— Takie buty! — Gwizdnęła przez zęby sierżant. — Zobaczymy, czy wystarczy ci tupetu, by powtórzyć to samo pułkownik Rachel. Powinna się tu pojawić około trzynastej.
Jakby przez roztargnienie sięgnęła po pieniądze. Byłam jednak szybsza. Podniosłam banknoty, złożyłam je równo i ponownie położyłam na biurku, lecz tym razem nieco bliżej siebie.
— W takim razie mamy sporo czasu, by uciąć sobie miłą pogawędkę. Mam niejasne wrażenie, że dziś w tym mieście jeszcze kilku innych facetów szuka najemników i że ktoś nieźle im płaci od sztuki. Gość, który podpisuje kontrakt, musi więc mieć jakiś ważny powód, by podpisać go właśnie z tym, a nie z innym werbownikiem. Może więc jednak warto byłoby powiedzieć mi, pani sierżant, czy akcja ma się odbyć gdzieś w górnym biegu rzeki, a jeśli tak, to jak daleko. Zastanawia mnie też, kto ma być przeciwnikiem: prawdziwi zawodowcy czy też jacyś lokalni kmiotkowie? I czy chodzi o regularną bitwę, czy raczej o dywersję? A może o jedno i drugie? Myślę, że możemy sobie o tym nieco pogwarzyć, co, pani sierżant?
Nie odpowiedziała. Nawet się nie poruszyła. Ani na chwilę nie oderwała wzroku od gotówki. Sięgnęłam po kolejny banknot, położyłam go na pozostałych i wygładziłam wierzchem dłoni. Oddech kobiety stał się szybszy, a na czole pojawiły się kropelki potu. Nadal jednak milczała. Odczekałam kilka chwil i dołożyłam następną pięćdziesiątkę. Sierżant głośno przełknęła ślinę.
— Zabierz ten szmal z widoku albo pozwól mi go zabrać. Ktoś może wejść i zobaczyć — powiedziała ochrypłym szeptem.
Przesunęłam banknoty na jej stronę biurka.
— Dzięki — powiedziała. Forsa w mgnieniu oka zginęła w kieszeni jej kurtki. — O ile mi wiadomo, mamy wyruszyć w górę rzeki. Właśnie do Saint Louis.
— Z kim mamy walczyć?
— Słuchaj, spryciaro, jeśli powtórzysz to komukolwiek, nie tylko wszystkiego się wyprę. Urwę ci łeb i nasram do szyi, jasne? Może się zdarzyć, że nie będziemy musieli wcale walczyć. Najprawdopodobniej nie obejdzie się bez małej strzelaniny, ale nie będzie to regularna bitwa. Wszyscy mamy być gwardią przyboczną nowego prezydenta. Powinnam właściwie powiedzieć: najnowszego prezydenta.
„To takie kwiatki” — pomyślałam.
— Całkiem interesujące. Tylko dlaczego nagle każdy werbownik w mieście na gwałt szuka rekrutów? Czyżby „najnowszy” prezydent zamierzał skaptować wszystkich najemników? Wyłącznie do gwardii pałacowej?
— Sama chciałabym to wiedzieć.
— Może uda mi się wywąchać coś na ten temat. Ile jeszcze mam czasu zanim odpłyniemy? A może pułkownik Rachel zamierza przetransportować nas energobilami?
— Niech cię szlag! Ile jeszcze chciałabyś ze mnie wyciągnąć za te pieprzone trzy setki?
To było dobre pytanie. Nie miałam nic przeciwko wydawaniu pieniędzy, musiałam mieć jednak pewność, że towar, który kupuję, nie jest trefny. Jeśli w górę rzeki popłyną najemnicy, żaden przemytnik nie wybierze się za nimi. Przynajmniej nie przez najbliższy tydzień. Wychodziło więc na to, że będę musiała podpisać kontrakt.
Ale do licha, nie jako oficer! Za wcześnie się wychlapałam.
Sięgnęłam do kieszeni po kolejne dwa banknoty.
— Sarge, czy ty też bierzesz udział w tej wyprawie?
Jej oczy utkwione były w szeleszczących papierkach. Pozwoliłam jednemu z nich upaść na biurko; zniknął niemalże w tym samym ułamku sekundy.
— Nie przepuściłabym takiej okazji. Zaraz zamykam ten interes. Jestem w końcu dowódcą plutonu.
Podałam jej drugi banknot.
— Jeśli zaczekam tu na tę twoją pułkownik i porozmawiam z nią, najprawdopodobniej zechce obdarzyć mnie funkcją adiutanta albo da mi jakąś inną, ponurą fuchę. Nie potrzebuję ani pieniędzy, ani zmartwień. Potrzebuję wakacji. Nie znalazłabyś w swoim oddziale miejsca dla dobrze wyszkolonego człowieka? Takiego w sam raz na… powiedzmy… kaprala?
Zmarszczyła czoło.
— Tego mi właśnie brakowało: milionera we własnym plutonie.
Poczułam do niej sympatię. Żaden porządny sierżant nie chciałby mieć w swoim plutonie forsiastego oficera.
— Nie zamierzam odgrywać milionera — powiedziałam. — Chcę tylko być jednym ze zwykłych żołnierzy. Jeśli mi nie ufasz, przydziel mnie przynajmniej do jakiegoś innego oddziału.
— Co to, to nie. Wolę cię umieścić tam, gdzie będę cię mogła mieć na oku — rzekła, po czym westchnęła, dodając: — Chyba już czas, żebym wybrała się do dobrego psychiatry. — Sięgnęła do szuflady i wyjęła formularz. — Przeczytaj to i podpisz. Potem złożysz przysięgę. Masz jakieś pytania?
Rzuciłam okiem na papier. W zasadzie była to standardowa umowa dla najemnika. Przydziałowy mundur, kieszonkowe, ubezpieczenie, wysokość żołdu i premii. Jednak dla uważnego czytelnika było tam coś jeszcze: wypłata zaliczki nastąpić miała dopiero dziesiątego dnia po wciągnięciu na listę. Zrozumiałe. Utwierdzało mnie to w przekonaniu, że oddział wyrusza natychmiast i gdzieś daleko… na przykład w górę rzeki. Zmorą spędzającą sen z oczu każdemu pracodawcy jest myśl o takich, co biorą zaliczki i przepadają jak kamfora. Dziś mogłabym prawdopodobnie zostać weteranem, podpisując pięć czy sześć kontraktów, inkasując za każdym razem zaliczkę i znikając w którymś z „bananowych stanów”. Ktoś był jednak wystarczająco bystry, by przewidzieć taką ewentualność.
Płacić miała pułkownik Rachel Danvers osobiście, a w razie jej śmierci lub zaginięcia — jej prawowici spadkobiercy. Każdy zwerbowany zgadzał się słuchać jej rozkazów oraz rozkazów wyznaczonych przez nią oficerów i podoficerów. Wszyscy zobowiązani byli dochować wierności, walczyć dzielnie i postępować zgodnie z prawem międzynarodowym i zwyczajami wojennymi.
Reszta sformułowana była tak niejasno i mgliście, że trzeba by tuzina prawników z Filadelfii, by rozgryźć, co tak naprawdę zawierała umowa. Zresztą to i tak nie miało żadnego znaczenia. Jakikolwiek protest po jej podpisaniu mógł kosztować „przypadkową” kulkę w plecy.
Kontrakt przewidziany był — jak przedstawiła to pani sierżant — na dziewięćdziesiąt dni pod dowództwem pani pułkownik, plus ewentualnie następne dziewięćdziesiąt płatne ekstra. Nie było jednak żadnej klauzuli dotyczącej warunków przedłużenia służby. Zastanowiło mnie to. Nigdy dotychczas nie słyszałam, by z członkiem osobistej gwardii samego prezydenta podpisywano zaledwie trzymiesięczny kontrakt bez żadnych dodatkowych zastrzeżeń. Było to co najmniej dziwne. Albo moja pani sierżant kłamała, albo sama dała się nabrać, nie mając na tyle sprytu, by zauważyć ten brak logiki. Tak czy owak, teraz nie było już sensu urządzać jej quizu z tego tematu.
Sięgnęłam po pióro.
— Kiedy stanę przed komisją lekarską?
— Żarty sobie stroisz?
Podpisałam się i powiedziałam „tak”, gdy sierżant odczytała mi coś, co mniej więcej przypominało tekst przysięgi.
— Coś jeszcze? — spytałam.
Podniosła formularz i bacznie przyjrzała się mojemu podpisowi.
— Jones? A co ma oznaczać to „P”?
— Piętaszek.
— Jakieś durne imię. Od dzisiaj jesteś po prostu Jones. Poza służbą — Jonesie. Jasne?
— Jak sobie pani życzy, pani sierżant. Czy teraz jestem na służbie, czy poza?