Выбрать главу

W samotności mogłem spokojnie pomyśleć — o przypominającym wodnego bawołu zwierzęciu, które zastrzeliłem rano (i którego z pewnością pozazdrościłby mi każdy myśliwy, gdyby udało mi się zachować czaszkę jako trofeum), oraz o naszej wyprawie. Bynajmniej nie chodzi o to, że mniej niż do tej pory zależy mi na udowodnieniu, iż tubylcy z Sainte Anne nie zostali do końca wytępieni, oraz na utrwaleniu ich obyczajów i sposobu myślenia, nim na zawsze odejdą w zapomnienie. Wręcz przeciwnie, pragnę tego jeszcze bardziej niż kiedykolwiek, choć z nieco odmiennych powodów. Lądując na Sainte Anne, marzyłem wyłącznie o tym, żeby podczas pracy w terenie zyskać reputację, która pozwoliłaby mi myśleć o interesującym stanowisku naukowym po powrocie na Ziemię. Teraz wiem już, że praca badawcza w terenie jest, i powinna być, celem samym w sobie; że wielce szanowani, wiekowi profesorowie, którym tak zazdrościłem sławy, wcale nie po to udawali się na kolejną wyprawę (wbrew moim przypuszczeniom), by dodać kolejną gałązkę do zdobiących ich głowy wawrzynów, nawet gdyby oznaczało to niewinną wycieczkę do przebadanej już wzdłuż i wszerz Melanezji. Pozycja, jaką osiągnęli, stawała się w ich rękach wyłącznie narzędziem do umacniania wcześniejszych zdobyczy. I mieli rację! Każdy z nas znajduje własną drogę i swoje miejsce w życiu; miotamy się po wszechświecie tak długo, aż wreszcie wszystko trafia na właściwe miejsce; to właśnie jest życie; to właśnie jest nauka, albo nawet coś lepszego od niej.

Kiedy dogoniłem chłopca, okazało się, że rozbił już obóz (dość wcześnie) i nawet chyba zaczął się o mnie trochę niepokoić. Wieczorem próbował ususzyć nad ogniem kawałek mięsa bawołu, żeby zachować je na później, chociaż powiedziałem mu, że jeśli się zepsuje, po prostu wyrzucimy je i zdobędziemy nowe.

Zapomniałem dodać, że po drodze ustrzeliłem dwa jelenie.

Oficer odłożył notes w płóciennej oprawie, wstał i przeciągnął się. Dopiero teraz zauważył ptaka, który jakiś czas temu wleciał do pokoju, a obecnie, milczący i zdumiony, siedział na ramie obrazka zawieszonego wysoko na ścianie naprzeciwko drzwi. Oficer krzyknął, a kiedy ptak nie zareagował, spróbował dosięgnąć go szczotką zostawioną w kącie przez niewolnika. Ptak zerwał się do lotu, lecz zamiast skierować się do otwartych na oścież drzwi, uderzył w nadproże, ogłuszony upadł na podłogę, a oprzytomniawszy, wrócił na swoje miejsce na obrazku, po drodze muskając policzek mężczyzny skrajem czarnego skrzydła. Oficer zaklął, ponownie usiadł za biurkiem i wziął do ręki plik luźnych kartek pokrytych starannym urzędniczym pismem.

Nie ulega wątpliwości, że powinienem mieć jeszcze jednego adwokata oprócz tego, którego wyznaczy mi sąd. Uniwersytet z pewnością udostępni mi fundusze na opłacenie honorarium; poprosiłem mego obrońcę z urzędu, żeby się tym zajął. To znaczy, poproszę go.

Odnoszę wrażenie, iż w wyjaśnieniu mojej sprawy istotną rolę może odegrać rozwiązanie kilku problemów, które teraz kolejno wymienię i postaram się omówić ich rozmaite interpretacje, przygotowując się w ten sposób do rozprawy. Przede wszystkim w grę wchodzi pojęcie winy, najistotniejsze w każdej sprawie sądowej. Czy pojęcie to ma zasięg uniwersalny?

Jeżeli nie, to należałoby wysnuć wniosek, że istnieją grupy, które nigdy i w żadnych okolicznościach nie mogą podlegać karze; po chwili zastanowienia trzeba stwierdzić, iż takie grupy naprawdę istnieją — dzieci, upośledzeni umysłowo, osoby bardzo zamożne, zwierzęta, bliscy najrozmaitszych dygnitarzy, sami dygnitarze i tak dalej.

Kolejne pytanie, które trzeba postawić, Wysoki Sądzie, brzmi następująco: czy ja, podsądny, nie należę do którejś z wymienionych grup? Dla mnie nie ulega wątpliwości, iż należę do wszystkich, lecz ponieważ nie chcę nadużywać cierpliwości Wysokiego Sądu, skoncentruję się na dwóch: otóż nie podlegam karze jako dziecko i jako zwierzę, czyli jako członek pierwszej i czwartej z wymienionych przeze mnie grup.

Tym samym natychmiast rodzi się trzeci problem: co tak naprawdę oznacza słowo „dziecko”. Naturalnie już na samym początku musimy jasno i wyraźnie stwierdzić, iż w grę wchodzi coś znacznie więcej niż tylko zwykłe określenie wieku. Absurdem byłoby uznać we wtorek, że oskarżony nie jest winny zarzucanego mu czynu, w środę natomiast zmienić werdykt, ponieważ osiągnął wiek uznany arbitralnie za dorosły. Nie, Wysoki Sądzie! Choć mam niewiele ponad dwadzieścia lat, nie ulega dla mnie wątpliwości, że takie postawienie sprawy zaowocowałoby mnóstwem potwornych zbrodni popełnianych tuż przed osiągnięciem pełnoletności. Za dziecko nie można również nikogo uznać w oparciu o subiektywne relacje dotyczące jego lub jej stanu wewnętrznego, a to z prostego powodu niemożliwości zweryfikowania takich dowodów. Czy ktoś jest dzieckiem, czy dorosłym, świadczy sposób, w jaki jest traktowany przez społeczeństwo. W moim przypadku rzecz ma się następująco:

Nie posiadam i nigdy nie posiadałem żadnej własności.

Nigdy nie byłem stroną ani świadkiem umowy cywilnoprawnej.

Nigdy nie zeznawałem przed sądem w charakterze świadka.

Nie wstąpiłem w związek małżeński ani nie adoptowałem dziecka.

Nigdy nie pobierałem wynagrodzenia za wykonywaną pracę. (Sprzeciw, Wysoki Sądzie? Chodzi o moje zeznanie dotyczące związków z Uniwersytetem Columbia? Powołuje się na nie oskarżyciel? Wysoki Sądzie, to chytra sofistyka, lecz pozbawiona wszelkiego znaczenia. Stanowisko wykładowcy było tylko synekurą, dzięki której mogłem kontynuować badania naukowe, natomiast w kwestii wyprawy na Sainte Anne powiem tylko tyle, że otrzymałem zwrot poniesionych kosztów. I co? Kto może lepiej o tym wiedzieć ode mnie?)

Jak więc jasno widać, Wysoki Sądzie — a mógłbym przytoczyć jeszcze setki argumentów — w chwili popełnienia przestępstwa, naturalnie jeżeli istotnie zarzuca mi się coś takiego, w co bardzo wątpię, byłem dzieckiem. Te same dowody świadczą aż nadto dobitnie o tym, iż jestem nim nadal.

Co się natomiast tyczy tego, że jestem zwierzęciem (w tym sensie, że nie ludzką istotą), to dowód jest tak oczywisty, iż boję się, że mogę zostać wyśmiany za jego przytoczenie. Czy ci, którym w waszym społeczeństwie wolno poruszać się bez żadnych ograniczeń, są zwierzętami, czy ludźmi? Kto jest zamykany w stajniach, oborach, psiarniach i chlewach? Ludzie czy zwierzęta? Kto sypia na podłodzie, a kto w łóżku? Kto mieszka w ciepłych pomieszczeniach i korzysta z łazienek, a kto musi ogrzewać się własnym oddechem i wylizywać się w celu utrzymania czystości?

Proszę o wybaczenie. Wysoki Sądzie. Nie zamierzałem zakłócać powagi sali sądowej.

* * *

Czterdzieści siedem znów stukał w rurę. Chcecie wiedzieć, co mówił? Bardzo proszę.

JEDEN CZTERY TRZY, JEDEN CZTERY TRZY, CZY TO TY? SŁYSZYSZ MNIE? KIM JEST TEN NOWY NA WASZYM PIĘTRZE?

Znaki przestankowe wstawiłem na własną odpowiedzialność, ponieważ Czterdzieści siedem ich nie używa. Mam nadzieję, że mi wybaczy, jeśli niewłaściwie zrozumiałem jego intencje.