Выбрать главу

Odezwał się Lee Grant.

– Jesteś jeszcze? – rzucił Burt.

– Wychodziłem.

– Masz łączność z promem?

– Mogę mieć, ale nie wiem czy odpowiedzą.

– Wywołuj Silvestriego.

– Otwarcie? Namierzą nas.

– Teraz to już nie ma znaczenia. I tak za chwilę połączysz mnie z szefostwem NASA…

– Mam prom.

– Dawaj! Tu Burt! Tu Burt! Słyszysz mnie Aldo?

– Słyszę. Co się stało? Skończyliśmy! Wygraliśmy!

– Gdzie jesteście?

– Właśnie mieliśmy startować.

– A emitor?

– Zostanie zdetonowany za pięć minut.

– Ile potrzebujecie na zatrzymanie zapalnika?

– Trzy minuty – słychać głos Dassa. – Ale o co chodzi?

– O jeszcze jeden strzał.

– Ależ na Boga, nie pominęliśmy niczego.

– Owszem. Mątwi; 16 na atolu Raronga… Trzeba ją zneutralizować.

Nie pada więcej żadne pytanie. Denningham wie, co robi. Gardiner poderwał się z fotela, ale lufą skłoniłem go. aby opadł na niego ponownie.

– Naprawdę chcesz…? – odzywa się Tamara.

– Nie mam wyboru.

– Daj mi jeszcze dowództwo NASA, Lee – mówi zmęczonym głosem Burt.

Lee łączy go. Rozmówcą jest ktoś o dostatecznej dozie inteligencji i refleksu, aby nie przerywać i nie zadawać zbędnych pytań.

– Mówi Burt Denningham – brzmi staccato – to ja jestem sprawcą pozbawienia Ziemi wszelkich materiałów nuklearnych. Chciałem stworzyć Nowy Świat i przekazać go pod zarząd Konwentowi Ekologicznemu. Teraz postanowiłem zrezygnować z tego zamiaru. Oddam się w ręce władz. Ostatnie zasoby broni nuklearnej, które zamierzaliśmy trzymać w odwodzie, dostały się w ręce nieodpowiedzialnych szaleńców. Dlatego wydałem rozkaz moim ludziom, działającym z laboratorium kosmicznego California. aby zneutralizowali ten obiekt…

– Przekleństwo wyrywa się dyrektorowi NASA – to straszne!

– Co?

– Zostało już wydane polecenie zniszczenia laboratorium przez cztery rakiety z baz ziemnych i kosmicznych.

– Wstrzymajcie je!

– To niemożliwe. Zostały zaprogramowane!

– W takim razie zestrzelcie je!

– Nie zdążymy! Zresztą jedna z nich jest nie do zestrzelenia.

– Kiedy trafią Californięl – Za sześć minut.

– Lee, łącz mnie z California.

Z eteru, wśród trzasków, dolatuje głos Silvestriego:

– Słyszeliśmy całą rozmowę, jesteśmy bez przerwy na podsłuchu.

– Ile potrzeba wam czasu?

– Siedem minut. Emitor jest prawie gotów.

– W takim razie nie zdążycie.

– Spróbujemy.

Nie trzeba dodawać, że dzięki Lee Graniowi obraz z Californii dociera również na farmę Denninghama. Można zobaczyć dwóch mężczyzn uwijających się szybko, ale spokojnie. Naraz rozlega się zrównoważony głos Dassa:

– Nastaw go, Aldo, i odbijaj.

– Wykluczone. Nie mogę cię zostawić!

– Masz na promie dwie nieprzytomne kobiety. Teraz już sam sobie radę dam. Muszą się rozgrzać zespoły, wznowić reakcje…

– Did!…

– Idź!

– Idź! – dolatuje z Ziemi rozkaz Denninghama.

Potem kamery z Obserwatorium Antarktycznego Erebus pokazują sceny z kosmosu. Laserowe zestrzelenie trzech rakiet… I lot czwartej.

– Dlaczego nie strącają jej? – pytam Burta.

– Ostatni krzyk techniki zbrojeniowej – powłoki antylaserowe. Takie same otaczają laboratorium California.

– A więc nic nie można zrobić?

– Nic.

Zakotwiczony prom drży gotując się do startu. Silvestri celowo opóźnia. Patrzy na zegarek.

W ruchach Davida Dassa nadal nie ma żadnej nerwowości. Zachowuje się tak samo jak wtedy, przed pół rokiem, gdy w szopie na przedmieściu przygotowywał się do beznadziejnej rozgrywki z policją RPA.

Pół roku darowanego życia. Dużo?

W którymś momencie obraca się do kamery i widzę jego spokojną urodziwą twarz i olbrzymie oczy. Może trochę smutne, ale nadal tak samo niezgłębione jak pustka kosmosu.

– Ma trzydzieści sekund – mówi przełykając ślinę Lenni.

Lufa emitora prowadzona przez komputer według dokładnych współrzędnych geograficznych kieruje się na Raronga…

Co czuje w tym momencie Lion Groner, szalbierka Maggi i wstrząsany torsjami profesor Ziegler?

Ekran monitora przepoławia się. Przytomni chłopcy pracują w NASA! Widać lecącą rakietę i działającego Dassa.

15, 14, 13, 12, 11, 10…

Prom odbił. Silvestri nie mógł czekać dłużej.

Nagle usłyszałem krzyk Tamary.

– Co on robi?

Prom wykonał zwrot. Zamiast oddalić się ku Ziemi, zmienił kurs tak, by znaleźć się dokładnie na linii: trajektornia rakiety – California.

– Cholera – stęknął Wilde. – Samobójca!

6, 5. 4, 3…

Do uruchomienia emitora pozostały dwie sekundy.

Dwie bezgranicznie długie sekundy. Uda się!

Biedny Silvestn, on, oszust nad oszustami, cybernetyczny czarodziej, tym raz.em musiał przegrać z zaprogramowaną maszynerią.

Przegrać, by żyć.

Elektroniczny móżdżek rakiety nie dal się oszukać. Z gracją smukłej kobiety rakieta ominęła prom, który nie był jej celem.

Zamknąłem oczy…

– No i co z tym piwem? – po trzydziestu sekundach kompletnej ciszy zabrzmiał głos Gardinera.

– Draniu! – Lenni Wilde nadal z bronią w ręku wykonał sus na miarę skoku Beamona.

– Nie! – zagrodził mu drogę Denningham – przynieś lepiej to piwo, Lenni.

– Słusznie – ucieszył się na moment skulony Red – skoro już po meczu, możemy spokojnie porozmawiać. Jest trochę do ustalenia.

– Czy wiesz dlaczego cię oszczędzam? Boże, jakże zmienił się głos Denninghama.

– Wiemy obaj – pada odpowiedź – przekalkulowałeś wszystko. Nie możesz już wygrać, ale chcesz zminimalizować klęskę.

– Tak! Nie chcę cię zabijać. Red. Przynajmniej teraz. Jeśli masz jakiś wpływ na Gronera, w co wątpię, być może pohamujesz jego zamiary. Wiesz równie dobrze jak ja, że to szaleniec z atomową brzytwą w ręku. Fanatyk gotowy z Ziemi zrobić jedną wielką Kampuczę… Pamiętasz Plac Centralny?

– Żaden fanatyk – prycha Murzyn, płucząc poranione usta przyniesionym piwem – zwykły konfident. Sprzedajna szmata, którą mam w ręku. Od początku prowadził nędzną grę… – tu ekologista sypie szczegółami.

– Dużo o nim wiesz – mówi sucho Denningham – tym bardziej musisz się strzec. Red. Jesteś pierwszy na liście.

– Na razie jestem mu potrzebny. Podobnie jak Ziu Dong, czy nasz zacny pastor. Wywijając czternastoma wielogłowicami można świat sterroryzować, ale nie można nim rządzić… Słuchaj, Burt. Imponujesz mi. Przegrałeś w wielkim stylu. I dlatego gotów jestem zaproponować ci układ. Zostaniesz z nami. Nie jako pierwszy, jako drugi. Pozbędziemy się Gronera. a potem…

– Dzięki, ja już swoje zrobiłem – pada odpowiedź – przynajmniej próbowałem. Teraz ty rób swoje.

– Chcesz się wycofać?

– Tak. Ale dymisji nie złożę.

– A Ziu Dong?

– Podporządkuje się woli większości w Konwencie… Nie sprawi ci kłopotów.

Denningham nalewa sobie pełną szklankę whisky i wypijają powoli. Jest niesłychanie, wręcz przerażająco spokojny.

– Powiedz mi tylko jedno, jak to było z Barbarą? – pyta.

– Z tego co wiem, przebywa w szpitalu Reagana w Los Angeles. Choroba popromienna…

– Cooo?

– To był pomysł Bongote! Nie mój! Chodziło o naznaczenie jej izotopem radioaktywnym, aby doprowadziła nas do ciebie.

Bolesny skurcz targnął moim sercem.

Denningham nie zmienił tonu. Spokojnego, ciepłego tonu człowieka, który ma wszystko poza sobą.

– Masz córkę. Red…? Twarz Murzyna spochmurniała.