Выбрать главу

Gassari porzucił samochód, a właściwie starannie zaparkował go w pobliżu przystani pasażerskiej, na wysokości sklepu Montana, potem wskoczył do przejeżdżającej taksówki i już w pół godziny później dojeżdżał do nadmorskiego Travemiinde.

Przez całą drogę zastanawiał się, kim mogli być napastnicy? Na terrorystów Nowej Frakcji nie wyglądali. Nie byli też policjantami – Wyłko posiadał nieomylne metody rozpoznawania funkcjonariuszy na odległość. Więc kto? Ludzie Denninghama, którzy nagle bez powodu stracili do niego zaufanie? Wykluczone! Wyłko znał Burta od lat i wiedział, że pisarz brzydzi się skrytobójstwem, a już w żadnym wypadku nie nakazałby pochopnej egzekucji. A L-18? Agent pomyślał o swoich ogromnych zasługach jakie przez parę lat oddał wyspecjalizowanej komórce i jakimkolwiek braku podstaw do powątpiewania w jego lojalność…

A więc, na miłość boską, kto i dlaczego?

Tak czy siak należało jak najprędzej porozumieć się z Denninghamem i przedstawić mu sytuację. Może zamach był elementem jakichś rozgrywek wewnątrz władz światowego Konwentu? Ale dotąd poza ekstremistycznymi grupami w rodzaju Synów Arkadii terroryzm nie sięgał kierowniczych gremiów ruchu.

Główny problem polegał zresztą na tym, że Georgijew nie miał pojęcia jak znaleźć Amerykanina. Telefon w domu w Kalifornii odebrał kamerdyner, Wyłko poprzestał na krótkim, zaszyfrowanym meldunku, w którym doniósł o śmierci Carla i własnym zagrożeniu. Kamerdyner nie wiedział, gdzie przebywa aktualnie gospodarz.

Pozostawała sprawa L-18. Wyłko zatelefonował pod numer kontaktowy, ale jedyną odpowiedzią był długi, przerywany sygnał, świadczący, że abonenta nie ma w mieszkaniu. Może nieznany wróg zlikwidował również L-18?

W Trayemiinde wysiadł opodal kasyna. Było ponuro, zimno i dżdżysto. Bezlistne drzewa i prawie puste parkingi kurortu mogły jedynie wzmóc chandrę i niepewność.

Taksówka odjechała, Gassari rozejrzał się bacznie. Nie śledził go nawet pies z kulawą nogą. Agent przeszedł dwie przecznice i znalazł się przed małym domkiem zbudowanym z ową niezwykłą fantazją budowniczych przełomu stuleci, którzy nie zwracając uwagi na krytyki architektonicznych koneserów potrafili budować niepowtarzalne eklektyczne perełki, pełne wykuszy, baszt i balkonów, w proporcjach miłych dla oka, po prostu na ludzką miarę.

Jeszcze z Hamburga, z automatu zatelefonował do Maggi. Zastał ją. Nie rozwodząc się długo kazał dziewczynie zachować ostrożność, nie wpuszczać nikogo i w razie czego strzelać bez ostrzeżenia.

Georgijew zerknął na okno, świeciło się. A więc czekała na niego. Przyglądając się zsuniętej firance nie zauważył ani jednego z umówionych znaków ostrzegawczych.

Uważnie przyjrzał się zaparkowanym samochodom. Żaden nie wyglądał podejrzanie. Wszystkie, sprawdził zbliżając dłoń, były zimne.

Spokojnym krokiem okrążył dom, otworzył drzwi własnym kluczem i stromymi schodami podążył na drugie piętro. Urok locum, które odkrył dla Maggi jeszcze w zeszłym roku, polegał na niekrępującym wejściu. Dzięki temu, oraz dodatkowym kompletom kluczy, mogli odwiedzać ją na zmianę z Carlem, zachowując pełne pozory wzajemnej nieświadomości na temat funkcjonowania trójkąta.

Zapukał w umówiony sposób. Brak odpowiedzi. Cofnął się o krok, tak aby nawet seria z automatu przez drzwi nie mogła wyrządzić mu krzywdy. Nadal cisza. Na korytarzyku było małe okienko. Otworzył je bezszelestnie i wspiął się na parapet. Znalazł się w ten sposób o półtora metra od kuchennego okna apartamentu. Framuga była uchylona. Nie wypuszczając z dłoni odbezpieczonego lugera, wśliznął się do środka. Z pokoju dobiegały ciche tony radia. Jednym skokiem wdarł się do wnętrza, którego rozkład znał jak własną kieszeń. Nikogo. Na nocnym stoliku leżała kartka, bez wątpienia pismo Maggi.

– Wybacz, przestraszyłam się. Zadzwonię…

Nie podobał mu się ten liścik. Coś musiało się zdarzyć. Jasnowłosa agentka nie należała do osób bojaźliwych. Mimo młodego wieku posiadała całkiem interesujący życiorys. Zaczynała jako informatorka Carla w środowisku londyńskim cali girls i łączyła zawsze bezpruderyjny stosunek do życia z doskonałą troską o własne interesy. Długi czas używano jej do podrzędniejszych zadań i dopiero podobieństwo do Barbary Gray sprawiło, że otrzymała rolę jej dublerki.

A może ktoś wywabił ją z mieszkania, które dla uzbrojonego człowieka mogło stanowić niezłe schronienie. Byłaby taka naiwna? Chyba że pułapkę zastawił ktoś doskonale jej znany… Ale kto?

– Dzwoń!

– Nie!

– Nie bądź kretynką, Maggi, nie masz wyboru. Musisz myśleć o sobie, musisz się zrehabilitować!

– Ależ Al, ja zawsze…

– Dlaczego nie poinformowałaś mnie o zamianie w Johannesburgu? Gdyby nie moje informacje z Afryki, nie dowiedziałbym się, że Georgijew jest zdrajcą.

– Nie wiedziałam, że to takie ważne – tłumaczyła, widząc, że tłumaczy się bardzo głupio – zresztą Feri nie kazał.

Dłoń mężczyzny zanurza się w bujne, złociste włosy panny Black.

– Słuchaj mała, jesteś bardzo inteligentna, bardzo dobrze, że przyszłaś tu zaraz po jego telefonie. Teraz pozostaje tylko formalność. Dzwoń!

– Czy on musi…?

– Tak musi zginąć. Taka jest decyzja “góry".

– A ja?

– Przecież wiesz, że cię kocham. Nie zabija się pięknych kobiet. A poza tym – ty naprawdę dużo umiesz. I masz pomysły.

Ręka kobiety wysuwa się w stronę telefonu. Normalnego, standardowego aparatu w hotelowym pokoiku jakich wiele w Travemiinde. Jeszcze się waha.

– A nie mógłbyś ty sam?

– Zależy mi na tym, abyś zadzwoniła ty. – Mężczyzna wstaje i podchodzi do okna. Z hotelu widać odległy o dwieście metrów domek Maggi. – No, szkoda czasu.

Przynaglona wybiera numer, w tym samym momencie profesor Levecque otwiera na całą szerokość okno.

Gassari rozważał wszystkie możliwości. Dokąd mogła udać się Maggi? Jej samochód stał cały czas na parkingu. Może złapała taksówkę i kazała się wozić w kółko. To nawet niezły patent zabezpieczający. Ale w takim razie znając odległość do Hamburga, powinna zaraz zadzwonić.

Dźwięk telefonu. Miękki, delikatny, jak na aparat luksusowej kobiety przystało.

Nareszcie. Wyłko sięgnął po słuchawkę. W ostatniej chwili, zaciskając już dłoń na plastiku, pomyślał, że to wszystko jest jakieś takie zbyt oczywiste, podejrzane i gdyby on sam miał zastawić pułapkę… Słuchawka drgnęła i choć Feridun puścił ją, próbując wykonać skok ku drzwiom, było za późno.

Noc pękła rozsadzona detonacją.

O dwieście metrów dalej Levecque zamknął okno. Nie lubił obserwować zrujnowanych stylowych kamieniczek.

Dwa dni po śmierci Georgijewa którą prasa ochrzciła tytułem Porachunki w świecie przemytników opinię publiczną zaskoczyła informacja o katastrofie luksusowego statku “Amfitryta" zacumowanego w prywatnej przystani u brzegów wysepki Monte Christo. Policja stwierdziła silną detonację, która przełamała kadłub powodując natychmiastowe zatonięcie jednostki. Właściciel, Guido Morelo, handlowiec z Genui, deputowany do parlamentu, podzielił los swoich gości. Prawdopodobnie nastąpiła eksplozja dużego ładunku wybuchowego ukrytego pod stępką. Prasa brukowa parokrotnie wymieniała Morela w kontekście afer z handlem bronią. Czy jednak podobne transakcje mogły być dokonywane na wypoczynkowym jachcie? Zresztą trochę później eksperci znaleźli dowody, że miny zostały zamontowane precyzyjnie, pod kadłubem, przez zawodowego płetwonurka…