Выбрать главу

Stąpający po Piasku w wieku trzynastu lat prawie dorównywał wzrostem dorosłemu mężczyźnie. Na tej planecie, przy której zawracały wszystkie statki, lata były bardzo długie, jego kości miały więc dość czasu, by się wydłużyć, a ramiona — by się rozrosnąć i nabrać siły. Nie był otyły (w krainie ruchomych kamieni w ogóle nie było otyłych ludzi) i zajmował się zdobywaniem pożywienia, choć nawiedzały go przedziwne sny. Kiedy zbliżała się czternasta rocznica jego urodzin, matka, stary Krwawiący Palec oraz Szybkie Stopy uradzili, żeby posłać go do kapłana, wyruszył więc samotnie w wędrówkę po górzystej krainie, gdzie skaliste zbocza pną się w niebo niczym czarne obłoki, a wszystko co żywe pierzcha przed wiatrem, słońcem, pyłem, piaskiem i kamieniami. Szedł za dnia, zupełnie sam, zawsze na południe, przed pójściem na spoczynek natomiast łapał skalne myszy, zabijał je i kładł obok posłania. Do rana niekiedy znikały.

Piątego dnia w południe dotarł do Wąwozu Wiecznego Grzmotu, gdzie mieszkał kapłan. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności zdołał zabić pseudobażanta; niósł upominek za owłosione nogi, wlokąc za sobą długą nagą szyję i łysą głowę zwierzęcia. Ponieważ wiedział, że właśnie stał się mężczyzną i że zdoła dojść do wąwozu przed zachodem słońca (orientował się po charakterystycznych szczegółach krajobrazu, które opisał mu Szybkie Stopy), szedł niespiesznie, dumnym krokiem, ale z odrobiną lęku.

Usłyszał Wieczny Grzmot, zanim go zobaczył. Teren był prawie idealnie płaski, upstrzony skałami i krzakami, i nic nie wskazywało na to, że tuż obok zaczyna się przepaść. Słychać było słaby, basowy pomruk. W pewnej chwili Stąpający po Piasku ujrzał delikatną mgiełkę. Z pewnością nie mogła świadczyć o obecności wąwozu, widział bowiem przez nią dalszy ciąg skalistego płaskowyżu, pomruk zaś był ledwo słyszalny.

Po kolejnych trzech krokach pomruk przeistoczył się w ogłuszający ryk. Ziemia drżała pod stopami. W kamienistym gruncie otworzyła się wąska szczelina, na której dnie pieniła się biała kipiel. Rozpylona woda w okamgnieniu spłukała kurz z ciała Stąpającego po Piasku, do tej pory było mu gorąco, a teraz poczuł chłód. Przez gładkie, wilgotne kamienie przebiegało nieustanne drżenie. Usiadł ostrożnie nad przepaścią, po czym, stopami naprzód, jak człowiek, który schodzi w dół z miejsca położonego wyżej, zagłębił się w Wąwóz Wiecznego Grzmotu. Grotę, w której mieszkał kapłan, znalazł dopiero na samym dole, przy spienionej wodzie, skąd niebo wyglądało jak szeroka na palec fioletowa wstążka posypana dziennymi gwiazdami.

* * *

Wejście do jaskini wypełniały bryzgi piany i łoskot wody, dalej jednak było znacznie ciszej i spokojniej, ponieważ skalny korytarz prowadził w górę. Stąpający po Piasku najpierw szedł prawie wyprostowany, potem od czasu do czasu podpierał się jedną ręką, wreszcie wspinał się jak zwierzę na czworakach, trzymając martwego pseudobażanta w zębach, aż wreszcie jego palce natrafiły na stopy kapłana, a jego ręce zetknęły się z pomarszczoną, suchą skórą na nogach. Po omacku położył podarunek na ziemi, wśród piór, kości i sierści poprzednich ofiar, a następnie wycofał się ku wejściu do jaskini.

Kiedy nadeszła noc, położył się w przeznaczonym do tego miejscu i po jakimś czasie zdołał zasnąć, mimo niemilknącego ani na chwilę ryku, lecz duch kapłana nie odwiedził go we śnie. Leżał na materacu ze splątanych gałęzi unoszącym się na płytkiej wodzie, dokoła rosły ogromne drzewa otoczone gmatwaniną przypominających węże korzeni. Miały zupełnie białą korę, jak jawory, pnie zaś wystrzeliwały na niebotyczną wysokość, by zniknąć w czarnej masie liści. Jednak we śnie Stąpający po Piasku nie musiał zadzierać głowy, by na nie spojrzeć, ponieważ zbiornik wodny, na powierzchni którego się unosił, był tak wielki, że gęsto rosnące drzewa tworzyły jedynie ciemną otoczkę na horyzoncie, zasłaniającą miejsce, gdzie niebo styka się z ziemią.

Zdawał sobie sprawę, że się zmienił, choć trudno byłoby mu powiedzieć w jaki sposób. Kończyny miał chyba dłuższe, ale słabsze, lecz nie mógł się o tym przekonać, ponieważ nimi nie poruszał. Tak długo wpatrywał się w niebo, aż w końcu zaczęło mu się wydawać, że w nie spada. Tratwa kołysała się ledwo wyczuwalnie w takt uderzeń serca.

Były to jego czternaste urodziny, więc gwiazdozbiory zajmowały na firmamencie te same miejsca co w dniu, kiedy przyszedł na świat. Rankiem słońce miało wstać w Gorączce, ale błękitny dysk bliźniaczej planety, który właśnie zaczął się wyłaniać zza drzew, całkowicie zasłaniał dwie jasne gwiazdy Dziecka Mroku. Planety były zupełnie gdzie indziej niż wtedy. Zmusił się, by zapomnieć o tym, że Śnieżna Kobieta weszła między Pięć Kwiatów, i wyobraził ją sobie na miejscu Ziarna Oczu, gdzie znajdowała się w noc jego urodzin. Szybki powinien być w Mlecznej Dolinie, Nieboszczyk tam, gdzie Utracone Życzenia… Na nocnym niebie bezgłośnie huczał Wodospad.

Tuż przy jego głowie rozległ się chlupot kroków. Wschodni Wiatr usiadł raptownie, ale dzięki długiej praktyce zrobił to w taki sposób, że tratwa prawie się nie zakołysała.

— Czego się nauczyłeś?

To był Ostatni Głos, największy z gwiezdnych wędrowców, jego nauczyciel.

— Mniej niż oczekiwałem — odparł ponuro Wschodni Wiatr. — Obawiam się, że zasnąłem. Zasłużyłem na chłostę.

— Przynajmniej jesteś szczery — zauważył Ostatni Głos.

— Często mi powtarzałeś, że ten, kto chce iść naprzód, musi przyznawać się do błędów.

— Powtarzałem ci również, że nie do oskarżonego należy wydawanie wyroków.

— A jaki będzie wyrok w tej sprawie? — zapytał Wschodni Wiatr, siląc się na obojętność.

— W zawieszeniu, mój najlepszy uczniu. Zasnąłeś.

— Ale tylko na chwilę. Przyśnił mi się dziwny sen, zresztą nie po raz pierwszy.

— Wiem.

Spokojny i władczy. Ostatni Głos pochylił się nad uczniem. Był niezwykle wysoki, a błękitny blask bliźniaczej planety wydobywał z ciemności bladą twarz, z której, jak nakazywała tradycja, codziennie wyrywano część zarostu. Skórę na bokach głowy przypalono mu w Górach Męskości rozżarzonym żelazem, w związku z czym włosy, bujniejsze od włosów niejednej kobiety, tworzyły jedynie coś w rodzaju sztywnego pióropusza biegnącego przez środek czaszki.

— Znowu śniłem, że jestem człowiekiem z gór i powędrowałem do źródeł rzeki, by wysłuchać przepowiedni w świętej grocie. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko dodać, iż przyśniło mi się, że kładę się spać w pobliżu wody. — Umilkł, lecz Ostatni Głos milczał, więc Wschodni Wiatr dodał: — Liczyłeś na to, że wędruję wśród gwiazd, ale, jak widzisz, ten sen był pozbawiony ducha.

— Być może. A co powiedziały ci gwiazdy o jutrzejszym przedsięwzięciu? Czy zadmiesz w konchę?

— Stanie się wedle woli mego Mistrza.

* * *

Stąpający, po Piasku obudził się zesztywniały z zimna. Miewał już takie sny, ale zazwyczaj szybko o nich zapominał, a nawet jeśli ten zawierał jakieś przesłanie, to go nie rozumiał. Poza tym wiedział doskonale, że Ostatni Głos z pewnością nie był kapłanem, którego ducha oczekiwał. Przez kilka minut zastanawiał się, czy powinien zostać w wąwozie tak długo, aż ponownie ogarnie go senność, lecz chęć ujrzenia nieba i wspomnienie ciepłych promieni słońca na płaskowyżu odwiodły go od tego zamiaru. Zbliżało się południe, kiedy, potwornie głodny, zakończył wspinaczkę i padł na nagrzaną, pokrytą warstwą pyłu ziemię.

Godzinę później mógł już wstać i pomyśleć o polowaniu. Był dobrym myśliwym, młodym i silnym, w dodatku bardziej cierpliwym nawet od długozębnej kocicy, która czatuje rozpłaszczona na skalnej półce dzień albo dwa, myśląc o dzieciach, które coraz bardziej słabną, miauczą rozpaczliwie, czekając jej powrotu, zasypiają, znowu miauczą, aż wreszcie zjawi się z upolowaną zdobyczą. Kiedy Stąpający po Piasku był zaledwie rok lub dwa lata młodszy, byli też inni, może nie aż tak silni. Po całym dniu spędzonym na bezowocnym polowaniu wracali z pustymi rękami i brzuchami, licząc na to, że pozostawiono im resztki z posiłku, i błagając matki, by pozwoliły im possać piersi przeznaczone dla młodszych dzieci. Ci już nie żyli. Przekonali się na własnej skórze, że ten, kto ma pełen brzuch, łatwo trafia z powrotem do domu, głodny natomiast często gubi drogę, aż wreszcie nadchodzi dzień, kiedy nie wraca w ogóle.