— Jestem „zwrotnie wysterylizowana”.
— Mógłbym to zmienić w ciągu dziesięciu minut, stosując jedynie miejscowe znieczulenie. Mógłbym mieć z tobą dzieci. Jak sądzisz, czy byłyby to dzieci ludzkie? Nieludzkie? A może półludzkie?
— Chyba ludzkie…
— Możesz na to postawić swoją śliczną główkę, moja droga. A ludzkie dzieci rodzone są przez ludzkie matki. Nigdy o tym nie zapominaj.
— Nie zapomnę.
Poczułam nagle, jak przez moje ciało przebiega dziwny dreszcz. Byłam podniecona, ale nie tak, jak zawsze. Nigdy jeszcze nie czułam się równie dziwnie.
— Georges, chciałbyś tego? Chciałbyś mieć ze mną dziecko?
Wyglądał na zaskoczonego. Po chwili podszedł do mnie, pochylił się, objął mnie i pocałował. W skali od jednego do dziesięciu oceniłabym ten pocałunek mniej więcej na osiem i pół. Nie można było zdobyć lepszej oceny stojąc i będąc ubranym od stóp do głów. Potem wziął mnie na ręce, podszedł do fotela, posadził mnie na swoich kolanach i zaczął rozbierać, powoli i delikatnie. Gdy byłam już prawie zupełnie rozpakowana, powiedział: — Te dziesięć minut powinno zdarzyć się w mojej pracowni. Trwałoby wówczas co najmniej miesiąc. A niewiele później chodziłabyś z okrągłym brzuchem… i wyglądałabyś pewnie jeszcze śliczniej. Tymczasem mam zamiar zabrać cię do łóżka i postarać się, byś to t y była zadowolona, choć nie mam certyfikatu kochanka. Myślę jednak, że razem coś wymyślimy.
Zdjął mnie z kolan i postawił na dywanie. Po chwili ostatnia część mojej garderoby leżała obok moich stóp.
— Wyglądasz cudownie. Pachniesz cudownie. Jak sądzisz, możemy zacząć od łazienki? Muszę wziąć prysznic.
— Lepiej idź tam pierwszy. Ja będę potrzebowała sporo czasu.
Nie przesadzałam. Gdy wróciłam do sypialni, było już po trzeciej. Czułam się świetnie, jak nigdy dotąd; świeża i pachnąca, choć nie był to zapach perfum. Nie dlatego, że ich w ogóle nie używałam — robię to dość często. Mężczyźni wolą jednak fragrans feminae, nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy. Nie lubią go tylko, gdy jest nieświeży.
Georges leżał już w łóżku, przykryty kołdrą. Jego równy oddech wskazywał na to, że śpi. Ostrożnie, by go nie obudzić, położyłam się obok. Naprawdę, nie byłam rozczarowana. Nie należę do tych egoistycznych kobiet, myślących tylko o sobie. Czułam się szczęśliwa, że rano, gdy otworzy oczy, znajdzie mnie obok, wypoczętą i gotową. Tak było lepiej i dla niego, i dla mnie. Oboje mieliśmy za sobą ciężki dzień.
Rozdział XV
Miałam rację.
Nie chcę odbierać Georgesa Janet. Cieszyłabym się jednak, mogąc mu kiedyś urodzić dziecko. Nie rozumiem, dlaczego nie zrobiła tego jeszcze Janet.
Kilka razy budziła mnie jakaś cudowna woń. Gdy otworzyłam wreszcie oczy, Georges rozładowywał właśnie automatycznego kelnera.
— Masz dokładnie dwadzieścia sekund, by wziąć prysznic — powiedział, widząc, że już nie śpię. — Nie chcesz chyba jeść zimnej zupy? Śniadanie jadłaś już w zasadzie w środku nocy, teraz więc zjesz wczesny lunch.
To była prawda. Rzadko kto jada na śniadanie homary, choć ja nie miałam nic przeciwko temu. Wcześniej jednak podano płatki kukurydziane z pokrojonymi w plasterki suszonymi bananami oraz delikatne, kruche pieczywo przekładane świeżą, zieloną sałatą. Obok pojawiły się dwie filiżanki gorącej kawy zbożowej z odrobiną francuskiej brandy. Georges był nie tylko cudownym kucharzem, ale również uroczym łakomczuchem. Potrafił w dodatku sprawić, by sztuczna istota ludzka uwierzyła w swoje człowieczeństwo.
Zastanawiało mnie, jak się to dzieje, że wszyscy troje: Janet, Georges i Ian są tacy szczupli. O tym, że nie stosują żadnej idiotycznej diety, ani tym bardziej żadnych masochistycznych ćwiczeń, przekonana byłam niemalże w stu procentach. Pewien terapeuta powiedział mi kiedyś, iż jedyne naprawdę potrzebne i skuteczne ćwiczenia powinno się uprawiać w łóżku. Czyżby to było to?
Sielankową atmosferę przerwał serwis informacyjny lokalnej stacji telewizyjnej. Międzynarodowy korytarz komunikacyjny został zamknięty. Istniała co prawda możliwość dotarcia do Deseret przez Portland, nie było jednak żadnej gwarancji, że linia SLC Omaha— Gary będzie nadal czynna. Wychodziło na to, iż jedyną ważną międzynarodową trasą, po której regularnie kursowały jeszcze kapsuły kolei magnetycznej, była linia San Diego — Dallas — Vicksburg — Atlanta. Dostanie się do San Diego nie powinno nastręczyć większych trudności; pomiędzy Bellingham a La Jol la linia była czynna bez wątpienia. Vicksburg jednak nie leży jeszcze w Imperium Chicago. To jedynie niewielki port rzeczny, z którego każdy, kto ma wystarczająco dużo gotówki i cierpliwości, może zostać do Imperium przeszmuglowany.
Próbowałam połączyć się z Szefem. Po czterdziestu minutach myślałam już o syntetycznym głosie to samo, co zwykli ludzie myślą na temat istot mojego pokroju. Kto do licha wpadł na pomysł zaprogramowania komputerom „grzeczności”? Nie przeczę, że pojedyncze: „Dziękuję za cierpliwość” może uspokoić nieco nerwy. Trzy razy z rzędu uświadamiają jednak klientowi, że mówi do niego tylko maszyna. A czterdzieści minut wysłuchiwania wciąż tego samego, bezbarwnego paplania może wystawić na ciężką próbę nawet cierpliwość hinduskiego guru.
Nigdy nie wydusiłabym z tego cholernego terminalu, że połączenie z Imperium Chicago jest po prostu niemożliwe do osiągnięcia. Przeklęte klawiszowe monstrum nie znało słówka „nie”. Zaprogramowane zostało tak, by być uprzejme i grzeczne. Teraz jednak wolałabym, gdyby po szeregu bezskutecznych prób z głośnika wydobyło się wreszcie: „Nie nudź, siostrzyczko, i odpieprz się”.
Zrezygnowana usiłowałam wywołać kod urzędu pocztowego w Bellingham. Miałam nikłą nadzieję dowiedzieć się czegoś na temat możliwości wysłania do Imperium telegramu. Czarujący głos przypomniał mi, bym nie wysyłała kartek z życzeniami bożonarodzeniowymi w ostatniej chwili. Biorąc pod uwagę fakt, iż do świąt zostało niewiele ponad pół roku, byłam za tę radę niezmiernie wdzięczna.
Spróbowałam ponownie; na ekranie pojawiła się jakaś jędza i zrugała mnie za używanie zastrzeżonego kodu.
Za trzecim razem udało mi się połączyć z działem obsługi klientów firmy Macy.
— Wszyscynasipomocnicysąwtejchwilizajęci. Proszęczekać. Dziękujęzacierpliwość — usłyszałam w głośniku.
Nie czekałam.
Nie chciałam już nigdzie dzwonić.
Nie chciałam wysyłać żadnych telegramów.
Chciałam tylko zameldować się Szefowi osobiście. Do tego jednak potrzebowałam gotówki. Terminal z uprzedzającą grzecznością poinformował mnie, że lokalne przedstawicielstwo MasterCard znajduje się w biurowcu Trans-America Corporation. Nie miałam innego wyjścia. Wystukałam na klawiaturze kod. Słodki głosik — nagrany na taśmę, nie syntetyczny — powiedział: — Dziękujemy, że zwracasz się do towarzystwa MasterCard. Informujemy, że w celu usprawnienia obsługi milionów klientów zadowolonych z naszych usług wszystkie nasze lokalne przedstawicielstwa z terenu Konfederacji Kalifornijskiej połączone zostały w jedno Biuro Centralne z siedzibą w San Jose. Aby uzyskać szybkie połączenie, prosimy posługiwać się wolnym od opłat za połączenia międzymiastowe kodem umieszczonym na Państwa kartach MasterCard.
Ten sam głos poinformował jeszcze, jak włożyć kartę w szczelinę czytnika.