Выбрать главу

– W Stanach? – dopytywałem się.

– Nie, na Podhalu.

Oczywiście chodziło o Nowy Targ. A więc w środku interioru trafiłem na rodaczkę. Nie muszę dodawać, jak niebywałą frajdą był dla mnie, po przeszło roku cudzoziemszczyzny, powrót do rodzinnego języka. Siostra Bernarda opuściła Polskę dość dawno i od piętnastu lat przebywała w Trzecim Świecie. Oprócz kwalifikacji pielęgniarskich była, jak się okazało, niezłym mechanikiem – dwa lata Politechniki Gliwickiej,. przedtem technikum mechaniki precyzyjnej – zanim splot dramatycznych wydarzeń skierował ją ku właściwemu powołaniu.

Tego wieczora rozmawialibyśmy dłużej, gdybym nie zauważył brzydkich spojrzeń Pereza i jego pomagiera, wściekłych, że nie rozumieją ni w ząb naszej konwersacji.

Nazajutrz rano wezwał mnie Bongote. Po raz pierwszy zaprowadzono mnie do jego apartamentu. Po drodze, idąc długim korytarzem, minąłem silnie uzbrojony posterunek. Mieszkanie wodza urządzone było ze smakiem, choć dobór mebli z konieczności cechowała przypadkowość. Tym razem kapitan powitał mnie w kwiecistym szlafroku. Poczęstował cygarem i zaproponował filiżankę mocnej kawy. Nie odmówiłem, rozglądając się ciekawie. Kawę podała Barbara. Grzeczna, posłuszna pani domu. Ominęła mój wzrok. Ale nie musiałem długo myśleć nad jej obecnym statusem. Funkcja kochanki szefa rzucała się aż nadto w oczy.

Wypiliśmy kawę gawędząc o rzeczach obojętnych. Nie wiem, jak powściągnąłem nienawiść do Czarnucha, który stał się właścicielem Barbary. Mojej Barbary! Mojej, która nigdy nie była moja. Nie, uchowaj Boże, nigdy nie byłem rasistą, ale podczas owej sympatycznej kawusi czułem się jak cały Ku-Klux-Klan i prezydent RPA w jednej osobie.

– Jak praca, interesująca? – zapytał Bongote.

Przytaknąłem. W gruncie rzeczy poza jednym ropniem i doglądaniem rannych z poprzedniej potyczki, zabiegi ograniczyły się dotąd do przemywania oczu, aplikowania zastrzyków na choroby weneryczne i zszycia ciętej rany uczestnika towarzyskiej bójki w obozie.

– Miałbym jedną prośbę – powiedział na odchodnym dowódca ZFWsWD – kiedy rozmawia pan z siostrą Bernardą, proszę nie używać raniącego uszy personelu szwargotu. Jesteśmy tu wielką rodziną, nie mamy tajemnic.

O rodzinnych obyczajach miałem okazję się przekonać jeszcze poprzedniego dnia. Podczas egzekucji dezertera. Bongote odczytał krótki werdykt w miejscowym narzeczu, a potem wśród monotonnego śpiewu zakopano delikwenta w mrowisku na skraju lasu.

– Pan wybaczy, kapitanie – odparłem – ale siostra Bernarda jest moją rodaczką i pewne terminy fachowe łatwiej przypominają mi się, kiedy mówię po polsku.

– Powiedziałem o odczuciach pańskiego personelu, nic więcej – rzekł bez uśmiechu Bongote.

Wychodziłem, kiedy Barbara wróciła, aby posprzątać naczynia. Tym razem nie unikała mego spojrzenia. Przeciwnie, stojąc przez moment tyłem do wodza, puściła mi najbardziej wymowne oko, z jakim spotkałem się w życiu. Jego sens w dużym skrócie sprowadzał się do informacji:

– Wybacz stary, ale ze względu na twoje i moje dobro muszę postępować tak, jak muszę. Duszą jestem twoja i jeszcze kiedyś przekonasz się, że nie tylko duszą. Do tego jednak muszę zdobyć zaufanie tego negatywa, więc nie denerwuj się jak mały, głupi, zakochany szczeniak. Nawiasem mówiąc, to o czym myślisz, się nie wymydli. A teraz zmykaj".

Chociaż porozumiewawcze spojrzenie Barbary potraktowałem jako zapowiedź lepszego jutra, już następny dzień rozwiał moje nadzieje.

Jeszcze przed świtem Bongote nakazał wymarsz znacznej części swych oddziałów. Przenosili się, wraz z dogodną do działań zaczepnych porą deszczową, na inny “teatr wojenny".

Od Atlantyku po Ocean Indyjski Rozciągnie się Wielka Kalaharia Pustynia zamieniona w ogród i niewolnicy w obywateli Prowadź nas Bongote gwiazdo naszych gór a wrogowie nasi niech będą ucztą sępów!

Tak śpiewali, tekst przełożyła mi siostra Bernarda, odmaszerowujący bojowcy.

Liczyłem dni do ich powrotu. Potem tygodnie, miesiące… Deszcz lał prawie codziennie, chorych nie było wielu, mogłem więc czytać, nieoczekiwanie znalazłem całkiem niezłą bibliotekę medyczną po doktorze Macon, notować moje wspomnienia… Jeśli kiedyś z tego wyjdę i dotrę do Polski, w mojej ulubionej serii Naokoło świata spróbuję wydać tę historię. Może będzie bestseller?

Perez zachowywał się wobec mnie grzecznie, nawet zachęcał do wspólnych popijaw, ale alkohol miał wyjątkowo nędzny, więc nie korzystałem. Zauważyłem jednak, że on, Grido, a także paru żołnierzy, nie spuszczają ze mnie oka. Najwyraźniej Bongote zalecił zaufanie, ale ograniczone. W myśl wskazań teoretyków: Ufać to znaczy kontrolować!

Z siostrą Bernardą dużo mówiliśmy o Bogu, ale nie chcę o tym pisać. To co zdarzyło się później, zdruzgotało moją wiarę w ład historii, choć dziś myślę, że może ten czyściec był nam potrzebny.

Wiadomości o sukcesach docierały do obozu i gdyby brać je poważnie, zagrożona przez ZFWsWD była nie tylko Lusaka i Gaberone, ale również Kinszasa i Pretoria. Natomiast z końcem lutego powrócił sam wódz w asyście mocno zdziesiątkowanych oddziałów. Wróciła i Barbara.

Od razu prysnął spokój i pojawiła się masa roboty, dziesiątki rannych, w tym czwórka ciężko, do tego grupka jeńców, pochodzących z pacyfikacji terytoriów wyzwolonych, której to Bongote dokonał zapewne dla poprawienia sobie samopoczucia.

“Terytoria wyzwolone" kapitan traktował surowo, bezlitośnie zdzierał kontrybucje i podatki, karał kolaborantów z rządem centralnym. Nie zorientowałem się, czy zamierzał naprawdę zorganizować jakąś nową ofensywę, bo o niej bez przerwy rozpowiadał, czy też kontentował się królowaniem na skrawku pogranicza, którego odbicie nie leżało w możliwościach rządu centralnego. Może zresztą partyzantka ZFWsWD była przydatna oficjalnej władzy ze względów propagandowych i dlatego nie spieszono się z jej ostatecznym zdławieniem? Obok czwórki ciężej rannych, których umieszczono w podziemnym szpitalu, przyprowadzono grupkę jeńców. Stanowili ją: trójka dzieci, które brutalnie oddzielono od matek i wysłano, jak później się dowiedziałem, do szkółki janczarów, cztery niebrzydkie Murzynki, te rozdzielili między siebie dowódcy pododdziałów, oraz piątka mężczyzn, wszyscy ranni.

Moje siostrzyczki zabrały się za opatrunki. A dowódca zwrócił się do mnie z pytaniem:

– Jakie mają szansę?

– Wszyscy czterej bojowcy powinni wyzdrowieć – rzekłem.

– Mówię o jeńcach.

– No cóż, stan tego małolatka jest poważny, podejrzewam zapalenie otrzewnej, ale zrobię wszystko, co w mojej mocy, natomiast tamten starszy musi być operowany. Gangrena posuwa się szybko. Będziemy musieli amputować nogę. Sądzę…

– Nie rozumiemy się, człowieku. Nieważne, co pan sądzi. Interesuje mnie, czy szybko będą mogli pracować?