— Będzie to dla mnie wielki zaszczyt, Sir.
— A ty mów do mnie Warwhoop. To właśnie stanowi dumę naszego Wielkiego Narodu; wszyscy jesteśmy Równi.
— Czy owa równość dotyczy także sztucznych istot ludzkich? — zapytałam nagle.
— Hę…?
— Pytałam o sztuczne istoty ludzkie, takie jak te, które produkują w Berkeley i w Davis. Czy one również są „równe”?
— Hmm… Młoda damo, to niegrzecznie wtrącać się, gdy rozmawiają starsi. Ale, by zaspokoić twoją ciekawość, pozwól, że teraz ja zadam ci pytanie. Jak Demokracja Ludzi dotyczyć może stworzeń, które są nieludźmi? Czy oczekujesz, że kot będzie głosować? Albo na przykład energobil marki Ford?
— Nie, ale…
— Sama widzisz. Wszyscy są równi i każdy ma prawo głosować. Istnieje jednak pewna granica. A teraz siedź cicho i nie przeszkadzaj, gdy rozmawiają mądrzejsi od ciebie. Georges, to, co dziś zrobiłeś… Przecież o ile ten bandyta rzeczywiście dybał na moje życie, ty je uratowałeś. Nikt nie mógłby zachować się w sposób bardziej odpowiadający Bohaterskiej Tradycji naszej Wielkiej Konfederacji. Przynosisz Jej Chlubę.
Tumbril wstał, wyszedł zza biurka i założywszy ręce na plecach, zaczął przemierzać gabinet w tę i z powrotem. Teraz wiedziałam już, dlaczego przez chwilę wydawało mi się, że jest wyższy. Za biurkiem musiało stać specjalnie podwyższone krzesło albo — co bardziej prawdopodobne — znajdowało się tam coś w rodzaju podium. Bez tego typu sztuczek naczelnik sięgał mi najwyżej do ramion. Kręcił się tak od ściany do ściany i sprawiał wrażenie, jakby myślał na głos.
— Georges, wśród moich współpracowników zawsze znajdzie się miejsce dla człowieka, który wykazał się taką odwagą jak ty. Kto wie, może kiedyś nadszedłby taki dzień, w którym mógłbyś obronić mnie przed zabójcą chcącym mnie rzeczywiście skrzywdzić. Myślę o tych wichrzycielach i agitatorach z innych krajów. Dzielnych Kalifornijskich Patriotów nie muszę się obawiać, wszyscy oni kochają mnie za to, co dla nich zrobiłem, odkąd zajmuję Ośmiokątny Gabinet. Ale są państwa, które zazdroszczą nam naszego bogactwa, naszej Wolności i naszego Demokratycznego Stylu Życia. Niekiedy tląca się w nich zawiść przeradza się w brutalną przemoc.
Na chwilę zatrzymał się i stał z pochyloną głową, w postawie pełnej czci i szacunku wobec czegoś lub kogoś, kogo my nie mogliśmy dostrzec.
— Wysoka jest cena, jaką trzeba płacić za Przywilej Służenia Innym — powiedział po chwili uroczystym tonem — lecz w razie potrzeby wszyscy powinniśmy ją zapłacić z Pokorą i Radością. Powiedz mi, George, gdyby Szef Rządu twojego Dumnego Kraju wezwał cię pewnego dnia, abyś złożył dla niego Najwyższą i Ostateczną Ofiarę, czy zawahałbyś się?
— Wszystko to wydaje się wyjątkowo mało prawdopodobne — odparł Georges.
— Że co…?
— Chodzi o to, że bardzo rzadko korzystam z prawa wyborczego, lecz jeśli już to robię, głosuję na Reunionistów. Natomiast obecnym premierem jest Rewanżysta. Wątpię, by zechciał mnie poprosić o cokolwiek.
— O czym ty do diabła mówisz?!
— Je suis Quebecois, M. le chef d’etat. Pochodzę z Montrealu.
Rozdział XVI
Kilka minut później byliśmy już z powrotem na ulicy. Przez chwilę sądziłam jednak, że za zbrodnię bycia Nie-Kalifornijczykami zostaniemy rozstrzelani, powieszeni lub w najlepszym wypadku wtrąceni na zawsze do najgłębszego z pałacowych lochów. Zwyciężył jednak zdrowy rozsądek zaufanego doradcy naczelnika. Człowiek ten przekonał Warwhoopa, iż lepiej będzie puścić nas wolno, niż narażać się na kłopoty, choćby miały to być jedynie kłopoty gabinetowe. Konsul Generalny Quebecu mógł ewentualnie zgodzić się na… współpracę, ale współpraca z całym jego personelem okazałaby się z pewnością bardzo kosztowna.
Właściwie cała sprawa została przedstawiona nieco inaczej. Powiedziałabym: mniej subtelnie. Obaj nie wiedzieli jednak, że ich słucham. O tym, iż mój słuch jest również znacznie bardziej czuły od słuchu normalnego człowieka, nie wspomniałam nawet Georgesowi.
— Pamięta pan kłopoty, jakie mieliśmy, gdy banda pastuchów z Meksyku rozdmuchała sprawę tej smarkuli? — szeptał doradca wprost do ucha naczelnika. — Dopiero co wyszliśmy z tego bagna. Chce pan znowu w nie wpaść?
Ostatecznie pozwolono nam bez przeszkód opuścić Pałac. Czterdzieści minut później weszliśmy do California Commercial Credit Building, gdzie mieściło się biuro tutejszego przedstawicielstwa MasterCard. Odszukanie toalety i pozbycie się całego tego idiotycznego kamuflażu zajęło nam kolejne piętnaście minut. W tutejszej toalecie również panowało równouprawnienie i demokracja, jednak w nieco mniej agresywnej formie. Przy wejściu nikt nie sprzedawał biletów, a wewnątrz wszystkie kabiny wyposażone były w normalne drzwi. Kobiety używały tych po prawej stronie, a mężczyźni — po lewej. Jedyne miejsce, gdzie nie widać było tego rozgraniczenia, stanowił rząd umywalek i luster pośrodku. Jednak nawet tu widać było, iż z umywalek stojących dalej od wejścia korzystały wyłącznie kobiety. Osobiście nie mam nic przeciwko koedukacyjnym łaźniom; dorastałam przecież w wychowalni. Zauważyłam jednak, że jeśli mężczyznom i kobietom dać szansę używania oddzielnych toalet, chętnie z tej szansy korzystają.
Bez makijażu Georges wyglądał o wiele lepiej.
— Cała ta maskarada była zupełnie niepotrzebna — powiedział, zdejmując z szyi swoją „apaszkę”.
Nastawiłam uszu; szum urządzeń wentylacyjnych i lecącej z kranu wody skutecznie zagłuszał wszelkie dźwięki. W pobliżu nie było chyba nikogo, kto mógłby nas usłyszeć.
— Ja mam na ten temat inne zdanie — odrzekłam. — Sądzę, że po sześciu tygodniach intensywnego szkolenia stałbyś się prawdziwym profesjonalistą.
— W jakiej dziedzinie?
— No, powiedzmy, że kimś w rodzaju prywatnego detektywa albo… — Ktoś wszedł. — Później o tym porozmawiamy. A w ogóle, to mamy przecież dwa kupony loteryjne.
— Prawie o nich zapomniałem. Sprawdź, jaka data losowania jest na twoim?
Sięgnęłam do kieszeni i wyciągnęłam kupon.
— Georges, to dziś po południu!
Georges wyjął mi go z ręki i rzucił nań okiem.
— Rzeczywiście. Dobrze byłoby, gdybyśmy za godzinę znajdowali się w pobliżu jakiegoś terminalu.
— Nie ma potrzeby — powiedziałam. — I tak nigdy nie wygrywam; ani w karty, ani w kości, ani tym bardziej na loterii. Nawet gdy kupuję herbatniki, w pudełku nigdy nie ma niespodzianki.
— Mimo wszystko nie zaszkodzi sprawdzić, Kasandro.
— Jak chcesz. A co z twoim losem?
Georges wydobył z kieszeni swój kupon; oboje pochyliliśmy się nad nim.
— Przecież to to samo losowanie! — wykrzyknęłam. — Teraz przynajmniej jest po co sprawdzać wyniki.
Georges nie odrywał wzroku od trzymanego w dłoni świstka papieru.
— Popatrz tylko na to, Piętaszku. — Powiódł kciukiem wzdłuż nadruku. Wszystkie litery były wyraźne, natomiast numer seryjny — lekko zamazany.
— No, no… Jak długo nasza przyjaciółka trzymała głowę pod kontuarem, zanim udało się jej „znaleźć” ten los?
— Nie wiem. Może trochę krócej niż minutę.
— Wystarczająco długo. Teraz wszystko rozumiem.
— Zamierzasz iść tam i zwrócić go?
— Ja? A po cóż miałbym to zrobić? Taki kunszt należy podziwiać, a nie ganić. Szkoda tylko, że dziewczyna marnuje talent na jakichś drobnych szwindlach. Kończ już i idziemy na górę. Chcesz chyba załatwić wszystko przed losowaniem?