— Uciekajmy!
— Dlaczego? — Głos Dziecka Mroku emanował spokojem i zadowoleniem. — Przecież jesteśmy górą!
Człowiek, na którym siedziało, do tej pory zgięty wpół, wyprostował się raptownie. Nogi natychmiast zacisnęły się jeszcze mocniej i po chwili myśliwy osunął się na kolana. Zapadła cisza jeszcze głębsza niż przed walką, ponieważ zamikły nawet ptaki i owady, a wiatr nie kołysał już trzcinami.
— Już po wszystkim — oznajmiło Dziecko Mroku wysokim głosikiem. — I co, podobają ci się?
Stąpający wcale nie był pewien, czy walka naprawdę dobiegła końca.
— Rzeczywiście, jesteście bardzo odważni, ale nie zapominajcie, że to ja rozprawiłem się z dwoma z nich.
Myśliwy dźwignął się z klęczek i chwiejnym krokiem odszedł tam, dokąd skierowało go siedzące mu okrakiem na karku Dziecko Mroku.
— Nie miałem na myśli nas, tylko naszych przeciwników — rozległ się głos. — Jest ich tylu, że wystarczy na kilka posiłków. Teraz zbieramy się obok kryjówki, w której nas trzymali. Idź tam, a sam się przekonasz.
— A ty nie idziesz?
Stąpający rozejrzał się w poszukiwaniu rozmówcy, lecz nigdzie nie mógł go dostrzec. Nie otrzymał też odpowiedzi. Odwrócił się i, wiedziony doskonale rozwiniętym zmysłem orientacji, wrócił do zagłębienia terenu. Byli tam już wszyscy czterej myśliwi: trzej z jeźdźcami na karkach, czwarty jęczący rozpaczliwie, z zakrwawionymi rękami uniesionymi do pustych oczodołów. W stratowanej bagiennej trawie przycupnęło jeszcze dwoje Dzieci Mroku.
— Dzisiaj zjemy ślepca, resztę zaprowadzimy w góry i podzielimy się z przyjaciółmi — oświadczył ktoś zza pleców Stąpającego.
Człowiek pozbawiony oczu jęknął jeszcze głośniej.
— Chciałbym cię zobaczyć — powiedział Stąpający po Piasku.
— Czy jesteś Starym Mędrcem, z którym rozmawiałem trzy noce temu?
— Nie.
Nie wiadomo skąd pojawiło się szóste Dziecko Mroku. W słabej poświacie (nawet Stąpający, ze swym doskonałym wzrokiem, widział zaledwie niewyraźne zarysy postaci) sprawiał wrażenie całkowicie materialnego, ale znacznie starszego od pozostałych. Chmury rozstąpiły się na chwilę i wtedy blask gwiazd zalśnił na jego głowie, jakby była pokryta szronem.
— Zorientowaliśmy się, że jesteś przyjacielem, tylko dzięki twemu śpiewowi. Jesteś jeszcze bardzo młody. Czyżbyś stał się jednym z nas zaledwie trzy noce temu?
— Istotnie, jestem waszym przyjacielem — odparł ostrożnie Stąpający — ale nie wydaje mi się, żebym był jednym z was.
— Tylko w myślach. Liczy się wyłącznie to, co w głowie.
— Gwiazdy — przemówił ślepiec głosem sączącym się jak krew z otwartej rany. — Gdyby był tutaj Ostatni Głos, nasz gwiezdny wędrowiec, wszystko by wam wytłumaczył. Opowiedziałby, jak to jest, kiedy opuszcza się ciało, by żeglować wśród gwiazd i dosiąść Walecznego Jaszczura, jak to jest, kiedy widzi się to samo, co widzi Bóg, i wie się to, co on wie.
— Wśród nas też trafiają się tacy jak ten — powiedział Stąpający po Piasku — ale my zrzucamy ich ze skalnych urwisk.
— Gwiazdy mówią językiem Boga, a rzeka mówi językiem gwiazd — ciągnął uparcie człowiek z wyłupanymi oczami. — Ci, co spoglądają w nocne wody, mogą dostrzec w falach zapowiedź nadejścia ruchomych gwiazd. Dajemy im was, niczego nieświadomych ludzi z gór, wasze życie, a kiedy jakaś gwiazda opuści swe miejsce, zaciemniamy wodę krwią gwiezdnego wędrowca.
Co prawda Stary Mędrzec zniknął (a przynajmniej Stąpający po Piasku nie był w stanie wypatrzyć go wśród milczących Dzieci Mroku), ale dał się słyszeć jego głos:
— Wystarczy. Jesteśmy głodni.
— Jeszcze tylko kilka chwil. Chcę zapytać o moją matkę i przyjaciół. Ci ludzie wzięli ich do niewoli.
— Najpierw niech odejdą nieludzie — odparł ślepiec.
— Odejdźcie — polecił Stąpający. Dwoje Dzieci Mroku, które nie siedziały na karkach więźniów, poruszyło stopami, by zaszeleściła trawa, lecz nie ruszyło się z miejsca. — Już ich nie ma. A więc, co z pojmanymi?
— Czy to ty mnie oślepiłeś?
— Nie. Zrobiło to Dziecko Mroku. Moje palce czułeś na gardle.
— Ale zjawiły się tutaj zwabione twoim śpiewem?
— Owszem.
— Trzymamy ich w ustronnym miejscu w pobliżu wzgórz. Ich śpiew często sprowadza kolejnych, tak że niekiedy mamy nawet dwudziestu, ponieważ nie obchodzi ich, że ktoś inny może zostać zjedzony, pod warunkiem że sami zdołają uciec. Czasem jednak, tak jak teraz, tracimy wszystko, choć nigdy nie przypuszczałem, że właśnie mnie spotka coś takiego. Nie wiedziałem jednak, że śpiew może sprowadzić chłopca.
— Jestem już mężczyzną. Wiem, co to kobieta, i śniłem wielkie sny. Utopiliście Szybkie Stopy, skalaliście jego śmiercią czystość Boga. Co z resztą?
— Będziesz starał się ich uwolnić, Palce na Moim Gardle?
— Nazywam się Stąpający po Piasku. Owszem.
— Są daleko na północ stąd — powiedział ślepiec przerażającym głosem. — W pobliżu wielkiego obserwatorium Oka, w jamie zwanej Drugim Okiem. Ja straciłem oboje oczu, powiedz mi więc, jaki jest teraz układ gwiazd? Muszę wiedzieć, kiedy umrzeć.
Stąpający odruchowo spojrzał w górę, chociaż niebo zasłaniała gruba powłoka chmur, i w tej samej chwili ślepiec rzucił się na niego. Dzieci Mroku w okamgnieniu opadły go jak mrówki padlinę, Stąpający zaś kopnął go w twarz. Pozostali więźniowie zaczęli się rozpaczliwie szarpać, lecz dosiadający ich jeźdźcy szybko dali sobie radę.
— Czy będziesz jadł z nami jego mięso? — zapytał Stary Mędrzec, kiedy człowiek z wyłupionymi oczami został poskromiony.
— Jesteś jednym z nas, więc możesz spożywać tę strawę bez ujmy na honorze.
Pojawił się bezgłośnie, lecz nie uczestniczył w szamotaninie. W każdym razie Stąpający po Piasku miał wrażenie, że jedna z niewyraźnych postaci to właśnie on.
— Nie — odparł. — Wczoraj zjadłem do syta. Czyżbyście nie zamierzali ścigać tych, którzy uciekli?
— Później. Ciągnąc go ze sobą, nigdy byśmy ich nie dogonili, a jeśliby go zostawić, wkrótce on też by uciekł, mimo że nic nie widzi. Połamalibyśmy mu nogi, gdyby nie to, że w pobliżu kręci się niedźwiedź trupojad. Zwietrzyliśmy go tuż przed twoim przyjściem.
Stąpający skinął głową.
— Ja także.
— Czy chcesz być przy śmierci tego człowieka?
— Wolę wyruszyć tropem tamtych.
Był przekonany, że podążyli na północ, w dół rzeki, ku Drugiemu Oku.
— To dobry pomysł.
Stąpający po Piasku odwrócił się i odszedł. Zanim zdążył zrobić dziesięć kroków, lunął deszcz. Poprzez jego szum usłyszał przedśmiertny charkot ślepca.
Wstał pogodny chłodny dzień. Kiedy słońce wspięło się nad horyzont na szerokość dłoni, znikły ostatnie chmury, pozostawiając czyste niebo, granatowe z odcieniem czerni i poznaczone gasnącymi gwiazdami. Na łąkomorzu trzciny kołysały się i skrzypiały poruszane wiatrem, od czasu do czasu jakiś ptak pokonał drogę od krańca do krańca nieboskłonu, niesiony burzliwymi zawirowaniami powietrza niczym Stąpający prądem rzeki.
Wytropienie trzech uciekinierów nie nastręczyło mu żadnych trudności. Mieszkańcy łąkomórz łowili ryby, dzielnie walczyli i polowali na drobną zwierzynę, ale nie byli prawdziwymi myśliwymi — przynajmniej według kryteriów, jakie obowiązywały w górach. Jeszcze ich nie zobaczył, lecz setki znaków świadczyło o tym, że są niedaleko: zdeptana roślinka, która jeszcze nie zdążyła się wyprostować, odcisk stopy w podmokłej ziemi, który jeszcze nie zdążył wypełnić się wodą. Natrafiał również na ślady innych ludzi. Ci, których ścigał, kroczyli ścieżkami wydeptanymi nie tylko przez zwierzęta, dokoła wyczuwało się obecność czegoś, czego nie było na wyżynach, czegoś okrutnego i zarazem obojętnego, pogrążonego głęboko w myślach, pogardliwie traktującego wszystko, co nie sięgało chmur.