Gdy załatwiła to, co miała do załatwienia, poszłyśmy do Hagley Park pospacerować wzdłuż brzegu Avonu, a potem do Ogrodu Botanicznego. Anita wybierała nasłonecznione miejsca, w których karmiłyśmy ptaki i przyglądałyśmy się im. Swoje druty odłożyła obok siebie na ławeczkę. Nie rozmawiałyśmy o niczym ważnym, lub po prostu siedziałyśmy milcząc.
Byłyśmy w parku już ponad półtorej godziny, gdy odezwał się jej przenośny telefon. Wyjęła go z torby i podniosła do ucha.
— Tak?
Przez chwilę słuchała, kiwając od czasu do czasu głową, po czym powiedziała „dziękuję” i odłożyła go z powrotem. Nie uważała za stosowne poinformować mnie, z kim rozmawiała. Cóż — w końcu nie miała takiego obowiązku.
Po kilku minutach milczenia zadała mi niejasne pytanie: — Powiedz mi, Marjorie, zastanawiałaś się kiedyś nad znaczeniem takich słów, jak „wina” lub „skrucha”?
— Owszem, i to nie raz. A dlaczego pytasz?
— Dlatego, że oszukałaś, że okłamałaś nas.
— …Cooo?!
— Nie udawaj niewiniątka. Nigdy przedtem nie musiałam wchodzić w układy ze stworzeniem nie będącym dziełem Boga. Wcale nie jestem taka pewna, czy możesz pojąć, co to wina i grzech. Zresztą, w tej chwili nie ma to już większego znaczenia. Zostałaś zdemaskowana. Rodzina prosi o natychmiastowe załatwienie rozwodu. Brian rozmawia właśnie z sędzią Ridgleyem.
Gwałtownie poderwałam się z ławki.
— Z jakiego powodu?! Nie zrobiłam nic złego!
— Czyżby? Zapomniałaś, że nowozelandzkie prawo zabrania nieludziom wchodzenia w związki małżeńskie z istotami ludzkimi.
Rozdział VIII
Jakąś godzinę później siedziałam już na pokładzie wahadłowca do Auckland. Miałam teraz wiele czasu, aby zastanowić się nad własną głupotą.
Od owej nocy, gdy rozmawiałam z Szefem o moim człowieczeństwie, minęły prawie trzy miesiące. Powiedział mi wtedy, że jestem „taką samą kobietą jak matka Ewa”. Według jego słów mogłam bez obaw przyznać się każdemu, iż tak naprawdę stworzona zostałam jako SIL — i tak nikt by w to nie uwierzył.
W zasadzie niewiele mijało się to z prawdą. Szef nie wziął jedynie pod uwagę, że dołożę wszelkich starań, by udowodnić, iż w myśl nowozelandzkiego prawa nie jestem człowiekiem.
W pierwszym odruchu chciałam zażądać zwołania rady rodzinnej. Szybko dowiedziałam się, że nie ma już takiej potrzeby. Decyzja w mojej sprawie została podjęta in camera. Wynik głosowania: siedem głosów przeciwko, żadnego za.
Nie wróciłam nawet do domu. Moje osobiste rzeczy zostały już wcześniej spakowane i dostarczone do hali odlotów bazy Kiwi Lines. O tym właśnie dowiedziała się przez telefon Anita, gdy siedziałyśmy na ławce w Ogrodzie Botanicznym.
Ciągle jeszcze mogłam uprzeć się i pojechać do domu. Nie miałam przecież żadnych podstaw, aby uwierzyć jej, że nie prowadzi takiej samej gry jak w przypadku Ellen. Ale jeżeli nawet tak było, to co? Wrócić? Wdawać się w dyskusje? Próbować przekonać ich o swojej racji? Całe to dzielenie włosa na czworo nie miało już sensu. W ciągu kilku sekund dotarło do mnie, że wszystko przepadło. Prysło jak bańka mydlana. Rozwiało się niczym sen. Moja „przynależność” skończyła się tak samo, jak skończyły się zabawy z dziećmi na dywanie. One nie były już moje.
Siedząc tak i bijąc się z własnymi, ponurymi myślami prawie zupełnie zapomniałam, jak „szlachetnie” i „wielkodusznie” zachowała się wobec mnie Anita. Otóż w przypadku zerwania lub naruszenia przeze mnie warunków kontraktu, który podpisałam, ostatni jego paragraf przewidywał natychmiastowy zwrot całej sumy, jaką wpłaciłam na konto rodzinnego przedsiębiorstwa. Czy bycie „nieczłowiekiem” oznaczało naruszenie warunków kontraktu?
Patrząc na całą sprawę z jednej strony — gdyby postanowili wypisać mnie z rodziny, powinnam automatycznie otrzymać z powrotem swoje siedemdziesiąt tysięcy NZ$. Z drugiej jednak strony posiadałam nie tylko tę część udziału, za którą zapłaciłam. W wyniku operacji bankowo-giełdowych dokonywanych przy pomocy moich pieniędzy byłam — przynajmniej teoretycznie — właścicielką sumy prawie dwa razy większej.
Owa wielkoduszność miała polegać na tym, że jeśli zgodzę się szybko i po cichu opuścić Christchurch, nie zostanie przeciwko mnie wniesiony żaden pozew sądowy. Co stałoby się, gdybym „próbowała zrobić wokół siebie publiczny skandal” — tego mi nie powiedziano.
Wyniosłam się po cichu.
Nie potrzebowałam psychoanalityka; wiedziałam, że byłam sama sobie winna. Dotarło to do mojej świadomości, gdy tylko Anita powiadomiła mnie, iż wie o wszystkim. Ważniejsze jest, dlaczego zrobiłam to, co zrobiłam?
Nie dla Ellen — nie ma sensu oszukiwać samej siebie. Przeciwnie; własna naiwność uniemożliwiła mi zrobienie w tej sprawie czegokolwiek.
A więc dlaczego?
Złość.
Bezsilna złość na cały rodzaj ludzki za to, że istot takich jak ja nie zalicza on do swojego grona. Nie potrafiłam znaleźć lepszej odpowiedzi. Po prostu nie umiałam pogodzić się z tym faktem. Nie widziałam powodów, które uzasadniałyby odmówienie mi takich samych praw, jakie posiadali inni, „normalni” ludzie. Uczucie to narastało we mnie od chwili, gdy jako dziecko przekonałam się, że nie dotyczą mnie pewne przywileje, z których cieszyć się mogły inne dzieci, i to już od chwili narodzin. Ja nie urodziłam się nigdy, a to właśnie było miarą człowieczeństwa.
Obecnie uchodziłam za normalnego człowieka i w zasadzie mogłam wreszcie korzystać z owych przywilejów. Pozostała jednak uraza, która przybierała nawet na sile, jako że musiałam dusić ją w sobie. W końcu jednak nadszedł dzień, kiedy ważniejsze dla mnie stało się uzyskanie odpowiedzi na pytanie, czy moja przybrana rodzina potrafi zaakceptować fakt, iż jestem tym, kim naprawdę nigdy nie przestałam być — Sztuczną Istotą Ludzką.
I uzyskałam tę odpowiedź. Myślę, że poznałam ją już wcześniej; wtedy, gdy przekonałam się, jak można potraktować swoją rodzoną córkę. Nikt nie stanął po mojej stronie, tak jak nikt nie stanął po stronie Ellen. Czułam, że tak będzie. Przeświadczenie o tym czaiło się, ukryte gdzieś głęboko w owym zakamarku mojej podświadomości, którego sama nie znałam, a który według Szefa kierował wszystkimi moimi myślami.
W Auckland znalazłam się zbyt późno, by zdążyć na SBS do Winnipeg. Zrobiłam rezerwację na następny dzień i nadałam cały mój bagaż, z wyjątkiem torby podróżnej. Zastanawiałam się właśnie, co zrobić z pozostałymi do odlotu dwudziestoma trzema godzinami, gdy nagle przypomniałam sobie o kapitanie Tormeyu. Według tego, co mi mówił, prawdopodobieństwo, że jest akurat w mieście, było niewielkie. Jego mieszkanie — jeśli było puste — mogło okazać się przyjemniejsze od hotelowego pokoju. Odszukałam więc publiczny terminal i wystukałam kod.
Kiedy ekran rozjarzył się, ujrzałam twarz młodej kobiety, całkiem nawet ładną.
— Cześć! Jestem Torchy. Z kim mam przyjemność?
— Nazywam się Marjorie Baldwin — odrzekłam. — Zdaje się, że pomyliłam kod. Chciałam połączyć się z mieszkaniem kapitana lana Tormeya.
— W takim razie nie pomyliłaś się, kotku. Zaczekaj chwileczkę, właśnie bierze prysznic. — Odwróciła się i krzyknęła: — Bubber! Jakaś piękność na wizji. Zna twoje imię!
Gdy kobieta ponownie stanęła przodem do ekranu, mogłam się jej dokładnie przyjrzeć. Miała całkiem niezłe ciało. Może trochę zbyt szerokie biodra. Ale z tymi długimi nogami, szczupłą talią i piersiami, które nie były wcale gorsze od moich… Nie, nie mogłam jej nic zarzucić; przynajmniej, jeśli chodziło o wygląd zewnętrzny.