Выбрать главу

Jednocześnie ani na chwilę nie zapomniał o pozostawionych z tyłu Dzieciach Mroku. U schyłku nocy słyszał ich pieśń o Wielu Napełnionych Żołądkach, potem zaś Pieśń Dziennego Snu. Teraz milczeli, lecz nawet milczący pozostawali obecni.

Sądząc po śladach, uciekająca trójka szybko traciła siły — stawiali coraz krótsze kroki i powłóczyli nogami — ale Stąpający niczego by nie osiągnął, doganiając ich samotnie, tym bardziej że zupełnie mu na nich nie zależało. Traktował ich wyłącznie jako przynętę, dzięki której uda mu się zwabić Dzieci Mroku w głąb łąkomorza, gdzie będą mu potrzebni. Sam także z trudem trzymał się na nogach. Jak tylko trafił na nieco bardziej suche miejsce, gdzie rosło kilka krzaków, położył się na ziemi i zasnął.

* * *

— Gdzie on jest? — zapytał Ostatni Głos. — Ach! — rzekł, usłyszawszy odpowiedź Wschodniego Wiatru, który wszystko widział.

* * *

Schwytali go o zmierzchu. Postawni mężczyźni o ciałach pokrytych bliznami i złowrogich oczach podkradli się od tyłu i okrążyli go szerokim kołem. Miotał się w różne strony, szukając drogi ucieczki, lecz mieszkańcy łąkomorza wciąż się zbliżali. Liczył na to, że w ciemności będzie miał większe szansę, lecz właśnie w ciemności został pojmany. Walczył dzielnie, więc musieli go mocno poturbować.

Więzili go przez pięć dni, a potem przez całą noc pędzili przed sobą, by o świcie wrzucić do dziury w ziemi zwanej Drugim Okiem. Było tam już czworo ludzi: jego matka Rozkołysane Gałęzie Cedru, Jadalne Liście, stary Krwawiący Palec oraz Słodkousta.

— Synu! — wykrzyknęła Rozkołysane Gałęzie Cedru i zalała się łzami. Była bardzo wychudzona.

Przez pół dnia Stąpający po Piasku wdrapywał się na ściany Drugiego Oka. Zmusił Jadalne Liście i Słodkoustą, żeby go podsadzali, a nawet namówił Krwawiący Palec, żeby ten, zgięty wpół, stanął w szerokim rozkroku i pozwolił Jadalnym Liściom wspiąć się na barki, tak by Stąpający wdrapał się na szczyt piramidy i uciekł. Jednak ściany dziury w ziemi zwanej Drugim Okiem były z piasku, który nie daje oparcia rękom ani stopom, więc im bardziej starał się wydostać, tym mizerniejsze osiągał rezultaty. Wreszcie pod Krawiącym Palcem ugięły się nogi. Jadalne Liście runął na dno jamy, Stąpający spadł na niego i znaleźli się w tym samym położeniu co przedtem.

Mniej więcej godzinę po południu na krawędzi jamy pojawił się drugi Stąpający po Piasku i długo stal bez ruchu, spoglądając w dół, Stąpający zaś, ten uwięziony, gapił się na siebie w górę. Potem krzepcy mężczyźni o ciałach pokrytych bliznami spuścili do dziury w ziemi koniec długiej włochatej liany.

— Ten — powiedział z góry Stąpający i wskazał na prawdziwego Stąpającego, który stanowczo pokręcił głową. — Nie bój się, nie złożymy cię w ofierze. Jeszcze nie teraz. Wychodź.

— Czy mnie uwolnisz?

Tamten parsknął śmiechem.

— W takim razie, bracie, jeśli chcesz ze mną rozmawiać, musisz tu przyjść.

Wschodni Wiatr popatrzył na mężczyzn trzymających lianę, na pół żartobliwie wzruszył ramionami, po czym zsunął się na dno Drugiego Oka.

— Chciałbym zobaczyć cię w lepszym świetle — powiedział do Stąpającego po Piasku. — Masz moją twarz.

— Jesteś moim bratem — odparł Stąpający. — Śniłem o tobie, a matka potwierdziła, że istniejesz. Zaraz po tym, jak przyszliśmy na świat, ona i jej matka zaniosły nas do kąpieli. Zjawili się ludzie z bagien, zmusili jej matkę, żeby wyjawiła twoje imię, dzięki czemu mogli posiąść nad tobą władzę, a następnie ją zabili.

— Wiem o wszystkim — powiedział Wschodni Wiatr. — Mówił mi o tym Ostatni Głos, mój nauczyciel.

Stąpający po Piasku miał nadzieję, że coś osiągnie, wciągając do rozmowy matkę, zapytał więc:

— Jak ona miała na imię? Twoja matka, którą utopili. Wiedziałem, ale zapomniałem.

Jednak Rozkołysane Gałęzie Cedru tylko szlochała.

— Musisz zginąć, żeby zanieść nasze posłanie rzece, która przekaże je gwiazdom, które powtórzą je Bogu — powiedział Wschodni Wiatr. — Ostatni Głos ostrzegł mnie, że twoja śmierć może oznaczać dla mnie pewne niebezpieczeństwo, ponieważ jesteśmy jedną osobą.

Stąpający potrząsnął głową i splunął.

— To dla ciebie zaszczyt — dodał Wschodni Wiatr. — Teraz jesteś po prostu chłopcem z gór, ale tam, wśród gwiazd, staniesz się większy nawet ode mnie, choć ja potrafię odczytać wiadomości, które rzeka śle Bogu.

— Wcale mnie tak bardzo nie przypominasz, a poza tym nie masz brody — odparł Stąpający po Piasku i dotknął górnej wargi, na której nieśmiało zaczął kiełkować zarost. Słodkousta, która do tej pory wraz z Jadalnymi Liśćmi i Krwawiącym Palcem przysłuchiwała się w milczeniu, niespodziewanie zaczęła chichotać. Stąpający zgromił ją spojrzeniem, ona zaś, niezdolna opanować wesołości, wskazała na Wschodni Wiatr.

— W niemowlęctwie obwiązują nam mocno te części ciała długimi kobiecymi włosami — wyjaśnił Wschodni Wiatr. — Krew przestaje dopływać i usychają. To nie boli, umierają zaś tylko nieliczni z tych, którzy mieli zostać gwiezdnymi wędrowcami. Powiedziałem, że Ostatni Głos ostrzegł mnie przed konsekwencjami twojej śmierci. Umrzesz przede mną i udasz się do rzeki i gwiazd. Nie obawiam się tego. W snach będę razem z tobą odwiedzał miejsca, z których czerpie się siłę. Przyszedłem, żeby ci powiedzieć, że w swoich snach jeszcze długo będziesz żywym człowiekiem.

— Niebiański Nauczycielu, jest ich więcej — przemówił głos z góry. — Czy chcesz wyjść?

Stąpający podniósł wzrok i na tle nieba ujrzał miniaturowe sylwetki Dzieci Mroku osaczone zewsząd przez mieszkańców łąkomórz.

— Nie — odparł Wschodni Wiatr. — Skoro nie boję się tych, którzy przynajmniej są ludźmi, dlaczego miałbym się bać tamtych?

— Może powinieneś — mruknął Stąpający po Piasku.

Dzieci Mroku zsunęły się po osypującej się stromiźnie. W blasku dnia wydawały się jeszcze mniejsze niż nocą, bezkrwiste, zdeformowane. Stąpającemu przemknęła przez głowę myśl, że gdyby naprawdę byli dziećmi i tak wyglądali, już dawno by umarli.

— Wkrótce umrzemy — powiedziało jedno z Dzieci Mroku (Stąpający nie był pewien które). — A oni nas zjedzą. Ciebie też.

— Rytualne spożywanie darów przeznaczonych dla rzeki nie ma nic wspólnego ze zwykłym zaspokajaniem głodu — wycedził z pogardą Wschodni Wiatr. — Was po prostu zjemy na kolację.

— W sumie pięć sztuk, Niebiański Nauczycielu — oznajmił z góry człowiek, który wcześniej rozmawiał ze Wschodnim Wiatrem, i zatarł ręce. Wyglądało na to, że wśród swoich cieszy się sporym poważaniem. — Nie znam większego przysmaku niż mięso Dziecka Mroku.

— Sześć — poprawił go Wschodni Wiatr.

— Tego dołu nie wykopano rękami — stwierdziło któreś z Dzieci Mroku. Wszystkie zawzięcie grzebały w ziemi, przesiewając piasek między palcami.

— To twoi wierni słudzy — zwrócił się Wschodni Wiatr do Stąpającego po Piasku. — Może byś im opowiedział o ich nowym domu?