— Świetnie! Wiesz co, Marjie? Byłabyś dobrym szpiegiem.
— Nigdy! — odrzekłam szybko. — W dzieciństwie często wymykałam się spod opieki mamy; stąd znam się trochę na konspiracji. Ale szpiegostwo to odrobinę bardziej niebezpieczne zajęcie. Powiedz mi lepiej, Vickie, co takiego strasznego jest w mężu Ellen? Ma trzy głowy, czy co?
— Jest Tonganem. Czyżbyś nie wiedziała?
— Naturalnie, że wiem. Ale Tongan nie oznacza „trędowaty”, w każdym razie tak mi się wydaje. Lecz nawet jeśli się mylę, to jest to wyłącznie sprawa Ellen.
— A jednak Anita ma inne zdanie. Zresztą nie tylko ona. Teraz, gdy to się już stało, wszyscy możemy robić dobrą minę do złej gry. Ale mieszane małżeństwa z reguły są nieszczęśliwe. Szczególnie, gdy dziewczyna wychodzi za mąż za kogoś mniej atrakcyjnego niż ona sama.
— Mniej atrakcyjnego! Dobre sobie. Wszystko, co mi o nim powiedziano, to fakt, iż jest Tonganem. Tonganowie są wysokimi, przystojnymi i nadzwyczaj kulturalnymi mężczyznami. Ich skóra jest tylko trochę bardziej brązowa od mojej. Tym, co wyróżnia ich spośród wszystkich Maorysów, jest właśnie ich aparycja. Ciekawam, jak byście zareagowali, gdyby ów młody człowiek był Maorysem pochodzącym z szacownej rodziny posiadającej spory majątek ziemski?
— Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, by Anita przywiązywała do tego wielką wagę. Tak czy owak, nie pojechała na ślub, ani nawet nie udzieliła swojego błogosławieństwa. Małżeństwa pomiędzy białymi a Maorysami zdarzały się już nie raz. Jedni potrafią się z tym pogodzić, inni nie. Jednak mieszania ras nigdy nie uważano za dobrą ideę.
„Vickie, Vickie! Czy masz może lepszy pomysł na uwolnienie tego świata od głupich przesądów i uprzedzeń?” — pomyślałam.
Głośno zaś zapytałam: — Tak sądzisz? No cóż, może masz rację…? Wiesz, skąd wziął się ciemniejszy odcień mojej skóry?
— Jasne! Mówiłaś nam przecież, że płynie w tobie krew północnoamerykańskich Indian. Irokezów — tak chyba… powiedziałaś… O Boże! Co ja nagadałam! Ja nie chciałam cię urazić, Marjie. To niezupełnie tak. Przecież wszyscy wiedzą, że Indianie są… no, że to tacy sami ludzie jak biali. W każdym calu.
„Oczywiście, naturalnie — pomyślałam. — Zaraz powiesz mi jeszcze, iż kilkoro z twoich najlepszych przyjaciół to Żydzi. Moja droga, mała Vickie. Ciekawe, jak zareagowałabyś, gdybym ci oznajmiła, że jestem SIL-em. Mam na to wielką ochotę… ale nie mogę przecież narażać cię na taki wstrząs”.
— Nic się nie stało — odrzekłam po chwili milczenia. — W końcu, cóż ty możesz wiedzieć? Przez całe swoje życie ani razu nie wystawiłaś nosa poza Nową Zelandię, a rasizm wyssałaś najprawdopodobniej razem z mlekiem matki.
Twarz Vickie oblała się rumieńcem.
— To, co mówisz, jest niesprawiedliwe. Wtedy, gdy ważyły się losy twojego przyjęcia do rodziny, stanęłam po twojej stronie. Głosowałam „za”.
— O ile mi wiadomo, wszyscy głosowali „za”; inaczej nie byłoby mnie tutaj. Czy bardzo się pomylę, jeśli stwierdzę, iż kwestią sporną była przede wszystkim moja irokeska krew?
— No… ktoś o tym wspomniał.
— Kto i z jakim efektem?
— Marjie, mówimy o posiedzeniu rady familijnej. Nie mogę opowiadać ci, co się na niej działo.
— Hmm… Rozumiem twoje opory. Czy w sprawie Ellen również odbyła się rada familijna? Jeśli tak, mam prawo znać jej przebieg. Zasiadam w niej tytularnie i mogę głosować.
— Owszem, była narada, choć Anita mówiła, że to nie jest konieczne. „Nie zamierzam zachęcać łowców posagów” — tak powiedziała. Zresztą już wcześniej oznajmiła Ellen, iż nie pozwoli jej sprowadzić Toma do domu. Sama więc widzisz, że i tak nic nie można było zrobić.
— I nikt z was nie stanął w obronie Ellen? Nawet ty?
Vickie zarumieniła się jeszcze bardziej niż przedtem.
— To jedynie rozwścieczyłoby Anitę.
— Sama powoli zaczynam być wściekła. W myśl kodeksu naszej rodziny Ellen jest tak samo córką Anity, jak twoją i moją. Zgodzisz się chyba, że Anita postąpiła źle, nie pozwalając Ellen na przyjazd z mężem do domu. Najpierw powinna była zapytać, co sądzą na ten temat pozostali członkowie rodziny.
— Marjie, to nie było zupełnie tak, jak myślisz. Ellen nie chciała zamieszkać tu z Tomem. Chciała go tylko przedstawić. Rozumiesz chyba, po co?
— Pewnie! Jakże mogłabym nie rozumieć, skoro sama kiedyś znalazłam się pod lupą.
— Anita próbowała powstrzymać ją przed tym małżeństwem. Gdy dowiedziała się, że jest już za późno, wpadła w szał. Najwidoczniej Ellen wzięła ślub natychmiast, gdy tylko doręczono jej list, w którym Anita powiedziała „nie”.
— Do diabła, a więc zasłony zaczynają opadać. Ellen zmusiła ją w ten sposób do wypłacenia bez zastrzeżeń i w gotówce równowartości swojego udziału w rodzinnym przedsiębiorstwie, nieprawdaż? A to mogło okazać się trudne. Taki udział to ładny kawał grosza. Wiem coś na ten temat, bo sama od wielu lat spłacam dług z tego tytułu.
— Nie masz racji. Anita jest zła po prostu dlatego, że jej córka — jej faworyta, o czym wszyscy wiedzieliśmy — wyszła za mąż za mężczyznę, którego ona nie zaaprobowała. Wcale nie musiała zabierać tych pieniędzy; to nie było konieczne. Kontrakt przewiduje pewne okoliczności, mogące wstrzymać lub nawet uniemożliwić wypłatę udziału. A Anita zwróciła uwagę na fakt, iż ma moralny obowiązek chronić rodziny majątek przed zakusami „jakiegoś awanturnika”, jak określiła męża Ellen.
Poczułam, że wzbiera we mnie szewska pasja.
— Vickie, zaczynam mieć kłopoty z uwierzeniem w to, co tu słyszę. Czy wy wszyscy oprócz Anity jesteście glistami bez kręgosłupów?! Jak mogliście dopuścić do potraktowania Ellen w taki sposób? — Odetchnęłam głęboko, starając się opanować ogarniającą mnie wściekłość. — Nie mam pojęcia, czego się obawiacie, zamierzam jednak dać dobry przykład. Gdy tylko wrócimy do domu, natychmiast zrobię dwie rzeczy. Najpierw, korzystając z domowego terminalu i w obecności całej rodziny, połączę się z Ellen i poproszę ją, by odwiedziła nas tu, w Christchurch, wraz z mężem. I to w ciągu najbliższego weekendu. Niedługo będę musiała wrócić do pracy, a nie mam zamiaru stracić okazji poznania mojego pierwszego zięcia.
— Anitę krew zaleje.
— Zobaczymy. Następnie postaram się o zwołanie rady familijnej, na której zażądam natychmiastowego wypłacenia Ellen w gotówce wszystkich jej aktywów. Przypuszczam, że to również nie wzbudzi zachwytu Anity.
— Prawdopodobnie. A osiągniesz jedynie tyle, że stracisz swój głos. Marjie, po co chcesz napytać sobie biedy? Sytuacja już teraz jest wystarczająco skomplikowana.
— Możliwe. Ale możliwe też, iż jest pośród was ktoś taki, kto boi się położyć tamę tyranii Anity, uważając — skądinąd słusznie — że sam nie da rady. W najgorszym wypadku przekonam się, jak będzie wyglądać głosowanie. Posłuchaj, Vickie: W myśl kontraktu, który podpisałam, zapłaciłam już ponad siedemdziesiąt tysięcy nowozelandzkich dolarów za wejście do rodziny. Powiedziano mi, że takie są reguły, gdyż w momencie opuszczania domu każdemu z naszych dzieci (a mamy ich przecież niemało) wypłacany jest w gotówce pełen udział. Nie protestowałam więc. Podpisałam. A teraz bez względu na to, co powie Anita, zamierzam wykorzystać moje prawa wynikające z tego faktu. Otóż jeśli Ellen nie otrzyma w ciągu tygodnia swojego posagu, spowoduję, by pieniądze, które dotychczas — zgodnie z kontraktem — wysyłam co miesiąc na konto rodziny, zaczęły trafiać na jej konto. I nie zmienię swojej decyzji, dopóki Anita nie wypłaci Ellen równowartości jednego udziału. W gotówce i co do grosza. Przyznasz chyba, że będzie to sprawiedliwe rozwiązanie?