— Zaraz będzie przerwa na reklamę. Proszę się rozejrzeć; za chwilę państwa obsłużę — powiedziała.
Na całym stoisku nie było niczego oprócz list wygranych. Georges zaczął je więc przeglądać. Nie mając innego wyjścia, ja także udałam głębokie zainteresowanie. Trwało to dosyć długo. Najwyraźniej w końcu jednak zaczęto nadawać reklamy, gdyż dziewczyna wstała i podeszła do nas.
— Przepraszam, że państwo czekali — powiedziała z miłym uśmiechem — ale nie mogłam opuścić odcinka „Niedoli pewnej kobiety”, szczególnie teraz, gdy Mindy Lou jest znowu w ciąży, a Wujek Ben zachowuje się wobec niej tak okrutnie. Lubi pani ten serial? — spytała, zwracając się do mnie.
— Szczerze mówiąc nawet o nim nie słyszałam — odrzekłam. — Moja praca zajmuje mi strasznie dużo czasu.
— Och, to szkoda; jest bardzo pouczający. Tim na przykład — to mój współlokator — nie ogląda niczego poza sportem. Nie ma więc pojęcia, jakie nieszczęścia mogą wydarzyć się w życiu. Pomyślcie tylko: Wujek Ben znęca się nad biedną Mindy Lou, myśląc, że ona nie wiadomo dlaczego nie chce powiedzieć mu, z kim zaszła w ciążę. Sądzicie, że Tima cokolwiek to obchodzi? Wszystkich, tylko nie jego! A tymczasem nieszczęsna Mindy po prostu nie może powiedzieć, kto będzie ojcem dziecka. Bandyci, którzy ją zgwałcili, zagrozili, że zabiją ją, jeśli ich wyda. Czy to nie straszne?
Dziewczyna westchnęła z przejęciem.
— Pod jakim znakiem pani się urodziła? — zapytała po chwili.
Powinnam już wcześniej przygotować odpowiedź na to pytanie — zadają je prawie wszystkie kobiety. Szybko odszukałam w pamięci jedną ze znanych mi dat.
— Urodziłam się dwudziestego trzeciego kwietnia. Nie wiem, jaki to znak, lecz pod tą datą urodził się również Shakespeare. Pewnie dlatego nigdy nie wypada mi ona z pamięci.
— To świetnie! Mam dla pani specjalny los. — Jej głowa na moment zniknęła pod ladą. Gdy wynurzyła się z powrotem, dziewczyna trzymała w ręku skrawek kolorowego papieru. — Niech pani tylko spojrzy: numer jest taki sam, jak data pani urodzin! — powiedziała entuzjastycznie, oddzierając kupon. — Za jedyne dwadzieścia bruinów.
Wręczyłam jej kanadyjskiego dolara.
— Ale ja nie mogę wydać z tego reszty — zmartwiła się.
— Niech pani zatrzyma resztę na szczęście — odrzekłam.
Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
— Jak tylko zwiedzicie Pałac, zapraszam was na drinka. Czy pan wybrał już jakiś numer? — zwróciła się do Georgesa.
— Jeszcze nie. Urodziłem się dziewiątego dnia dziewiątego miesiąca dziewiątego roku dziewiątej dekady. Znajdzie pani coś dla mnie?
— Uff, co za kombinacja! Ale spróbuję. Jeśli mi się nie uda, nie sprzedam panu nic.
Pochyliła się nad plikiem losów i zaczęła je przeglądać, mrucząc pod nosem numery. Po chwili ponownie zanurkowała pod ladę, znikając nam z oczu, tym razem na nieco dłużej. Gdy ukazała się z powrotem, miała zarumienione policzki i triumfalny uśmiech na ustach.
— Mam! Niech pan popatrzy! — powiedziała, podając Georgesowi loteryjny kupon. Widniał na nim numer 8109999.
— Jestem naprawdę zaskoczony — odezwał się Georges.
— Zaskoczony? Jest pan prawdziwym szczęściarzem! Oto pańskie cztery dziewiątki. A teraz proszę dodać pozostałe trzy cyfry. Co pan otrzymał? Następną dziewiątkę! Pierwsze dwie cyfry stanowią pewną liczbę. Ile wynosi jej kwadratowy pierwiastek? No…? Oczywiście dziewięć! A co otrzymamy, jeśli tę samą liczbę podzielimy przez jej kwadratowy pierwiastek? Znowu dziewięć! Czyż to nie fantastyczne?
— Ile jestem pani winien?
— To nie jest zwyczajny los. Każdy inny mogłabym oddać za dwadzieścia bruinów, ale ten… Niech pan po prostu kładzie przede mną pieniądze. Gdy uznam, że wystarczy, uśmiechnę się.
— To brzmi rozsądnie. Ale gdy ja uznam, że uśmiechnęła się pani za późno, zabieram i los, i pieniądze. Sądzę, iż to uczciwa oferta?
— Uff, wymagający z pana klient. Ale zgoda.
Nagle w hallu powstał straszliwy zgiełk. Ludzie zaczęli wykrzykiwać: Niech żyje Naczelnik! Niech tyje! Sprzedawczyni losów pochyliła się w naszą stronę i krzyknęła: — Poczekajcie chwilę! Zaraz się uciszą!
Przy głównym wejściu pojawił się niewielki tłumek ludzi, którzy nie zatrzymując się przeszli przez cały hali i zniknęli w korytarzu po drugiej stronie. Między nimi dostrzegłam znowu ten dziwny kapelusz, lecz tym razem naczelnika otaczali ciasno jego gwardziści.
Po chwili gwar opadł i wokół zapanowała względna cisza.
— Dopiero co wychodził — powiedziała dziewczyna. — Nie minęło nawet piętnaście minut. Jeśli chciał skoczyć tylko po papierosy, mógł po prostu kogoś wysłać, zamiast biegać tu w kółko i psuć ludziom interes. To jak; zdecydował już pan, ile warte jest pana szczęście?
— Oczywiście. — Georges sięgnął do kieszeni i zaczął wykładać na ladę jednodolarowe banknoty, nie spuszczając przy tym oka ze sprzedawczyni. Przy trzecim na jej twarzy pojawił się uśmiech. Georges zawahał się przez chwilę, po czym wyciągnął rękę po los.
— Założę się, że wyciągnęłabym z pana jeszcze jednego dolara — powiedziała dziewczyna, zgarniając pieniądze.
— Nigdy nie wiadomo. Chce się pani przekonać?
— Ejże! Raz już dziś fortuna uśmiechnęła się do pana. Lepiej niech pan szybko znika, zanim dam się skusić. Drugi raz los z pewnością nie byłby tak łaskawy.
— Pewnie ma pani rację — stwierdził Georges. — Gdzie tu jest toaleta?
— W korytarzu na lewo — odrzekła. — 1 niech pan nie zapomni sprawdzić wyników losowania.
Gdy szliśmy oboje we wskazanym przez dziewczynę kierunku, Georges pochylił się i szepnął po francusku, że kiedy kupowaliśmy losy, za naszymi plecami kręcili się żandarmi, lecz gdzieś zniknęli.
— Je sais — syknęłam mu do ucha. — Ale po hallu z pewnością kręcą się też Publiczne Oczy. Później porozmawiamy.
Georges miał rację. Dwaj umundurowani strażnicy nie wyglądający na takie ofermy jak ci na zewnątrz, przeszli tuż za naszymi plecami, sprawdzili toalety (bardzo rozsądnie — amatorzy często próbują ukryć się w publicznych toaletach), po czym zniknęli w głębi Pałacu. Georges zachował się jak prawdziwy zawodowiec, nie dając nic po sobie poznać i spokojnie targując się z dziewczyną. Musiałam jednak poczekać, by mu to powiedzieć.
Pałacowa toaleta była dość szczególna — aby do niej wejść, należało najpierw kupić bilet. Sprzedawał je osobnik o trudnej do określenia płci. Nie widząc nigdzie drzwi oznaczonych kółeczkiem spytałam go (jej?), gdzie mogłabym przypudrować nos.
— Coś ci się nie podoba, złotko? Chcesz się koniecznie wyróżnić? A może chcesz, żebym zawołała gliny? — odrzekła pogardliwym tonem i zaczęła mi się bacznie przyglądać (zdecydowałam, że to jednak ona; pod bluzką rysowały się lekkie wypukłości). Po chwili odezwała się nieco mniej agresywnie. — Jesteś cudzoziemką, tak?
Kiwnęłam potakująco głową.
— W porządku. Ale na drugi raz nie zadawaj takich głupich pytań. W tym kraju ponuje demokracja. Nawet kundle i wyżły leją pod te same drzewa. Płać za bilet i nie blokuj przejścia.