zasobów finansowych – nieoczekiwanie wspiera Levecque'a major.
– Stwierdziłem, że “camerade Reiner" znał Morelo – dodaje profesor, a rysopis tego terrorysty pasuje do sylwetki szefa napastników, opisanego przez żołnierzy z Marindafontein. W każdym razie Georgijew ma się tym zająć.
– Ten Bułgar?
– Obecnie występuje jako turecki przemytnik broni, Feridun Gassari. Zobaczymy, czego dokona. Muszę być ostrożny w formułowaniu jakichkolwiek prognoz.
– Słusznie – podsumował Admirał.
Audiencja dobiegła końca. Wychodząc, kątem oka profesor napotkał świdrujące spojrzenie szefa.
– Nie ufa mi – pomyślał. – Ale niech i nie ufa, byle nie przeszkadzał. – A potem pomyślał o rozmaitych metodach karania zdrajców i zrobiło mu się znacznie mniej przyjemnie.
9 marca
W malowniczym zakątku Badenii, w jednym z licznych wąwozów w jakie obfituje Schwartzwald znajduje się prywatny pensjonat doktora Horstheima, światowej znakomitości w dziedzinie rehabilitacji. Pensjonat przeznaczony jest dla ludzi bogatych, a ze wszystkich haseł wymyślonych przez Hipokratesa i jego następców najwyższą cenę ma w nim jedno – dyskrecja. Ani prasa, ani nawet policja, nie mają wstępu na teren, gdzie można powiększyć piersi następczyni tronu, poprawić nosek gwieździe filmowej, czy złożyć z kawałków rajdowego championa. Kiedy tylko według mass mediów jakaś postać z pierwszych stron gazet udaje się w niejasnym celu do renomowanej kliniki, można domniemywać, że w istocie przewożona jest dalej, aby po wielu manewrach maskujących, wylądować na prywatnym lotnisku na płaszczyźnie powyżej pensjonatu. Zresztą określenie “pensjonat" nie oddaje w pełni istoty zakładu doktora Horstheima. Posiada on bowiem dwie znakomite sale operacyjne i supernowoczesną stację analiz, wyposażoną w pełny zestaw aparatury od tomografów komputerowych do interholografów.
Po zabiegach i intensywnej terapii pacjenci przenoszeni są do luksusowych pawilonów ukrytych w lesie, gdzie samotnie, lub w towarzystwie wykwalifikowanych pielęgniarek, lektorek, czy nawet gejsz, mogą dochodzić do zdrowia. Podziemny basen i kort tenisowy, sale gimnastyczne i gabinety odnowy biologicznej. Pacjenci są odseparowani i mogą stykać się ze sobą jedynie za zgodą obu stron. Obowiązuje natomiast ścisły zakaz wizyt z zewnątrz…
Pielęgniarka odwinęła bandaż i podała lustro. David przymknął oczy. Spodziewał się zobaczyć twarz Frankensteina. Zaczerpnął powietrza, a potem desperacko podniósł powieki na pełną szerokość.
Domniemany Frankenstein okazał się przystojnym człowiekiem o otwartej, jasnej twarzy i płomiennorudych, irlandzkich włosach. Davidowi zdawało się, że już kiedyś widział tę twarz, miał jednak absolutną pewność, że nie było to jego własne oblicze…
Jasny europejski pigment, inne proporcje nosa, ust. Nawet oczy wydawały się jaśniejsze. Niedawny Hindus wyglądał na rodowitego Irlandczyka. Dass przyjrzał się swym dłoniom. Nie, te pozostały nadal drobne, nieomal kobiece, ale ich barwa również uległa zmianie. Przez chwilę targała nim upiorna myśl – przeszczepili mój mózg w inne ciało. Wstał. Zrzucił koszulę. Tu ślady przebytych kontuzji były wyraźniejsze. Siatka blizn, pozostałość przeszczepów skórnych, wreszcie doskonała proteza zamiast lewej nogi, której nie udało się jednak uratom wać po katastrofie samochodu, przypominały o wydarzeniach sprzed paru miesięcy. O ile jednak chirurg zajmujący się resztą ciała mógł być jedynie znakomitym rzemieślnikiem – twarz wyglądała na dzieło Michała Anioła chirurgii plastycznej.