Agenci terenowi, a nawet zwykli żołnierze są bardzo kosztowni, lecz rządy nieprzypadkowo wydają na nich górę pieniędzy. Dobrze wyszkolony zawodowy zabójca kosztuje co najmniej dziesięć razy tyle, co szeregowy żołnierz. Nikt nie oczekuje od niego, by dał się zabić — n i e! To jego zadaniem jest zabijać. Bezbłędnie i nie narażając przy tym własnego życia.
Człowiek, który urządził tę całą szopkę, stał się bankrutem w ciągu jednej nocy.
Nie był to zawodowiec.
Nie mógł to więc być Szef.
Myśl, kto w takim razie pociągał za sznurki, nie dawała mi spokoju. Kto mógł mieć w tym wszystkim interes? Moje poprzednie założenie, że była to jedna z ponadnarodowych korporacji, niezbyt trzymało się kupy. Trudno sobie wyobrazić, by taki na przykład Interworld wynajmował kogoś innego niż najwyższej klasy profesjonalistów. Hipoteza, iż to któreś z mocarstw zapragnęło podbić w ten sposób świat, zakrawała na farsę.
Co do grup fanatyków, jakimi byli Aniołowie Pana czy Stymulatorzy: zorganizowanie przedsięwzięcia na taką skalę przerastało po prostu ich możliwości, i to pod każdym względem. Cóż, najwyraźniej nigdzie w gwiazdach nie jest zapisane, że muszę rozumieć wszystko, co się wokół mnie dzieje. Przyznaję jednak, iż jest to dosyć irytujące.
Tego ranka w dolnym Vicksburgu wręcz gotowało się z podniecenia. Zamierzałam właśnie wstąpić do jednej z portowych knajp, by zamienić parę słów z barmanem, gdy podszedł do mnie posłaniec. Mógł mieć najwyżej czternaście lat.
— Dobre wieści — szepnął konfidencjonalnie. — Rachel zbiera nową załogę. Powiedziała, żebym przekazał ci to osobiście.
— Nie chrzań, gówniarzu — odrzekłam uprzejmie. — Nie znam żadnej Rachel, ani też żadna Rachel nie zna mnie.
— Skautowskie słowo honoru!
— Nigdy nie byłeś skautem, więc nie wycieraj sobie gęby honorem.
— Posłuchaj, szefowo — upierał się — nie mam czasu. Nie miałem dziś jeszcze nic w ustach. Jeśli nie wierzysz, choć ze mną i przekonaj się sama; nie musisz przecież niczego podpisywać. To zaraz po drugiej stronie ulicy.
Przyjrzałam się mu uważniej. Rzeczywiście, skóra na nim wisiała, lecz prawdopodobnie było to połączonym efektem wieku dojrzewania i nagłego wejścia w przestępczy światek. Dolne miasto nie należy do miejsc, w których ludzie chodzą głodni.
Chwilę ciszy wykorzystał barman: — Zjeżdżaj stąd, Mały, i przestań naprzykrzać się klientom. Chyba że wolisz, żebym ci znowu połamał paluchy?
— W porządku, Fred — przerwałam mu. — Rozliczymy się później. — Położyłam na kontuarze banknot. — Idziemy, Mały — powiedziałam, nie czekając na resztę.
„Biuro werbunkowe” Rachel okazało się obskurną ruderą i było o wiele dalej niż po drugiej stronie ulicy. Zanim tam dotarliśmy, jeszcze dwóch innych gońców próbowało przejąć mnie od Małego. Na ich nieszczęście szłam już z nim; zresztą jedynie po to, by przekonać się, że ten obdartus dostanie swoją dolę.
Sierżant zajmująca się naborem z wyglądu przypominała mi to obleśne krówsko z publicznej toalety w Pałacu Naczelnika w San Jose. Gdy weszliśmy, podniosła łeb i spojrzała na mnie.
— Żadnych obozowych dziwek, ptaszyno — powiedziała. — Ale jeśli pracujesz gdzieś blisko, mogę postawić ci drinka.
— Zapłać lepiej swojemu gońcowi — odrzekłam oschle.
— Zapłacić mu? A niby za co? — zarechotała. — Leonard, chyba mówiłam jasno: żadnych nierobów. A teraz zjeżdżaj stąd i następnym razem zastanów się, zanim przyprowadzisz jakąś łachudrę.
Podeszłam i chwyciłam ją za lewy nadgarstek. W jej prawej dłoni niemalże natychmiast pojawił się nóż. Byłam jednak szybsza. Po chwili ostrze tkwiło w blacie biurka, tuż przed właścicielką, a ja trzymałam ją za ramię, wykręcając je w sposób, który musiał być dla niej nader przykry.
— Czy mogłabyś zapłacić mu jedną ręką — zapytałam grzecznie — czy też mam ci najpierw złamać tę?
— Tylko spokojnie — odpowiedziała, przestając się szarpać. — Trzymaj, Leonard.
Sięgnęła do szuflady, wyjęła z niej jakieś drobniaki, położyła je na biurku i pchnęła w stronę chłopaka. Ten jednym ruchem zgarnął monety i już go nie było.
Zwolniłam lekko uchwyt, lecz nadal nie puszczałam ramienia pani sierżant.
— Nie płacisz zbyt wiele — zauważyłam. — To jest stawka za każdego zwerbowanego, czy tylko ja jestem taka tania?
— Całość dostanie dopiero wtedy, gdy podpiszesz listę. Nie zwykłam kupować kota w worku. Czy mogłabyś wreszcie przestać wykręcać moje ramię? Bez niego mogę mieć kłopoty z przygotowaniem twojego kontraktu.
Gdy tylko zrobiłam to, o co prosiła, błyskawicznie chwyciła za nóż i ponownie skierowała go w mój brzuch. Tym razem złamałam ostrze i obie części rzuciłam w kąt pokoju.
— Nie radziłabym więcej próbować takich sztuczek — powiedziałam. — A jak będziesz kupować następny, patrz, co ci wciskają. To ostrze nie było z Solingen.
— Potrącę ci jego cenę z zaliczki — odrzekła, masując nadgarstek. — Chyba źle cię oceniłam, gdy tu weszłaś. Możemy przestać wreszcie bawić się w kotka i myszkę?
Nie wierzyłam jej nawet przez moment, jednak propozycja wydawała się rozsądna.
— O’key, Sarge*. Co masz mi do zaoferowania?
— Kawa i suchary. Żołd taki, jaki obowiązuje w branży; taka sama premia. Robota na trzy miesiące, potem ewentualnie następne dziewięćdziesiąt dni.
— Inni naganiacze w mieście proponują normalną stawkę plus pięćdziesiąt procent.
Była to zagrywka w ciemno. Na chwilę zapanowała cisza, po czym sierżant wzruszyła ramionami: — Skoro tak, możemy dostosować się do ceny rynkowej. Mam nadzieję, że potrafisz dobrze posługiwać się bronią. Nie przewidujemy szkolenia świeżych rekrutów. Nie tym razem.
— Mogłabym nauczyć cię wiele na temat sprzętu, o którym sądzisz, że się na nim znasz. Dokąd mamy się wybrać? I kto to wszystko nagrywa?
— Kpiny sobie urządzasz? Czy może chcesz się zaciągnąć jako Inspektor Dywizyjny? Tacy nie są nam potrzebni.
— Dokąd mamy jechać? — ponowiłam pytanie. — Przypadkiem nie w górę rzeki?
— Słuchaj, cwaniaro, nie zdążyłaś jeszcze podpisać kontraktu, a wypytujesz już o tajne informacje…
— Za otrzymanie których gotowa jestem nieźle zapłacić — dokończyłam za nią. Wyjęłam z kieszeni dwieście elstarów w banknotach po pięćdziesiąt i położyłam je na biurku, tuż przed jej nosem. — Cel akcji, pani sierżant. Mogę ci kupić naprawdę dobry nóż.
„Sarge — w amerykańskim żargonie wojskowym: sierżant.
— Jesteś SIL-em, tak?
— Nie bawmy się w szczegóły. Chcę jedynie dowiedzieć się, czy będziemy płynąć w górę rzeki, czy nie. Powiedzmy gdzieś tak w okolice… Saint Louis.
— A może interesuje cię stanowisko instruktora do szkolenia sierżantów?
— Co takiego?! Do licha, nie! Chcę się zaciągnąć jako oficer sztabowy.
Nie powinnam była tego mówić. Przynajmniej nie tak od razu. Co prawda w zespole Szefa rangi i stopnie miały raczej symboliczne znaczenie, byłam jednak bądź co bądź starszym oficerem, dzięki czemu podlegałam wyłącznie Szefowi. Dla wszystkich pozostałych byłam Panną Piętaszek; przynajmniej tak długo, dopóki nie pozwoliłam zwracać się do siebie w sposób mniej oficjalny. Nawet dr Krasny zaczął nazywać mnie en tutcyant dopiero wówczas, gdy go o to poprosiłam. W gruncie rzeczy nie miałam jednak zbyt wielkiego doświadczenia jako starszy oficer, bo chociaż z jednej strony otrzymywałam rozkazy wyłącznie od Szefa, to z drugiej sama nie miałam nigdy okazji, by je komukolwiek wydawać. W formalnej strukturze organizacyjnej (nigdy takowej nie widziałam) musiałam być jednym z prostokącików, umieszczonych tuż pod trójkątem z napisem „DOWÓDCA” i połączonych przerywaną linią. Jeśli już trzymać się zasad biurokracji, w moim prostokąciku powinno być napisane… na przykład „Starszy Specjalista Sztabowy d/s Operacji Terenowych”.