Выбрать главу

— Niczym iskra z bezdennych czeluści pustki, lśniący kształt wsunął się do morza… — ciągnął Stary Mędrzec, lecz Stąpający po Piasku już go nie słuchał. Ułożył się między Słodkoustą a Siedmioma Oczekującymi Dziewczętami i wyciągnął ku nim ręce.

* * *

Nazajutrz przed świtem koniec liany znowu zsunął się po stromej ścianie. Tym razem ludzie z łąkomorza nie musieli schodzić, by zmusić więźniów do wspinaczki. Wystarczyło, że ktoś krzyknął z góry, a sami, co prawda powoli i niechętnie, wyszli na powierzchnię. Czekał tam już na nich Wschodni Wiatr.

— Jakie były gwiazdy tej nocy? — zapytał go Stąpający po Piasku.

— Niedobre. Bardzo niedobre. Ostatni Głos jest mocno zaniepokojony.

— Mnie też się zdawało, że nie wyglądają najlepiej — powiedział Stąpający. — Szybkobiegacz wplątany we włosy Kobiety o Płonących Włosach… Wątpię, żeby Krwawiący Palec i Jadalne Liście dostarczyli waszą wiadomość. Jadalne Liście zawsze robił to, o co go proszono, ale stary Krwawiący Palec prawie na pewno rozpowiada komu się da, że zasługujecie na gorszy los niż ten, który was spotkał. Ja w każdym razie na pewno to powiem, jeśli mnie wyślecie.

— Głupiec! — wykrzyknął Wschodni Wiatr i spróbował go powalić, lecz mu się nie udało, więc musieli to za niego uczynić dwaj jego ludzie.

Z powodu mgły było ciemniej niż poprzedniego ranka. Zaraz po obudzeniu Stąpający pomyślał, że ciemność i zimna mgła, która powinna być najgęściejsza nad wodą, stworzą mu doskonałe warunki do ucieczki, lecz wyglądało na to, że nie tylko on doszedł do takiego wniosku, ponieważ dwaj strażnicy wzięli go między siebie i mocno chwycili za ramiona. Droga dłużyła mu się niemiłosiernie. Kiedy się potknął, strażnicy podtrzymali go i zmusili do przyspieszenia kroku. Nieduże, zgarbione plecy Dzieci Mroku oraz znacznie szersze i jaśniejsze ludzi z łąkomorza pojawiały się i nikły we mgle.

— Wczoraj wieczorem mieliśmy wspaniałą ucztę — powiedział jeden ze strażników. — Nie byliście zaproszeni, ale dzisiaj na pewno będziecie.

— A wasze gwiazdy nadal są zagniewane — odparł Stąpający. Strach i wściekłość wypełniły oczy strażnika. Z całej siły wykręcił rękę więźniowi. Z przodu, zza całunu mgły, dobiegły nieludzkie wrzaski, po czym zapadła cisza.

— Może gwiazdy gniewają się na nas — powiedział drugi strażnik — ale za to znów najemy się do syta.

Minęli ich dwaj mężczyźni, każdy z martwym ciałem Dziecka Mroku w ramionach. Stąpający po Piasku poczuł zapach rzeki i w niesamowitej, utkanej z mgły ciszy usłyszał szmer głaszczących brzeg zmarszczek na jej powierzchni.

Ostatni Głos stał tam gdzie poprzednio, opleciony siwymi mackami mgły. Ludzie z łąkomorza założyli naszyjniki, bransolety i opaski z jaskrawozielonej trawy, utworzyli ogromnego węża i tańczyli powolny, monotonny taniec, coś przy tym pomrukując. Wschodni Wiatr odprawił jednego ze strażników, po czym wy| szeptał Stąpającemu do ucha:

— Możliwe, że to już ostatnie takie zgromadzenia na bagnach. Gwiazdy są rozwścieczone.

— Aż tak bardzo się ich boicie? — zapytał pogardliwie Stąpający po Piasku.

Zaraz potem Wschodni Wiatr znikł. Strażnicy spędzili więźniów — Stąpającego, jego matkę, ostatnie Dziecko Mroku i dwie dziewczęta — w drżącą gromadkę. Różowe Motyle płakała, Siedem Oczekujących Dziewcząt starała się uspokoić niemowlę, kołysząc je i plotąc jakieś bzdury, i wzywała Boga. Stąpający objął ją, a ona wtuliła twarz w jego ramię.

Ostatnie Dziecko Mroku stało tuż obok, dygocząc gwaltownie. Stary Mędrzec, który nie odstępował go ani na krok, był we mgle tak przezroczysty, że z pewnością nikt oprócz Stąpającego po Piasku nie wiedział o jego obecności. Niespodziewanie Dziecko Mroku dotknęło ręki Stąpającego i powiedziało:

— Umrzemy razem. Pokochaliśmy cię.

— Żuj mocniej, to będzie ci się wydawało, że to tylko sen. — Zaraz potem zrobiło mu się przykro, że w takiej chwili uraził przyjaciela, więc zapytał znacznie bardziej życzliwym tonem: — Czy to właśnie ty pokazałeś mi, co żujecie?

— Mam na imię Wilk.

Ostatni Głos zaintonował pieśń.

— Stary Mędrzec powiedział mi w nocy, że nazywacie się Lis, Świstak i jeszcze jakoś — rzekł Stąpający — ale chociaż zapomniałem trzecie imię, to jestem pewien, że brzmiało zupełnie inaczej.

— Mamy imiona dla siedmiu i dla pięciu. Ty słyszałeś imiona dla trzech. Moje imię jest dla jednego. Tylko imię Starego Mędrca nigdy się nie zmienia.

— Chyba że nazywa się mnie, tak jak niegdyś, normą społeczną — wyszeptał Stary Mędrzec. Był już tylko pustką w tumanach mgły, dziurą w kształcie człowieka.

Stąpający po Piasku przez cały czas nie spuszczał oka ze strażników. Odniósł wrażenie, że wsłuchani w śpiew Ostatniego Głosu, nieco się rozluźnili. Mgła ścieliła się nisko nad szeroko rozlaną rzeką. Jeśli Bóg mu pozwoli, może zdoła dotrzeć na głębszą wodę, a wtedy…

Boże, dobry Boże, dobry Panie…

Rzucił się naprzód, rozbryzgując z chlupotem wodę, spróbował przedrzeć się między dwoma ludźmi z łąkomorza, poślizgnął się, stracił grunt pod nogami. Schwytali go, przez chwilę okładali pięściami i kopali kolanami, po czym cisnęli z powrotem między więźniów. Siedem Oczekujących Dziewcząt, Słodkousta i matka chciały mu pomóc, lecz odepchnął je, a następnie, przeklinając głośno, opłukał twarz gorzką wodą.

— Dlaczego to zrobiłeś? — zapytało ostatnie Dziecko Mroku.

— Bo chcę żyć. Czyżbyś nie wiedział, że za kilka minut wszystkich nas utopią?

— Słyszę twoją pieśń i też chcę żyć. Może jestem innej krwi, ale też chcę żyć.

— A mimo to musimy umrzeć — wyszeptał Stary Mędrzec.

— To my musimy umrzeć, nie ty — powiedział Stąpający ostrym tonem. — Nie twoje kości będą obgryzać dziś wieczorem. Stary Mędrzec wskazał na Dziecko Mroku.

— Kiedy on umrze, ja umrę także. Jestem w połowie jego dziełem, a w połowie twoim, lecz gdy jego zabraknie, nie będę miał gdzie odbić się echem, a wtedy ty sam nie zdołasz stworzyć mnie całego.

— Ja też chcę żyć — powtórzyło cicho Dziecko Mroku. — Możliwe, że jednak jest sposób.

— Jaki?

— Ludzie podróżują między gwiazdami, naginając niebo, by skrócić sobie drogę. Odkąd tu przybyliśmy…

— Odkąd oni tu przybyli — poprawił go łagodnie Stary Mędrzec. — Teraz jestem w połowie człowiekiem i wiem, że zawsze żyliśmy tutaj, nasłuchując myśli, która nie chciała przybyć, a nasłuchując nie potrafiliśmy zdobyć się na własną myśl, która uczyniłaby nas ludźmi. Choć oczywiście może być i tak, że wszyscy wywodzimy się z jednego pnia, tyle że część na pół pamięta i rozkwita, część zaś na pół zapomina i więdnie.

— W mojej głowie rozbrzmiewa też pieśń dziewczyny z dzieciątkiem oraz ta, którą śpiewa człowiek zwany Ostatnim Głosem — powiedziało Dziecko Mroku. — I nie obchodzi mnie, czy jesteśmy jednością, czy stanowimy przeciwieństwa. Śpiewaliśmy po to, by powstrzymać gwiezdnych wędrowców. Pragnęliśmy żyć wedle naszego uznania, nie myśląc o tym, co było i jest, i choć oni potrafili przyginać niebo, nam udało się przygiąć ich myśli. Co by się stało, gdybym teraz wyśpiewał dla nich zaproszenie i gdyby je przyjęli? Kiedy się zjawią, zastaną tu mnóstwo ludzi z łąkomorza, a wśród nich zaledwie kilkoro nas. Być może, wcale nie my zostaniemy wybrani.

— Czy jeden zdoła uczynić tak wiele? — zapytał Stąpający po Piasku.

— Jesteśmy tak nieliczni, że wśród nas nawet jeden to imponująca liczba. Pozostali będą śpiewać, żeby gwiezdni wędrowcy nie zobaczyli tego, co pragną ujrzeć. Na jedno uderzenie serca moja pieśń przywróci im wzrok, a że przygięte niebo jest już niedaleko stąd, powinni przybyć bardzo szybko.