Dostrzegłem w tym momencie przerażone spojrzenie siostry Bernardy, ale nie zrozumiałem go właściwie.
– Pracować? Ależ rekonwalescencja potrwa miesiące…
– Dziękuję, to chciałem usłyszeć. – Kapitan wydobył z kabury pistolet i strzelił dwukrotnie, prawie przykładając broń do ciał ofiar.
Uderzyła mnie fala niewyobrażalnego gniewu. Nie panując nad sobą skoczyłem w stronę eleganta, ale ktoś w owej chwili myślał szybciej ode mnie. Podcięto mi nogi i runąłem na spód pieczary. Siostra Bernarda!
Upadła razem ze mną sycząc w ucho wiązankę, jakiej nigdy nie spodziewałem się usłyszeć w równie świątobliwych ustach. Bongote odwrócił się i z pewnym rozbawieniem spoglądał jak gramolimy się, próbując wstać.
– Doktor się potknął i przewrócił mnie przy okazji – powiedziała Bernarda.
– Trzeba wystrzegać się tego rodzaju potknięć – odparł uprzejmie kapitan, gestem głowy nakazując Perezowi i Grido uprzątnięcie zwłok.
Pomagając wstać, ścisnąłem kościstą dłoń zakonnicy.
– Aha, siostro – zwrócił się do niej dowódca, oglądając z uwagą swój mundur, czy przypadkiem nie uległ zabrudzeniu przez odpryski mózgu ofiar. – Moja kobieta narzeka na jakąś przypadłość. Babskie sprawy. Parę miesięcy spędziła naprawdę w trudnych warunkach. Mówiła, że jakiś Hypnotix, czy coś, mógłby to uśmierzyć.
Szarytka skinęła głową. Ja też nie powiedziałem ani słowa. A po co miałem się wychylać, że Hypnotix to w naszej apteczce najsilniejszy ze środków o działaniu nasennym.
Barbara zjawiła się dopiero trzeciej nocy po swym powrocie. Bóg jeden wie, w jaki sposób pokonała dziesięć metrów gładkiej ściany łączącej szpitalny taras z naturalnym balkonem w apartamencie Bongote. Na ramieniu miała zwój własnoręcznie uplecionej liny, dwa automatyczne pistolety i mapnik.
– Spiesz się – powiedziała, przysłaniając mi dłonią usta, bym przez zaskoczenie nie wydobył dźwięku. – Raul śpi i prędko się nie zbudzi. Powinnam – raz na zawsze załatwić szubrawca, ale nie potrafiłabym zaszlachtować śpiącego.
– Uciekamy?
– Nie, będziemy wykładali pasjanse. Weź trochę żywności, lekarstw i wody.
Po linie, liczącej dokładnie czternaście metrów, opuściliśmy się na powierzchnię terenu. Nadal mżyło. Z tej strony wartownicy przechodzili rzadko, toteż odczekawszy minięcie jednego patrolu podbiegliśmy od krzaka do krzaka ku krawędzi lasu. Po drodze znajdowały się jeszcze zasieki, ale zabrane zawczasu stalowe nożyce utorowały drogę. Panna Gray gruntownie przygotowała ucieczkę. W krzakach za drutami znaleźliśmy dwa stare, ale zupełnie przyzwoite rowery, o których ustawienie zadbała siostra Bernarda. Zakonnica, w odróżnieniu ode mnie, miała pełną swobodę poruszania się po okolicy. Grunt był rozmokły, ale od biedy dało się jakoś jechać. Martwiły mnie odciski opon, ale Barbara uspokajała, że mając około siedmiu godzin przewagi nad ewentualnym pościgiem, potrafimy oddalić się dostatecznie daleko. Z mapki wynikało, że już siedemdziesiąt kilometrów na północ znajduje się duża wieś Cuito, będąca pod kontrolą administracji rządowej. Na mapie zaznaczone były również drogi i posterunki partyzantów. Oczywiście wyminięcie ich opóźniało ucieczkę, ale choć pedałowanie po bezdrożach nie należało do rzeczy łatwych, to dawało za to minimum bezpieczeństwa.
Po drodze minęliśmy parę zniszczonych zagród. Tu i ówdzie bielały kości ludzkie obrane do szczętu przez ogromne mrówki. I wreszcie koło dziesiątej otoczyły nas poletka uprawne… Wjechaliśmy na wydeptaną ścieżkę. Po drodze nie rozmawialiśmy wiele. Barbara w paru zdaniach opowiedziała o swej kampanii u boku kapitana, czyli cyklu drobnych potyczek, ucieczek i pacyfikacji…
– Nie mogłam uciec, pilnował mnie jak Cerber, nie było nawet mowy o przekazaniu jakiejkolwiek informacji. Ale nie zmarnowałam czasu…
– Wyobrażam sobie – mruknąłem ponuro.
– Rozpracowałam trochę kontaktów wodza. Bardzo ciekawe i bardzo cenne dossier. Szkolenie sabotażystów dla paru państw, handel ludźmi, narkotyki. To są informacje warte majątek.
– Ale czy warte… – urwałem. A Barbara roześmiała się po raz pierwszy podczas naszej ucieczki.
– Zapamiętaj sobie, Jan, ja jestem zawodowcem. Najważniejsze, że żyjemy i niedługo będziemy całkiem wolni.
Wieś wyglądała na wyludnioną. I to trochę nam się nie podobało. Toteż przejście w poprzek drogi tubylczego pętaka przyjęliśmy za dobry znak.
– Cuito? – spytała Barbara.
– Si, si, Cuito – powiedziało dziecko.
W centrum, jeśli wyschnięty placyk można nazwać centrum czegokolwiek, przed niskim pawilonem powiewała na maszcie flaga Republiki. Przy drzwiach stali dwaj wartownicy w mundurach. Odczułem ogromną ulgę.
Barbara przywitała się z wartownikami i zażądała natychmiastowego widzenia się z komendantem posterunku.
– Oczywiście, oczywiście, prosimy tylko oddać broń. Zważywszy, że dwoje turystów wyjechało na rowerach prosto z buszu, nie były to wygórowane żądania. Wartownicy wprowadzili nas do przestronnej izby, gdzie oczekiwał komendant. Mimo panującego półmroku rozpoznałem biały uniform i operetkowe akselbanty kapitana Bongote.
Droga powrotna upłynęła nam w żałosnej pozycji. Skuci czterema parami kajdanek – ręce z rękami, nogi z nogami, tworzyliśmy arcyniewygodny kłąb, tym boleśniejszy, że skuto nas tyłem do siebie. Szlak był wyboisty, a resory furgonetki w pożałowania godnym stanie. Na dobitkę dwa rowery, wrzucone razem z nami, tańczyły po całej platformie.
– Błędy, błędy! – mówił z wysokości ławeczki, tonem znudzonego instruktora kursu na prawo jazdy, kapitan Bongote – jeszcze pana, doktorze, mógłbym zrozumieć, jest pan amatorem w tym fachu, ale droga Barbara… Jak można było pozostawić mnie przy życiu? I ten brak krytycyzmu w stosunku do zawartości mapnika. Cóż za lenistwo! Wystarczyło zajrzeć do moich notatek, aby dowiedzieć się, że Cuito zajęliśmy bohaterskim szturmem trzy miesiące temu. Zresztą nawet gdybym zginął, wpadlibyście prosto w ręce mojego szefa posterunku. A on zadbałby już o szybką, chociaż banalną śmierć.
Przeszedł mnie dreszcz. W głosie Bongote'a brzmiała zapowiedź czegoś doprawdy ekstra.
– Wyliczenia też zrobiliście nieprecyzyjne. Przecięte druty zauważono już po dwóch godzinach, w trzeciej udało im się mnie dobudzić. A po pięciu znajdowałem się już w Cuito. I czekałem. A nawiasem mówiąc, wolno jechaliście. Kochaliście się po drodze? Jeśli nie stracona szansa.
Milczeliśmy. Co zresztą mieliśmy mówić. Oczyma wyobraźni widziałem własną głowę obok czerepu doktora Mącona.
– Ciekawi jesteście jak umrzecie? Z tobą – wskazał palcem Barbarę – nie mam kłopotu. Sądzę, że stu wystarczy…
– Co? – wyrwało się pannie Gray.
– Stu wyposzczonych patriotów starczy chyba i dla ciebie, kochanie. Jeśli to przetrzymasz, zostaniesz uwieczniona w księdze rekordów Guinnesa.
Z ust dziewczyny nie wydobyło się nawet westchnienie. Stykając się z nią plecami poczułem tylko krótkie drgnięcie jej mięśni. Nic więcej.
– A pan, doktorze? Możliwości mamy dużo: mrówki, pal, ukrzyżowanie, a może zestaw ćwiczeń dowolnych? Powolutku, powolutku.
Przez moment zastanawiałem się, czy nie byłoby dobrym sposobem sprowokowanie sadysty, wprawienie go w szał, tak, żeby zastrzelił nas od razu. Nie potrafiłem jednak zdobyć się na wystarczającą dozę śmiałości.
– Przykro mi ze względu na pozostawionych chorych – zacząłem, czując, że metoda tłumaczenia sposobem uczniaka przyłapanego na psocie jest w naszej sytuacji co najmniej żenująca – sądzę jednak, że mogę być dla pańskiej organizacji bardziej przydatny żywy niż martwy.
Cichy, równy śmieszek.