Niech policzę: pamiętałam dokładnie, kiedy miał się skończyć mój urlop. Nie musiałam być genialnym matematykiem, by przekonać się, że te nie takie znowu długie wakacje kosztowały mnie sporo ponad czterysta pięćdziesiąt NZ$ dziennie. Tyle zapłaciłam za pokój i wyżywienie. Dość wysoka cena, choć przecież nie tarzałam się w luksusach. W rzeczywistości moja eksrodzina nie wydawała na mnie nawet trzynastu procent tej sumy. Zastanawiało mnie, co też zawierały kontrakty pozostałych jej członków?
A może Anita, nie będąc w stanie powstrzymać Douglasa przed sprowadzeniem mnie do Christchurch, postanowiła przyjąć mnie do rodziny na korzystnych dla niej — to znaczy dla Anity — warunkach finansowych, które jednocześnie uniemożliwiały mi porzucenie pracy i zamieszkanie w domu? Trudno powiedzieć. Zbyt mało wiem o małżeństwach pomiędzy normalnymi ludźmi, by móc wydawać w tej sprawie jakiekolwiek sądy.
A jednak czegoś się nauczyłam.
Zawsze uważałam Briana za najmądrzejszego i najbardziej doświadczonego w całej rodzinie. Myślałam, że on jeden potrafiłby żyć ze mną, nie bacząc na mój laboratoryjny „rodowód”. Tym trudniej było mi zrozumieć, dlaczego stanął przeciw mnie.
Możliwe, że nie zachowałby się w ten sposób, gdybym zademonstrowała mu jakieś inne, mniej jak na kobietę szokujące umiejętności. Ja jednak udowodniłam mu swą wyższość w dziedzinie, w której każdy mężczyzna — skądinąd słusznie — spodziewałby się być lepszy. Uraziłam jego męską dumę.
Jeśli nie chce się wykończyć faceta lub go rozwścieczyć, nie powinno się go kopać w jaja. Nawet symbolicznie.
Rozdział IX
Podróż miała się ku końcowi. Statek wszedł w zewnętrzną warstwę atmosfery i rozpoczął szybowanie z prędkością pięciokrotnie przewyższającą prędkość dźwięku. Na skutki nie trzeba było długo czekać. Co prawda komputer i tak znacznie ograniczał wibrację kadłuba, lecz nadal była ona odczuwalna w nader przykry sposób. Szczególnie dla kogoś, kto miał za sobą noc tak pełną wrażeń jak ja.
W miarę spadku prędkości wibracje i towarzyszący im hałas stawały się nie do zniesienia. Wreszcie podwozie dotknęło pasa startowego, statek wyhamował… a ja mogłam ponownie otworzyć oczy. Naprawdę uwielbiam podróże SBS-ami, lecz pomiędzy lądowaniem a zatrzymaniem się maszyny zawsze wstrzymuję oddech i zaciskam powieki.
Z North Island wystartowaliśmy we czwartek, w samo południe, więc gdy po czterdziestu minutach lotu dotarliśmy do Winnipeg, był środowy, wczesny wieczór, godzina dziewiętnasta. To nie jest głupi żart — spójrzcie na mapę, taką ze strefami czasowymi.
Znowu poczekałam, aż ostatni pasażer opuści pokład, a kapitan znowu zarzuci sobie na ramię moją torbę. Tym jednak razem nie był już przypadkowym (?!) znajomym; był starym, dobrym przyjacielem i ogromnie mnie to cieszyło.
Gdy postawił swój — niewielki zresztą — bagaż przed oficerem Urzędu Celnego, ten nawet nań nie spojrzał.
— Witam, kapitanie! Co dzisiaj szmuglujemy?
— To samo, co zwykle: kradzione brylanty, narkotyki, kilka sztuk broni i trochę lewej waluty.
— Tylko tyle? To po kiego diabła zawracasz mi głowę?
Niedbałym ruchem nakleił na torbie etykietę i skinąwszy głową w moim kierunku, zapytał lana: — Ona jest z tobą?
— Coś ty?! Pierwszy raz widzę ją na oczy!
— Ja być indiańska squaw — powiedziałam. — Biały pan obiecać dużo woda ognista. Biały pan nie dotrzymać obietnica dla indiańska squaw.
— O’key. Zamierza pani zostać tu dłużej?
— Najwyżej jedną noc. Mieszkam w Imperium, a tu jestem przejazdem. Przed miesiącem odlatywałam stąd na Nową Zelandię; oto moje dokumenty.
Zajrzał do paszportu i postawił stempel. Moja torba nie wzbudziła w nim najmniejszego zainteresowania.
— Jeśli indiańska squaw zostać tu trochę dłużej — powiedział na pożegnanie — ja kupić jej woda ognista. Na kapitan Tormey nie ma co liczyć.
Gdy tylko znaleźliśmy się za barierką, Ian postawił bagaż na ziemi, podbiegł do jakiejś kobiety, uniósł ją w górę niczym piórko — choć była zaledwie o dziesięć centymetrów niższa od niego — i pocałował z entuzjazmem.
— Janet — rzekł, stawiając ją ponownie na ziemi — to właśnie jest Marjie.
Nie rozumiem, po jaką cholerę zawracał sobie głowę, by mnie tu sprowadzić. Nic nie wskazywało na to, że po zapadnięciu zmroku znajdzie dla mnie choć kwadrans. Ciekawe, czy dadzą mi przynajmniej coś ciekawego do czytania.
Janet cmoknęła mnie w policzek, co sprawiło, iż poczułam się nieco lepiej, a w każdym razie pewniej. Przez chwilę wpatrywała się z uwagą w jakiś punkt ponad moją głową, po czym spytała: — Gdzie to zostawiłaś. Na statku?
— Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli. Ta torba jest całym moim bagażem.
— Nie, nie, moja droga. Chodzi mi o aureolę. Według tego, co powiedziała mi Betty, powinnaś ją mieć.
Nadal niewiele z tego rozumiałam.
— Jesteś pewna, że powiedziała „aureola”?
— No, niezupełnie. Powiedziała, że jesteś aniołem. Możliwe, iż resztę podpowiedziała mi wyobraźnia.
— Możliwe. Nie przypominam sobie, bym ostatniej nocy wkładała aureolę. Zwykle nie zabieram jej ze sobą w podróż.
— To chyba prawda — odezwał się Ian. — W każdym razie ja widziałem na głowie Marjie jedynie worek z lodem po całonocnym pijaństwie. Przykro mi o tym mówić, najdroższa, ale Betty miała na nią bardzo zły wpływ.
— O, niebiosa! To może lepiej zrobimy, jeśli od razu udamy się na spotkanie modlitewne? Co o tym sądzisz, Marjie? Po drodze możemy wpaść gdzieś na herbatę, a obiad zjemy później. Zobaczysz, cała parafia będzie się za ciebie modlić.
— Jak sobie życzysz, Janet — odrzekłam, zastanawiając się jednocześnie, czy nie powinnam odmówić. Nie miałam zielonego pojęcia, jak zachować się podczas „spotkania modlitewnego”. Z pomocą przyszedł mi Ian.
— Myślę, że Marjie wolałaby raczej jechać prosto do domu. Tam również możemy się za nią pomodlić. Nie sądzę, aby była przyzwyczajona do publicznych spowiedzi.
— Co ty na to, Marjie?
— No cóż, jeśli nie sprawi ci to przykrości…
— Nie ma o czym mówić, Ian, zawołasz Georgesa?
Georges okazał się być Georgesem Perreault. To wszystko, czego się o nim dowiedziałam, wyjąwszy fakt, iż powoził parą ślicznych czarnych koni zaprzężonych do dwukółki typu Honda, na jaką mogli sobie pozwolić jedynie bardzo zamożni ludzie. Ciekawe, ile zarabiają kapitanowie statków semibalistycznych. Zresztą, to nie mój interes. Tak czy owak, ten powóz mógł naprawdę zawrócić w głowie. Podobnie zresztą, jak Georges. Był on przystojnym wysokim brunetem. Miał na sobie ciemny uniform i kepi, jakie noszą zazwyczaj woźnice. Z początku wzięłam go za lokaja, lecz gdy Janet przedstawiła mi go, zmieniłam zdanie. O ile mi wiadomo, służba nie ma raczej w zwyczaju całować gości w dłoń.
Ian usiadł z przodu, obok Georgesa. Janet zabrała mnie ze sobą do tyłu i rozwinęła gruby, wełniany pled.
— Pomyślałam, że wyjeżdżając z Auckland nie wzięłaś pewnie ze sobą nic ciepłego — wyjaśniła — więc zabrałam go na wszelki wypadek. Przykryj się dobrze.
To było bardzo miłe, więc nie powiedziałam jej, iż nigdy się nie przeziębiam. Georges skierował powóz w stronę autostrady i cmoknął na konie, które natychmiast przeszły w raźny kłus. Ian sięgnął do klaksonu przymocowanego tuż przy koźle i zatrąbił kilka razy, choć nie było żadnego powodu. Najwyraźniej lubił po prostu pohałasować trochę na drodze.