— Jeszcze tylko kilka instrukcji i będziesz wolna. Na końcu Shrimp Alley jest duży magazyn z napisem WOO FONG & LEVY BROTHERS. Bądź tam o drugiej po południu, gotowa do wyjazdu. Wejdź tylnymi drzwiami. Do tego czasu musisz zdążyć pozałatwiać wszystkie osobiste sprawy. Masz prawo informować każdego o swoim zaciągu, lecz za udzielenie jakichkolwiek informacji mogących bezpośrednio lub pośrednio dotyczyć celu wyprawy zostaniesz postawiona przed sądem polowym. — Sierżant wyrzucała z siebie słowa z prędkością dobrego automatu. — Potrzebujesz pieniędzy, żeby kupić sobie lunch? Nie, jestem pewna, że nie potrzebujesz. To wszystko, Jonesie. Witaj na pokładzie. Zdaje się, iż czeka nas ciekawa wycieczka.
Rozdział XVIII
Parowiec wycieczkowy „Mary Lou” wyglądał jak żywcem wyjęty z powieści Marka Twaina. Nawet do głowy mi nie przyszło, że będziemy podróżować w tak ekstrawagancki sposób. Trzy pokłady pasażerskie i cztery Napędy, po dwa na każde z olbrzymich kół łopatkowych. A jednak cały statek załadowany był aż po okrężnice i wydawało się, że zatopi go byle silniejszy podmuch wiatru. Na szczęście nie płynęliśmy samotnie. Kilka kabli przed naszym dziobem młóciły wodę równie potężne koła „Myrtle T. Hanshawa”, płynącego z szybkością jakichś dwudziestu węzłów. Pomyślałam o mieliznach, których pełno było wokół, mając nadzieję, że przynajmniej na „Myrtle” sonar jest sprawny.
„Alamo Heroes” płynęły na pierwszym statku razem z pułkownik Rachel, która dowodziła obydwoma oddziałami. To jeszcze bardziej przekonywało mnie, że mieliśmy wziąć udział w jakiejś regularnej potyczce. Niewykluczone nawet, iż stanowiliśmy oddział desantowy. Nikt nie wynająłby uzbrojonych w ciężki sprzęt „Alamo Heroes” jedynie po to, by stworzyć z nich gwardię pałacową.
Broń nie została jak na razie wydana, a rekruci ciągle jeszcze chodzili w cywilnych ciuchach. Wyglądało więc na to, że sierżant Gumm nie kłamała, twierdząc, iż mieliśmy dopłynąć co najmniej do Saint Louis. Co zaś tyczy reszty tego, co powiedziała, byłam nawet gotowa uwierzyć, że oddział ma się stać przyboczną strażą „najnowszego prezydenta”. Najpierw jednak miał prawdopodobnie pomóc owemu prezydentowi wprowadzić się do pałacu. Wszystko to były oczywiście jedynie domysły. Tak naprawdę wiedziałam tylko jedno: mniej więcej teraz „Mary Lou” powinna właśnie wpływać do Imperium Chicago.
Resztą nie przejmowałam się zbytnio. W ciągu najbliższych kilku dni, gdy tylko znajdziemy się nieco bliżej głównej kwatery Szefa, zamierzałam najzwyczajniej w świecie zdezerterować. Najchętniej zanim jeszcze zrobi się gorąco. Miałam naprawdę mnóstwo czasu, by dokładnie przyjrzeć się całej tej „armii” i nabrać przekonania, że nie będzie ona zdolna do akcji wcześniej, jak za jakieś sześć tygodni. Owe sześć tygodni musiałaby jednak spędzić na intensywnym treningu pod okiem dobrych i twardych fachowców. Na razie było tu zbyt wielu rekrutów i zbyt mało wyszkolonej kadry.
Oczywiście wszyscy rekruci udawali weteranów, lecz już na pierwszy rzut oka widać było, iż spora część to proste, wiejskie dziewczyny, które pouciekały z domów. Były wśród nich nawet piętnastolatki. Owszem, wyrośnięte jak na swój wiek. A „skoro wystarczająco duże, to i wystarczająco dojrzałe”, jak mówiło stare porzekadło. Trzeba jednak czegoś więcej, niż sześćdziesięciu kilogramów wagi, by stać się żołnierzem.
Pójście na akcję w tak doborowym towarzystwie oznaczało samobójstwo. To jednak nie było już moje zmartwienie. Ja miałam pełny żołądek i zadowolona z tego faktu siedziałam na deskach pokładu, oparta plecami o zwój lin. Trawiąc swój pierwszy w życiu żołnierski posiłek, podziwiałam zachód słońca. Zastanawiałam się właśnie, czy „Mary Lou” wpłynęła już do Imperium Chicago, gdy ktoś za moimi plecami zapytał: — Chowacie się, żołnierzu?
Rozpoznałam ten głos, odwróciłam więc głowę.
— Dlaczego miałabym się chować, pani sierżant? Skąd ten pomysł?
— O’key, przecież nic nie mówię. Zadałam sobie po prostu pytanie: „Gdzie bym poszła, gdybym chciała znaleźć się na chwilę sama?” — i proszę, znalazłam ciebie. Zdążyłaś już wybrać sobie kwaterę?
Oczywiście jeszcze tego nie zrobiłam. Zbyt wiele było możliwości, a co jedna — to gorsza. Większość ludzi umieszczono w luksusowych kajutach: po czterech w kajutach dwuosobowych i po trzech w jednoosobowych. Natomiast cały mój pluton miał spać w mesie oficerskiej. Nie mogłam jakoś doszukać się wielkiej różnicy pomiędzy noclegiem na kapitańskim stole, a noclegiem na pokładzie, toteż bez żalu zrezygnowałam z tego pierwszego.
Sierżant Gumm podzielała moją opinię.
— W porządku. Ale jak już rozłożysz koc, radzę ci go dobrze pilnować, inaczej pozbędziesz się go w ciągu kwadransa. Na rufie, obok magazynu żywności, jest moja kajuta; co prawda zjedna tylko koją, ale za to dość szeroką. Jak chcesz, możesz się tam zainstalować. Będzie ci o wiele wygodniej niż na gołych deskach.
— To cholernie miło z pani strony, pani sierżant.
I jak tu się wykręcić? Czyżby ów „komfortowy wypoczynek” był nieunikniony?
— Mów mi Sarge. Kiedy jesteśmy same, na imię mam Mary. A ciebie jak nazywają, bo już zapomniałam.
— Piętaszek.
— Właśnie. Całkiem oryginalnie.
Stałyśmy tak, patrząc na ostatnie promienie zachodzącego słońca. Statek kołysał się leniwie na falach. Daleko za lewą burtą powoli przesuwał się majaczący w oddali stromy brzeg.
— Brakuje tylko gwizdka, pióropusza dymu nad kominem i syku pary.
— Sarge, nie wiedziałam, że masz duszę poety.
— Zgadza się. Kiedyś myślałam nawet, żeby rzucić to wszystko i zacząć pisać. A ty co powiedziałabyś o zapadających ciemnościach?
— Żadnych odsłoniętych okien, żadnego palenia na pokładzie. Winni złamania zakazu zostaną rozstrzelani o świcie — roześmiałam się. — Uff, co za szczęście, że ja nie palę.
— Poprawka: winni nie zostaną rozstrzelani, choć będą o to błagać. Naprawdę nie palisz? Nawet z przyjaciółmi, dla towarzystwa?
„Poddaj się, Piętaszku” — pomyślałam.
— Od czasu do czasu — owszem. Ale tylko przy wyjątkowych okazjach.
— Ja też nie zwykłam przesiadywać, otoczona kłębami dymu haszyszowego. Jednak czasami… Z kimś, kto tak jak ja ma odpowiedni nastrój…
Usiadła obok, objęła mnie i chciała pocałować.
— Pani sierżant! To znaczy: Mary. Proszę cię, nie. Nie jest jeszcze całkiem ciemno. Ktoś nas zauważy.
— A kogo to obchodzi?
— Mnie. Nie lubię tak. To mnie peszy.
— Jak pobędziesz trochę w moim plutonie, pozbędziesz się skrupułów. Co z tobą? Jesteś jeszcze dziewicą? To znaczy, nie robiłaś tego jeszcze z inną dziewczyną?
— Proszę cię, przestań mnie wypytywać. I pozwól mi odejść. Nie chcę tutaj. W każdej chwili ktoś może przecież wyjść zza tej nadbudówki.
Pokręciła z niedowierzaniem głową, ale podniosła się.
— Dziwna jesteś z tym swoim wstydem. Ale w porządku. Mam w kabinie wyborny Omaha Black. Chowałam go na specjalną…
Nagle niebo rozbłysło oślepiającym blaskiem. W tej samej sekundzie do naszych uszu dotarł odgłos potężnej eksplozji. Poderwałam się na równe nogi. W miejscu, gdzie przed chwilą jeszcze płynął „Myrtle T. Henshaw” spadały teraz do wody kawałki poskręcanej blachy.
— Chryste Panie!
— Mary, nie ma czasu! Potrafisz pływać?!
— Co? Nie.
— Skacz za mną, doholuję cię do brzegu!
Stanęłam na okrężnicy, skoczyłam do wody, wypłynęłam na powierzchnię i obróciłam się na plecy. Sylwetka sierżant Mary Gumm wyraźnie odcinała się na tle nieba.