Выбрать главу

Dass czytał kiedyś o doświadczeniach ze zmianą pigmentacji. Stosowano już pewne zabiegi mogące niwelować odbarwienia ciała wynikłe z przeszczepów lub oparzeń. Nie miał – pojęcia, że możliwe jest już zmienianie zabarwienia całego osobnika. Pomyśleć tylko, ileż to lat kolorowi marzyli o przemianie w białych, dziś stało się to możliwe, choć akurat status białego człowieka wyraźnie podupadł…

Oczywiście David był uprzedzony o fakcie zmiany swej powierzchowności – nie umniejszyło to jednak jego zaskoczenia.

– Czy jest pan zadowolony? – doktor Horstheim cofnął się o krok i spoza grubych, pozbawionych oprawek szkieł przyglądał się swemu dziełu.

– Jestem trochę…

– Zaskoczony? No cóż, normalny, zdrowy objaw, ale to minie. Słyszałem, że jest pan w dobrej formie, ćwiczył pan przez ostatnie dni. Dlatego na operację twarzy zdecydowaliśmy się na samym końcu, kiedy organizm doszedł do siebie po wstrząsie poprzednich zabiegów. Jak noga?

– Lepsza niż własna. – Dass mówił o tyle szczerze, że sam nie dałby nawet za całego człowieka jednej dziesiątej sumy, którą pochłonęło doskonałe urządzenie ortopedyczne.

– Powinien pan zostać u nas jeszcze ze dwa tygodnie, ale pańscy przyjaciele gwarantują panu opiekę nie gorszą od tutejszej.

– Moi przyjaciele? – powtórzył w duchu. Od chwili, kiedy pod Marindafontein stracił przytomność, nie widział ani Denninghama, ani tego młodego chłopaka, lana, ani pięknej dziewczyny w kostiumie pielęgniarki. Potem, kiedy ocknął się tu w klinice, cała przeszłość wydawała mu się archipelagiem poszarpanych faktów, mirażem zdradliwych płycizn nieświadomości. Cały czas jednak intuicyjnie czuł, że jest pod właściwą opieką, że akcja się powiodła, toteż ze stoickim spokojem zajmował się rehabilitacją. I czekał.

– Jest gość do pana – powiedziała pielęgniarka – przepisy uniemożliwiają bezpośredni kontakt, dysponujemy jednak wideotelefonem.

Na wózeczku, którym normalnie rozwożą lekarstwa, oczekiwał monitor. Pielęgniarka i lekarz taktownie wycofali się. Dass przycisnął włącznik. Ekran wypełniła twarz Lenni Wilde'a. Dzięki Allachowi, przynajmniej ten się nie zmienił!

– To ty, chłopie? Ten skubany Irlandczyk to ty? – wychrypiał Lenni swoim charakterystycznym cockneyem. Nigdy w życiu nie uwierzę!

Dass znalazł metodę. Pochylając się nad kamerą ukazał galerię swych olśniewających, sztucznych zębów i syknął:

– Jest. Marindafontein. Ziegler.

– Nie podoba mi się to, drogi prezesie – Tardi zapadł głęboko w skórzaną paszczę fotela, który usłużnie wskazał mu gospodarz. – Co ten Burt sobie wyobraża? Traktuje nas jak dzieci? Zatyka buzię cukierkiem ćwierćinformacji, rozdziela zadania niczym brygadzista…

Pastor Lindorf stał milcząco, wpatrując się przez panoramiczne okno na wspaniały pejzaż doliny Rodanu, tu jeszcze wąskiej rzeczułki oblewającej dwugarbne wzgórze z zamkiem i katedrą spoza których w oddali rysowały się ośnieżone wierchy Alp.

– Denningham wie co robi – rzekł po pauzie – życie nauczyło go ostrożności. I ja uważam, że im mniej ludzi wie o szczegółach, tym większa szansa powodzenia.

– Jest nas kilkoro – upierał się Argentyńczyk – wspólnie podjęliśmy grę. Jeśli my nie będziemy mieli do siebie zaufania…

Lindorf pokręcił głową.

– Stanowimy grupę ludzi dość przypadkowych. Indywidualistów. Każdy skażony ambicjami i niezależnością koncepcji. A poza tym, któż zaręczy że nie ma wśród nas agenta?…

– A Denningham?

– Denningham jako ojciec przedsięwzięcia jest poza podejrzeniami, chyba żeby…

– Chyba żeby zamierzał skompromitować definitywnie ruch ekologiczny?

– Absolutna brednia! Myślałem raczej o pokusie dyktatury. Choć naprawdę nie wiem, jak chciałby tego dokonać. Zresztą oddanie mi prezesury dowodzi przeciwnych intencji.

– Albo jest szachowym gambitem – Tardi nie ustępował. – Co się tyczy metody narzucenia własnej hegemonii, łatwo się jej domyśleć. Niszcząc zasoby broni nuklearnej na świecie, wystarczy zarezerwować pewną jej porcję we własnej gestii i zyskać wyborny instrument szantażu… Supercesarz Denningham… Tak, to by odpowiadało jego ambicjom!

Pastor westchnął.

– Co pan wobec tego proponuje, Alberto?

– Wymóc ściślejszą kontrolę kolektywu. Musimy znać zasady batalii.

– Łatwo powiedzieć. Przecież nawet twoja dzisiejsza wizyta w Sionie może wprawić go we wściekłość. Zabronił nam niepotrzebnych kontaktów.

– Jestem w drodze na Kongres Intelektualistów w Mediolanie. Zresztą nikt nie musi wiedzieć o naszym spotkaniu. Podobne jest zdanie Gardinera.

– Rozmawiałeś już z Gardinerem? Ty konspiratorze!

– Przelotnie, w Londynie. A w Mediolanie czeka na mnie Maria. – A Ziu Dong?

– Nawet nie będę próbował, jest wierny Burtowi jak pies. Chociaż przypuszczam, że ma najlepsze informacje z nas wszystkich.

11 marca

Wczesnym popołudniem, jedną z dwóch nadmorskich autostrad od strony Palm Beach pędził jaskrawozielony cadillac, wynajęty w rent a car przy samym lotnisku. Prowadził Lenni Wilde; podśpiewywał, nie zwracając uwagi na zupełnie inne rytmy wydobywające się z samochodowego radia. Daud Dass milczał. Wiatr owiewał jego własną-niewłasną twarz, a mijane krajobrazy upewniały, że życie może być bardzo fajną rzeczą. Nie dojeżdżając do miejscowości Melbourne, wóz skręcił na drogę numer sto dziewięćdziesiąt dwa. Rychło skręcono ponownie a nad poboczem wąskiej drogi zamajaczył napis: DROGA PRYWATNA. Po następnych paru milach Lenni i Did znaleźli się na niewielkim rancho, na pierwszy rzut oka mocno zaniedbanym, choć kilka zaparkowanych samochodów i stojący opodal turystyczny helikopter wskazywały, że nie mieszkają tu ludzie ubodzy.

Dass oszczekiwany przez dwa foksteriery wszedł na drewniany ganek i zatrzymał się niepewnie. Lenni gestem wskazał mu dalszą drogę do wnętrza. Salon, jeśli zaniedbane pomieszczenie można by tak nazwać w przypływie dobrego humoru, świecił pustkami, dopiero w następnym pomieszczeniu znajdowało się parę koślawych sprzętów, z którymi kontrastował supernowoczesny zestaw elektroniczny. Monitory, magnetofony, radiostacja.

– Witaj, Dave! – powiedział wychodząc naprzeciw Denningham.

Z foteli unieśli się i inni starzy znajomi. Murzyn Bob, prowokująco piękna Tamara i Ziegler, którego zabójczy wąsik zmienił prawie nie do poznania. Ostatni gość był chyba kimś nowym, chociaż… Davidowi wydawało się, że skądś zna ten inteligentny wyraz oczu, choć cera, nos i wykrój ust przemawiały zupełnie za czymś innym.

– Chyba będziemy musieli się na nowo poznawać, kolego! Cholera, znał ten głos, ironiczny, dźwięczny, z lekką domieszką wyższości, ale ostatecznie – przyjemny.

– Silvestri, pan też miał wypadek?!

Cybernetyk roześmiał się: – Nie, Dave, ale Burt, wespół z doktorem Horstheimem, tak długo przekonywali mnie bym przynajmniej na starość poprawił sobie urodę, że uległem.

– Brakuje tylko Ziu Donga do kompletu – powiedział Denningham – ma jednak tyle spraw, że w ciągu najbliższych dni nie możemy na niego liczyć. Zresztą może to i lepiej. Postanowiłem, że pełna informacja zostanie zawarowana dla nas i nie opuści tego pomieszczenia.