Выбрать главу

Pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę, była niewiarygodna wprost liczba kręcących się wszędzie energobili. Większość z nich stanowiły taksówki. Nie znam żadnego innego miasta, które dopuściłoby do takiego tłoku w swojej przestrzeni powietrznej. Ulice również roiły się od powozów, ale one stawały przynajmniej na chodnikach odgrodzonych od jezdni wysokimi, metalowymi barierkami. Natomiast tego latającego draństwa pełno było wszędzie. Obawiam się, że w Kantonie mniej jest rowerów, niż tu energobili.

Drugą rzeczą, jaka natychmiast daje się zauważyć, jest specyficzny nastrój panujący wokół. Dopiero tutaj zrozumiałam porzekadło: „Tysiąc wiosek to nie to samo, co jedno miasto”.

Istnienia San Jose nie usprawiedliwiają żadne inne racje z wyjątkiem politycznych. Ale w Kalifornii polityką zajmują się praktycznie wszyscy. Panuje tu absolutna, bezwzględna, niepohamowana i posunięta do granic absurdu demokracja. Prawo do głosowania ma każdy, kto osiągnął wiek, w którym pieluszkę zastępuje nocnik. A gdy już raz jakieś nazwisko znajdzie się na liście uprawnionych, niezmiernie trudno jest je stamtąd wykreślić. Urzędnicy czynią to niechętnie nawet wtedy, gdy podsuwa się im pod nos zaprzysiężone świadectwo kremacji zwłok.

Kiedyś słyszałam dowcip, że Park Prehody podzielony jest na trzy okręgi wyborcze, a każdy ze stojących tam posągów oddaje swój głos poprzez uprawomocnionego prokurenta.

W Kalifornii nie ma chyba dnia, by w którejś z jej części nie odbywały się jakieś wybory, a już z pewnością w każdym z okręgów przynajmniej raz w miesiącu wystawiane są urny.

Mieszkańcy Konfederacji mogą sobie na to pozwolić. Żyją w łagodnym klimacie pomiędzy Kanadą Brytyjską i Meksykańskim Królestwem Rewolucyjnym, a ich ziemie uprawne są jednymi z najżyźniejszych terenów rolniczych na całej Ziemi. Ich drugim ulubionym sportem jest seks. Można go uprawiać dosłownie wszędzie, tak samo jak wszędzie i za pół darmo można tu dostać marihuanę. Najwięcej jednak czasu i energii poświęcają prawdziwemu narodowemu sportowi: spotkaniom i dyskusjom politycznym.

Kalifornijczycy wybierają praktycznie każdego, począwszy od okręgowych pasożytów, a skończywszy na Naczelniku Konfederacji (nazywają go „Naczelny”). Trzeba jednak dodać, że tych, których wybrali, odwołują równie szybko i często. Na przykład kadencja naczelnika według tutejszej konstytucji powinna trwać sześć lat. Jednakże spośród ostatnich dziewięciu naczelników zaledwie dwóch dotrwało do końca tego terminu. Pozostałych sześciu odwołano na długo przed jego upływem, siódmy został zlinczowany. W wielu wypadkach żądania dymisji pojawiają się, zanim jeszcze nastąpi oficjalne zaprzysiężenie.

Tutejsi obywatele nie ograniczają się tylko do wybierania, odwoływania, oskarżania i — od czasu do czasu — linczowania niezliczonego mrowia swoich przedstawicieli. Prawa również ustalają w głosowaniu bezpośrednim. Bywa, że w wyborach mniej jest kandydatów na oficjalne stanowiska niż projektów nowych ustaw. A jednak niektórzy przedstawiciele władzy potrafią niekiedy wykazać daleko idącą powściągliwość. Swego czasu przekonywano mnie, iż typowy kalifornijski ustawodawca odwoła natychmiast wyniki wyborów, jeśli tylko udowodnią one, że liczba n nie jest równa 3,14; zrobi to bez względu na liczbę głosów stanowiących inaczej. Gdyby jednak w tej sprawie odbyło się ogólnonarodowe referendum, jego wyników nikt nie mógłby odwołać.

Vox popali, vox Dei. Nie widzę w tym nic złego. W końcu ich nic to nie kosztuje, a przynajmniej wszyscy (z nielicznymi wyjątkami) są szczęśliwi.

Około trzeciej szliśmy oboje południowym krańcem National Plaża wzdłuż frontu Pałacu Naczelnika i rozglądaliśmy się za biurowcem MasterCard. Georges stwierdził, że nie byłoby od rzeczy wstąpić do Burger Kinga i zjeść coś niecoś. Nie miałam nic przeciwko temu.

Z olbrzymich schodów przed pałacem schodziła właśnie kilkunastoosobowa grupa kobiet i mężczyzn. Georges odsunął się na bok, by ich przepuścić. W środku grupy dojrzałam niewielkiego człowieczka, mającego na głowie dziwny kapelusz przypominający raczej pióropusz. Większość otaczających go ludzi celowała weń obiektywami swoich aparatów fotograficznych.

Kątem oka zauważyłam coś jeszcze: postać wychylającą się zza jednej z kolumn stojących na szczycie schodów.

Przewracając po drodze kilku ochroniarzy, błyskawicznie dopadłam do naczelnika, popchnęłam go tak silnie, że rozpłaszczył się na jednym ze stopni i w kilku skokach znalazłam się przy tamtej kolumnie.

Nie zabiłam czającego się za nią człowieka. Złamałam mu jedynie rękę, w której trzymał pistolet, a gdy zaczął uciekać, zdążyłam jeszcze uderzyć go w obojczyk, i to raczej mocno. Nie byłam jednak tak szybka jak wczoraj. Dopiero potem przyszło mi na myśl, że gdyby zamachowiec został schwytany żywy, mógłby stanowić klucz do tajemnicy gangu stojącego za wszystkimi tymi bezsensownymi zabójstwami z ostatnich dwóch dni.

Nie miałam nawet czasu, by zdać sobie sprawę z tego, co zrobiłam. Z boku podbiegli dwaj policjanci i chwycili mnie za ramiona. Już słyszałam tę pogardę w głosie Szefa, kiedy będę musiała przyznać, że pozwoliłam się publicznie aresztować. Przez ułamek sekundy rozważałam, czy nie wyrwać się i nie zniknąć za rogiem najbliższego budynku. Nie byłoby to trudne; jeden z policjantów miał najwyraźniej nadciśnienie, a drugi był starszym jegomościem noszącym okulary z grubymi szkłami.

Było jednak za późno. Gdybym w tej chwili zaczęła uciekać, niemalże z pewnością udałoby mi się przebiec dwie, trzy przecznice i zniknąć w tłumie. Ale ci dwaj bez wątpienia zabiliby co najmniej pół tuzina Bogu ducha winnych przechodniów, próbując trafić mnie ze swoich miotaczy. „Dlaczego cała ta pałacowa gwardia nie zajmie się swoim szefem, zamiast wykręcać mi ręce?” — pomyślałam. Facet z pistoletem, ukryty za pałacową kolumną tuż pod ich nosem — przecież to kpiny! Coś takiego nie wydarzyło się od zamordowania Huey-Longa!

Powinnam była pilnować swego nosa. Mogłam przecież pozwolić, by Naczelnik Konfederacji razem ze swoim idiotycznym kapeluszem został zamieniony przez promień laserowy w kupkę popiołu. A jednak nie zrobiłam tego. Dlaczego? Sama nie wiem. W takich przypadkach działam zawsze instynktownie.

Zanim się spostrzegłam, Georges stał już obok nas. Georges posługuje się zawsze nienaganną angielszczyzną; może trochę bombastyczną, lecz bez śladu jakiegokolwiek obcego akcentu. Teraz jednak trajkotał chaotycznie po francusku, szarpiąc przy tym za rękaw jednego z pretorianów — tego, który nosił okulary.

Zupełnie zdezorientowany policjant puścił w końcu moje ramię. Tylko na to czekałam. Uderzyłam go kolanem w krocze. Facet zgiął się wpół i jęcząc osunął się na chodnik. Po chwili drugi dostał cios pięścią w to samo miejsce i upadł obok swojego kolegi. Obaj zwymiotowali.

Od chwili, gdy tamci dwaj wykręcili mi ręce, do momentu, w którym zwinięci z bólu leżeli już na ziemi, minęło nie więcej jak dwadzieścia sekund. Jednak w ciągu tego czasu zamachowiec zdążył rozpłynąć się w powietrzu razem ze swoim miotaczem.

Miałam właśnie pójść w jego ślady, lecz Georges podjął najwyraźniej inną decyzję. Chwycił mnie za łokieć i pociągnął biegiem w kierunku głównego wejścia do Pałacu, tuż za rzędem tych nieszczęsnych kolumn. Gdy wpadliśmy do okrągłego hallu, zwolnił nieco uścisk i nie patrząc na mnie, powiedział szeptem: — Spokojnie, moja droga. Weź mnie pod ramię i idź powoli obok, jak gdyby nic się nie stało.

Zrobiłam to, o co prosił. Wewnątrz panował tłok, nie było jednak widać najmniejszego śladu poruszenia. Nic, co sugerowaloby, że zaledwie kilkanaście metrów stąd miała miejsce próba zamachu na głowę państwa. Wokół pełno było stoisk z bibelotami, jakie zazwyczaj kupują turyści. Obok nas jakaś młoda kobieta sprzedawała losy loterii. W zasadzie powinnam powiedzieć, że można je było u niej kupić, gdyż akurat w tej chwili nie miała żadnych klientów. Wyglądało jednak na to, iż nie martwiła się zbytnio ich brakiem; śledziła właśnie z przejęciem jakiś dramat rozgrywający się na ekranie jej terminalu. Gdy podeszliśmy, nie podniosła nawet wzroku.