— Jak to dobrze zacząć dzień od obfitej uczty — powiedział z przekąsem do resztek, po czym zasiadł do posiłku, by ubiec mrówki.
Godzinę później, dłubiąc w zębach, rozmyślał o swoim śnie z poprzedniej nocy. Był pewien, że Stary Mędrzec mógłby mu go wyjaśnić, i żałował, że o to nie poprosił. Teraz, w blasku dnia, nie miał co liczyć na dobre sny, ale był zziębnięty i zmęczony. Wyciągnął się w ciepłej plamie słonecznego blasku… i zorientował się, że chyba zna idącą przed nim kobietę. Przyspieszył kroku; wkrótce rozpoznał w niej swoją matkę, ale kiedy otworzył usta, by ją przywitać, stwierdził, że nie jest w stanie wydobyć głosu. Chwilę później on, zawsze poruszający się niezwykle pewnie, potknął się o kamień; co prawda wyciągnął przed siebie ręce, by złagodzić upadek, wstrząs jednak był tak silny, że odczuł go w całym ciele. Ocknąwszy się stwierdził, że siedzi na ziemi, zlany potem, a dokoła nie ma żywej duszy.
Wstał, wciąż drżąc jak liść, i strzepał piasek, który przykleił się do wilgotnych rąk i boku. Głupota. Spanie w dzień nie miało najmniejszego sensu; duch natychmiast opuszczał ciało i wyruszał na wędrówkę, więc nawet gdyby kapłan nawiedził go we śnie, nikogo by nie zastał. Kto wie, może nawet rozgniewałby się i już nigdy nie wrócił? Stąpający powinien albo wrócić do groty i spróbować ponownie, albo przyznać się do porażki i odejść… nawet sama myśl o tym była nie do zniesienia. W takim razie wróci do wąwozu.
Ale nie z pustymi rękami. Pseudobażant, którego przyniósł poprzednio, okazał się zbyt skromnym darem — może dlatego że kapłan miał mu coś za złe, ale powodem mogło być również to, że planował dla niego jakieś niezwykłe, wspaniałe oświecenie, a zwykły pseudobaźant nie zdołałby odpowiednio uświetnić takiej okazji. Co innego jeleń. Idąc z północy, widział niewiele śladów zwierzyny; gdyby chciał się udać na wschód, musiałby przedostać się na drugi brzeg wąwozu, na zachodzie zaś, po drodze do rozpłomienionych gór, rozciągała się niegościnna kamienna pustynia. Skierował się więc na południe.
Teren wznosił się powoli, roślinność — i tak niezbyt obfita — stawała się coraz rzadsza, szara barwa skał stopniowo ustępowała czerwonej. Około południa, po nieprzerwanym marszu dotarł do podnóża górskiego łańcucha i ujrzał coś, co do tej pory oglądał tylko dwa razy w życiu: niewielką, doskonale nawodnioną dolinę, istną oazę na jałowej pustyni, gdzie na prawdziwej ziemi rosła prawdziwa trawa, kilka prawdziwych kwiatów, a nawet drzewo.
Fakt, że Stąpający po Piasku trafił w to miejsce, miał ogromne znaczenie, ponieważ można było tu zaspokoić pragnienie i zatrzymać się na kilka godzin, jeśli komuś nie zbywało odwagi. Stąpający był w tej szczęśliwej sytuacji, że zjawił się samotnie, a więc drzewo nie powinno żywić do niego dużej urazy. Jak nakazywał obyczaj, zbliżał się ani za szybko, ani za wolno, z uprzejmym wyrazem twarzy. Właśnie zamierzał je pozdrowić, kiedy zauważył siedzącą między korzeniami dziewczynę z niemowlęciem.
Na chwilę, wbrew wszelkim zasadom, odwrócił wzrok od drzewa. Dziewczyna miała twarz w kształcie serca, nieśmiałą, jeszcze prawie dziecinną. Jej długie włosy były bardzo czyste (dla Stąpającego stanowiło to całkowitą nowość), ponieważ umyła je w sadzawce obok drzewa i rozczesała palcami, tak że teraz spływały czarną kaskadą na śniade ramiona. Siedziała ze skrzyżowanymi nogami, bez ruchu, a na jej kolanach spało maleńkie dziecko z kwiatem wpiętym we włosy.
Stąpający po Piasku uroczyście pozdrowił drzewo, poprosił, by pozwoliło mu zaspokoić pragnienie, i obiecał, że nie zabawi tu długo. Odpowiedział mu szept liści; co prawda nie zrozumiał słów, odniósł jednak wrażenie, że ton odpowiedzi jest przychylny. Uśmiechnął się z wdzięcznością, po czym podszedł do sadzawki, przyklęknął i zaczął pić.
Pił długo, tak jak czynią pustynne zwierzęta, a kiedy napił się do syta i uniósł głowę, obok swojego odbicia zobaczył w pomarszczonej wodzie odbicie dziewczyny. Przyglądała mu się dużymi, zalęknionymi oczami, ale nie próbowała uciekać.
— Niech to będzie dla ciebie dobry dzień — powitał ją.
— Dla ciebie także.
— Jestem Stąpający po Piasku. — Pomyślał o wędrówce do groty, o jeleniu, pseudobażancie i Starym Mędrcu. — Wielki wędrowiec, wielki myśliwy i przyjaciel Dzieci Mroku.
— Jestem Siedem Oczekujących Dziewcząt — przedstawiła się dziewczyna i uśmiechnęła się czule do niemowlęcia. — A to jest Mary Różowe Motyle. Nazwałam ją tak ze względu na jej rączki. Kiedy nie śpi, bez przerwy nimi wymachuje.
Stąpający, który w swoim niezbyt długim życiu zdążył się już przekonać, jak wiele dzieci przychodzi na świat i jak nielicznym dane jest osiągnąć wiek dojrzały, uśmiechnął się i skinął głową.
Dziewczyna patrzyła na sadzawkę u stóp drzewa, na samo drzewo, na trawę i kwiaty, tylko nie na niego. Dostrzegł, jak przygryza dolną wargę niedużymi białymi zębami. Wiatr malował tajemnicze wzory na trawie, drzewo zaś znowu powiedziało coś, czego nie zrozumiał. Może udało się to Siedmiu Oczekującym Dziewczętom?
— Czy zamierzasz zostać tu na noc? — zapytała wreszcie nieśmiało.
Bez trudu domyślił się, do czego zmierza, i odpowiedział najłagodniej jak potrafił:
— Przykro mi, ale nie mam niczego do jedzenia. Co prawda poluję, lecz całą zdobycz muszę zachować na ofiarę dla kapłana z Wąwozu Wiecznego Grzmotu. Czyżbyś była tu sama?
— Wyszukałam odosobnione miejsce, żeby urodzić Różowe Motyle, a potem nie byłam w stanie nadążyć za moimi ludźmi. Tej nocy spałyśmy tam, za pochyloną skałą.
Wskazała kierunek niezdarnym gestem.
— Nie wiedziałem o tym — powiedział Stąpający po Piasku — ale dobrze wiem, co to znaczy siedzieć samotnie i czekać, kiedy nikt nie przychodzi. To okropne uczucie.
— Jesteś mężczyzną. Ciebie czeka to dopiero wtedy, kiedy się zestarzejesz.
— Nie chciałem cię rozgniewać.
— Nie gniewam się. I nie jestem sama. Mam przecież Różowe Motyle i karmię ją swoim mlekiem. Teraz śpimy tutaj.
— Co noc?
Hardo skinęła głową.
— Nie jest dobrze spać w pobliżu drzewa dłużej niż jedną noc.
— Różowe Motyle jest jego córką. Powiedziało mi o tym we śnie na długo przed jej przyjściem na świat. Chce mieć ją blisko.
— Wszyscy jesteśmy dziećmi drzew — odparł ostrożnie Stąpający — lecz one mimo to rzadko chcą mieć nas przy sobie dłużej niż przez jedną noc.
— Jest dla nas dobre. Pomyślałam nawet… — Dziewczyna umilkła na chwilę, po czym dokończyła tak cicho, że jej głos z trudem przedzierał się przez szelest trawy poruszanej wiatrem: — Kiedy cię zobaczyłam, pomyślałam nawet, że to ono nam cię przysłało, byś nas nakarmił.
Stąpający spojrzał z powątpiewaniem na sadzawkę.
— Są tu ryby?
Dziewczyna opuściła wzrok, jakby musiała uczynić jakieś wstydliwe wyznanie.
— Nie udało mi się żadnej złapać od… od…
— Od jak dawna?
— Od trzech dni. Tylko dzięki nim zdołałyśmy przeżyć. Jadłam ryby z sadzawki i karmiłam Różowe Motyle mlekiem. Wciąż mam pokarm. — Spojrzała na dziecko, a zaraz potem na Stąpającego. Jej szeroko otwarte oczy błagały go, żeby jej uwierzył. — Przed chwilą jadła.
Stąpający po Piasku przeniósł wzrok na niebo.
— Zobacz, jakie jest czyste — powiedział. — Będzie zimno.
— Czy ty też zatrzymasz się tutaj na noc?
— Wszystko, co upoluję, muszę przeznaczyć na dar.