— Owszem, Brianie, doskonale to rozumiem. Dziwię się tylko, że nie działa to w obie strony.
— Wcale nie jestem przekonany o celności twojego spostrzeżenia. Żyję z Anitą najdłużej spośród was; znam ją również najlepiej. Pewnie nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale właśnie ona jest spoiwem, dzięki któremu rodzina trzyma się razem.
— Teraz nie bardzo rozumiem.
— Przede wszystkim, to na jej głowie spoczywają wszelkie obowiązki związane z prowadzeniem domu i interesów. Jako menadżer rodziny jest praktycznie niezastąpiona. Być może ktoś inny spośród nas byłby w stanie robić to wszystko zamiast niej, lecz — przynajmniej jak na razie — nikt nie kwapi się do wzięcia owego ciężaru na swoje barki; nikt też z pewnością nie dorównałby Anicie. W sprawach nie mających związku z prowadzeniem interesów również trudno przecenić jej talent; obojętnie, czy chodzi o rozstrzyganie kłótni pomiędzy dziećmi, czy też o podejmowanie decyzji dotyczących tysiąca różnych innych kwestii związanych z zarządzaniem tak dużym gospodarstwem. Anita potrafi szybko podjąć właściwą decyzję i to dzięki niej wszystko jakoś się kręci. Będąc tak dużą S-grupą, nie moglibyśmy obejść się bez zdolnego i silnego lidera.
„Zdolnego i silnego tyrana” — pomyślałam.
— A więc Marjorie, moja dziewczynko — ciągnął dalej — czy możesz uzbroić się w cierpliwość i dać staremu Brianowi trochę czasu na uporanie się z problemem, o którym mówiliśmy?
— Oczywiście, kochanie — powiedziałam, kładąc dłoń na jego dłoni. „Byle nie trwało to zbyt długo” — dodałam w myśli.
— I proszę cię, porozmawiaj z Vickie po powrocie do domu. Powiedz jej, że żartowałaś wtedy i że nie miałaś zamiaru tak jej zdenerwować.
Oho! Myśląc o Ellen zupełnie zapomniałam, od czego zaczęła się ta rozmowa.
— Chwileczkę, Brianie. Jeśli moja podróż na Tonga miałaby rzeczywiście zirytować Anitę, zgadzam się z niej zrezygnować. Ale co do Vickie, to wolałabym, żeby swoje uprzedzenia rasowe zachowała dla siebie. Nie zamierzam ponownie słuchać jej wynurzeń na ten temat.
— Ależ, skarbie! Wcale cię o to nie proszę. Uważam nawet, że masz rację. Zresztą nie tylko ja; Liz jest tego samego zdania. Lecz w przypadku Victorii rzecz wygląda nieco bardziej skomplikowanie, choć jej również nie przypadł do gustu sposób, w jaki Anita potraktowała Ellen i jej męża. Rozmawiałem z nią na temat jej poglądów. Myślę, iż obecnie jest skłonna uznać, że Tonganowie to, nie licząc koloru skóry, tacy sami ludzie jak my. Chodzi mi tylko o ten dosyć dziwny żart, który tak bardzo wytrącił ją z równowagi.
— Brianie, swego czasu powiedziałeś mi, że zanim zdecydowałeś się skończyć prawo, nieomalże uzyskałeś doktorat z biologu — Z tym „nieomalże” pewnie trochę przesadziłem, ale ogólnie to prawda.
— Wiesz więc dobrze, że sztuczne istoty ludzkie nie różnią się biologicznie od normalnych ludzi. Natomiast braku duszy nie można zauważyć.
— Jestem zwyczajnym parafianinem, Marjie, a dusza to problem dla teologów. Lecz tak naprawdę nietrudno jest rozpoznać żywego artefakta.
— Nie użyłam sformułowania „żywy artefakt”. Tym terminem określać można co najwyżej mówiące psy, takie jak Lord Nelson. Sztuczna istota ludzka posiada dokładnie wszystkie cechy normalnego człowieka; ma ten sam wygląd i tę samą budowę. Jak więc możesz odróżnić jedno od drugiego? Weźmy na przykład mnie. Znasz na wylot moją psychikę i moje ciało; jestem szczęśliwa, mogąc tak twierdzić. Powiedz zatem — jestem sztuczną istotą ludzką czy też normalnym człowiekiem?
Brian uśmiechnął się i oblizał wargi.
— Mogę jedynie stwierdzić, kochanie, że w dziewięćdziesięciu procentach jesteś z pewnością normalną kobieta, zaś w pozostałych dziesięciu — aniołem. Czy mam zacząć wyliczać, dlaczego?
— Znając twój gust, mój drogi, nie sądzę, aby było to konieczne. Bądź jednak poważny, proszę. Przypuśćmy, iż zawdzięczam życie inżynierii genetycznej. Czy jakikolwiek mężczyzna, który znalazłby się w moim łóżku — tak jak ty w ciągu ostatniej i wielu poprzednich nocy — byłby w stanie to stwierdzić?
— Daj spokój, Marjie, proszę cię. To przestaje być zabawne.
Tego typu rozmowy sprawiają czasami, że tracę poczucie rzeczywistości.
— Ja jestem sztuczną istotą ludzką.
— Marjie!
— Nie chcesz uwierzyć mi na słowo? Muszę to udowodnić?
— Dosyć już żartów! Masz natychmiast przestać! Jeśli tego nie zrobisz, ukarzę cię po powrocie do domu. Nigdy nie podniosłem ręki na ciebie ani na żadną z moich żon; dziś jednak zasłużyłaś sobie na lanie.
— Tak? Widzisz ten kawałek ciastka na twoim talerzyku? Zaraz ci go zabiorę. Zasłoń go dłońmi i spróbuj mnie powstrzymać.
— Nie bądź głupia.
— Zrób to. Zapewniam cię, że zanim się poruszysz, talerzyk będzie pusty.
Przez moment patrzył mi z niedowierzaniem w oczy. Nagle poderwał ręce ku nieszczęsnym resztkom deseru. Błyskawicznie sięgnęłam po swój widelec, podniosłam go, wbiłam w ów kawałek ciastka, porwałam go miedzy mającymi się właśnie połączyć dłońmi Briana i zatrzymałam tuż przed swoimi ustami. Wtedy, w sierocińcu, wbiłam sobie plastikowy widelec w policzek tylko dlatego, że nie umiałam jeszcze zapanować nad prędkością swoich ruchów.
Tego, co wyrażała twarz Briana, nie da się opisać słowami.
— Czy już wystarczy? — zapytałam go. — Widzę, że chyba nie. W takim razie, mój drogi, sprawdźmy, kto z nas ma silniejszą dłoń.
Wyciągnęłam w jego kierunku prawą rękę. Chwilę zawahał się, w końcu jednak podał mi swoją. Przez moment pozwoliłam, by miał nade mną przewagę, po czym stopniowo zaczęłam wzmacniać uścisk.
— Nie pozwól się zranić — ostrzegłam go. — Daj mi znać, kiedy mam przestać.
Brian nie należał do mięczaków; potrafił wytrzymać sporą dawkę bólu. Już miałam rozluźnić palce, gdy syknął przez zaciśnięte zęby: — Dosyć!
Natychmiast puściłam jego dłoń i zaczęłam ją delikatnie masować.
— Zadawanie bólu wcale nie sprawia mi przyjemności, kochanie, lecz jakoś musiałam ci udowodnić, że mówię prawdę. Zazwyczaj jestem ostrożna i staram się nie popisywać bez potrzeby swoim nieprzeciętnym refleksem lub siłą. W moim zawodzie są one jednak niezbędne. Nieraz już pozwoliły mi ocalić głowę i wyłącznie w takich sytuacjach uciekam się do ich użycia. A teraz: czy ciągle jeszcze nie wierzysz, że jestem tym, kim powiedziałam? Mogłabym to udowodnić jeszcze na wiele innych sposobów, lecz najłatwiej zademonstrować siłę i zręczność.
— Czas już wracać do domu — odrzekł Brian bezbarwnym tonem.
Podczas drogi nie wymieniliśmy nawet tuzina słów. Naprawdę uwielbiam jazdę powozem zaprzężonym w parę ślicznych gniadoszy. Zazwyczaj jest to dla mnie prawdziwa rozkosz. Tego dnia żałowałam jednak, że nie było pod ręką czegoś mechanicznego i bardziej hałaśliwego, ale szybkiego.
Przez następnych kilka dni Brian wyraźnie mnie unikał. Widywałam go wyłącznie przy posiłkach. Wreszcie nadszedł poranek, kiedy w czasie śniadania Anita zapytała mnie: — Marjorie, moja droga, mam w mieście kilka spraw do załatwienia. Czy nie pojechałabyś ze mną? Być może będę potrzebować twojej pomocy.
— Oczywiście! — Cóż innego mogłam odrzec?
Kilkakrotnie zatrzymywałyśmy się w najbliższym sąsiedztwie Gloucester Street oraz przy Durham. Moja pomoc nie była potrzebna ani razu. Doszłam w końcu do wniosku, iż Anita po prostu potrzebowała towarzystwa, a myśl, że jej wybór padł właśnie na mnie, sprawiła mi nawet przyjemność. Ona rzeczywiście potrafiła być przemiła; tak długo, dopóki ktoś nie próbował przeciwstawić się jej woli.