— Dlaczego ich zabiliście? Przecież nie byli ważni w ceremonii.
Złapali go z dwóch stron i wykręcili mu ręce.
— To nieludzie — powiedział jeden z nich. — Możemy ich jeść nawet bez okazji.
— Dzisiaj będzie wielka uczta — dodał drugi.
— Puśćcie go — polecił Wschodni Wiatr, który nie wiadomo skąd znalazł się tuż obok. — Nie stawiaj oporu, bracie. Skończy się tym, że połamią ci ręce.
Niewiele brakowało, a Stąpający po Piasku już miałby wyłamane oba ramiona. Jak tylko uchwyt zelżał, poruszył nimi ostrożnie.
— Zazwyczaj składamy w ofierze tylko jednego — wyjaśnił Wschodni Wiatr. — Dlatego wszyscy są tacy podnieceni. Dwaj ludzie i dwa tamte stworzenia… Jedzenia starczy dla każdego.
— A więc gwiazdy były łaskawe — zauważył Stąpający po Piasku.
— Kiedy gwiazdy są łaskawe — odparł Wschodni Wiatr bezbarwnym tonem — nie wysyłamy rzece żadnych posłańców.
Dotarli do jamy, zanim Stąpający zdążył się zorientować, że są już blisko. Zamierzał nie dać się zepchnąć, tylko zejść samo dzielnie po stromym zboczu, lecz kiedy dotarł na krawędź dołu, ujrzał na dnie niedużą postać tulącą do piersi coś, co wyglądało jak małe zawiniątko. Zdumiony, zatrzymał się raptownie, dostał z tyłu potężnego kuksańca i potoczył się w dół jak kłoda.
Nowym więźniem była Siedem Oczekujących Dziewcząt.
Tej nocy Stary Mędrzec i pozostałe przy życiu Dzieci Mroku śpiewały swym zamordowanym przyjaciołom Pieśń Łez. Stąpający po Piasku leżał na wznak i wpatrywał się w gwiazdy, usiłując wyczytać, czy posłanie, które zanieśli Krwawiący Palec i Jadalne Liście, odniosło jakiś skutek, lecz był za słabo wykształcony, żeby dostrzec cokolwiek więcej niż znajome konstelacje. Siedem Oczekujących Dziewcząt przez cały dzień opowiadała o tym, jak to szła za nim wzdłuż rzeki i została pojmana; ból, który w pierwszej chwili poczuł na jej widok, stopniowo przeistaczał się w irytację wywołaną jej głupotą. Dziewczyna była raczej uradowana niż wystraszona, ponieważ tutaj, w niewoli, znalazła namiastkę towarzyszy, którzy wcześniej ją opuścili. Co jakiś czas musiał sobie przypominać, że przecież nie była świadkiem rytualnego mordu.
Kto potrafił czytać w gwiazdach? Może Krwawiący Palec? Nigdy go o to nie pytał. Noc była pogodna, a bliźniacza planeta, jeszcze prawie w pełni, nie zdążyła pojawić się nad horyzontem, więc świeciły pełnym blaskiem. Zapewne właśnie dlatego tę dziurę w ziemi nazwano Drugim Okiem. Po tamtej stronie rzeki Wschodni Wiatr i Ostatni Głos z pewnością także wpatrywali się w gwiazdy. Niespokojnie przewracał się z boku na bok; następnym razem zanurkuje w rzece i ucieknie, żeby pomóc pozostałym… o ile jeszcze będą jacyś „pozostali”. Wyobraził sobie, jak ludzie z łąkomorza wpychają pod wodę Siedem Oczekujących Dziewcząt, wyobraził sobie jej wykrzywioną przerażeniem twarz z szeroko otwartymi do krzyku ustami, i natychmiast spróbował przestać o tym myśleć. Nie miałby nic przeciwko temu, żeby przyszła do niego Siedem Oczekujących Dziewcząt albo Słodkousta i zajęła go innymi sprawami, lecz obie spały przy przeciwległej ścianie, dotykając się rękami. Pieśń Łez narastała, potem zaczęła opadać, wreszcie zupełnie ucichła. Stąpający po Piasku usiadł raptownie.
— Stary Mędrcze! Czy potrafisz czytać w gwiazdach?
Drobna postać wydawała się jeszcze bardziej przezroczysta niż do tej pory, lecz zarazem jakby nieco urosła.
— Tak — odparł. — Chociaż nie zawsze widzę w nich to samo co wy.
— A umiesz wśród nich chodzić?
— Mogę robić, co zechcę.
— W takim razie co mówią? Czy jeszcze ktoś umrze?
— Jutro? Odpowiedź brzmi: tak i nie.
— Co to znaczy? Kto ma umrzeć?
— Codziennie ktoś umiera — odparł Stary Mędrzec. — Nie zapominaj, że jestem jednym z tych, których nazywacie Dziećmi Mroku. Jeśli gwiazdy do mnie mówią, to tylko o naszych sprawach… ale wszelkie podziały to głupota. Prawdą jest to, w co się wierzy.
— Czy to będzie Siedem Oczekujących Dziewcząt?
Stary Mędrzec pokręcił głową.
— Nie ona. Nie jutro.
Stąpający położył się z westchnieniem ulgi.
— O innych nie będę pytał. Nie chcę wiedzieć.
— Bardzo rozsądnie.
— W takim razie po co wędrować wśród gwiazd?
— Właśnie: po co? Przed chwilą odśpiewaliśmy naszym zmarłym Pieśń Łez. Myślałeś o innych, którzy też zginęli, dlatego nie gniewamy się na ciebie za to, że się do nas nie przyłączyłeś, choć Pieśń Łez jest lepsza od takich myśli.
— Jednak nie sprowadzi ich z powrotem.
— Czy na pewno byśmy tego chcieli?
— Czego? — Stąpający po Piasku stwierdził ze zdziwieniem, że jest wściekły, i świadomość ta jeszcze bardziej go rozgniewała. — O czym ty właściwie mówisz? — warknął, nie doczekawszy się odpowiedzi.
Gwiazdy mrugały z lodowatą pogardą, ignorując ich obu.
— Chciałem tylko zapytać — przemówił wreszcie Stary Mędrzec, starannie dobierając słowa — czy śpiewalibyśmy z radości, gdyby Wnykarz i Myśliwy wrócili, czy może zabilibyśmy ich zaraz po zmartwychwstaniu?
Stąpający doszedł do wniosku, że jego rozmówca wyraźnie odmłodniał. Cóż, duchy bywają dziwne… i łatwo się obrażają. Przypomniał sobie o tym w samą porę.
— Wybacz, jeśli cię uraziłem — powiedział jak najuprzejmiej. — A więc twoi przyjaciele nazywali się Wnykarz i Myśliwy? Skoro jestem przyjacielem Dzieci Mroku, to byli też moimi przyjaciółmi, podobnie jak Krwawiący Palec i Jadalne Liście. Dla nich też powinniśmy coś zrobić — na przykład usiąść w koło i do późnej nocy snuć opowieści o ich czynach — ale raczej nie tutaj. Nie czuję się tu zbyt dobrze.
— Rozumiem cię. Ty sam do pewnego stopnia przypominasz tego, kogo nazwałeś Krwawiącym Palcem.
— Matka jego matki i matka mojej matki przypuszczalnie były siostrami.
— Dlaczego tak pilnie przypatrujesz się moim towarzyszom?
— Ponieważ do tej pory nie przypuszczałem, że Dzieci Mroku mają imiona. Zawsze myślałem o nich po prostu jako o Dzieciach Mroku.
— Wiem o tym. — Stary Mędrzec ponownie skierował wzrok w niebo, co natychmiast przypomniało Stąpającemu o twierdzeniu Starego, jakoby potrafił wędrować wśród gwiazd. Po bardzo długim czasie (Stąpający zdążył przewrócić się na brzuch i położyć głowę na splecionych ramionach, dzięki czemu czuł słaby, słonawy zapach swojej skóry) Stary Mędrzec powiedział: — Nazywają się Lis, Łabędź i Świstak.
— Jak ludzie.
— Zanim ludzie zeszli z nieba, nie znaliśmy żadnych imion — ciągnął Stary Mędrzec rozmarzonym tonem. — Mieliśmy długie, obłe ciała i mieszkaliśmy w norach pod korzeniami drzew.
— Wydawało mi się, że to my tacy byliśmy — zauważył Stąpający po Piasku.
— Coraz częściej mi się myli — przyznał starzec. — Jesteście tak liczni, a nas zostało tak niewielu…
— Słyszycie nasze pieśni?
— Ja jestem waszymi pieśniami. Kiedyś ludzie wykorzystywali ręce wyłącznie do zdobywania żywności. Potem pojawili się wśród nich tacy, którzy wędrowali z gwiazdy na gwiazdę. Jeszcze później okazało się, że ci, co zostali, słyszeli pieśni tych, co wyruszyli, więc wysłali ich ponownie, jeszcze dalej. Ci czuli własne pieśni w swoich kościach, ale nie dzięki sobie, lecz dzięki tym, co zostali. Kiedyś byłem pewien, że wiem, kto jest kim; teraz nie mam już tej pewności.
— A ja nie jestem pewien, czy wiem, o czym mówisz.