Wtedy właśnie widziałam ją po raz ostatni. Kilka sekund później statek wycieczkowy „Mary Lou” wyleciał w powietrze.
Na tym odcinku wschodni brzeg Missisipi jest wysoki, skalisty i stromy. Brzeg zachodni stanowi niewielką wyżynę, ciągnącą się na jakieś dziesięć, piętnaście kilometrów w głąb lądu. Rzeka jest w tym miejscu wyjątkowo kapryśna. Bez przerwy zmienia koryto lub dzieli się na kilka różnych nurtów, z których każdy płynie w innym kierunku; nigdy nie wiadomo: na północ, czy też na południe.
„Mary Lou” płynęła w górę rzeki, to było pewne. Słońce zachodziło dokładnie za jej burtą — tutaj również nie miałam wątpliwości. Jednak ostatnie jego promienie oświetlały lewą ścianę nadbudówki, przy której siedziałam. Wszystko wskazywało więc na to, że statek tuż przed wybuchem skręcił wraz z nurtem rzeki na północ. Dlatego właśnie wyskoczyłam przez lewą burtę; musiałam przecież dostać się na zachodni brzeg.
Gdy znalazłam się w wodzie, pomyślałam przede wszystkim o tym, by jak najszybciej oddalić się od statku. Musiałam jednak najpierw sprawdzić, czy Mary skoczyła za mną. Prawdę mówiąc nie przypuszczałam, by to zrobiła. I nie myliłam się. Gdy odwróciłam głowę, ciągle stała na pokładzie, patrząc bezradnie w dół. Chwilę potem było już za późno. Szef miał rację — większość ludzi zbyt długo zastanawia się nad podjęciem decyzji.
Poczułam lekkie ukłucie żalu — na swój sposób zdążyłam ją nawet polubić. Teraz jednak nie było czasu, by się nad tym zastanawiać. Miałam na głowie sporo innych problemów.
Pierwszym z nich były ciągle jeszcze spadające szczątki kadłuba. Zanurzyłam się pod wodę i płynęłam tak dobre cztery minuty, dopóki brak tlenu oma lżę nie rozerwał mi płuc. Gdy wynurzyłam się ponownie, wokół panowała cisza. Plusk wpadających do rzeki odłamków ustał.
Wątpiłam, by ktokolwiek przeżył eksplozję. Nawet jeśli, to poszukiwania w ciemnościach pośrodku dość szybkiego nurtu nie miały najmniejszych szans powodzenia.
Rozejrzałam się wokół. Na lewo dostrzegłam dogasającą łunę zachodu; popłynęłam więc w tym kierunku. Po kilku minutach straciłam ją jednak z oczu. Odwróciłam się na plecy i popatrzyłam w niebo. Coraz więcej chmur i ani śladu księżyca. Dostrzegłam jednak Arktura, a chwilę później również obie Niedźwiedzice i Polaris. Poprawiłam lekko kurs i płynąc nadal na plecach uważałam, by cały czas mieć Gwiazdę Polarną z lewej strony. W ten sposób, umiejętnie rozkładając siły, mogłam bez nadmiernego zmęczenia przepłynąć spory dystans. Nie miałam się dokąd spieszyć, chciałam jedynie dotrzeć do brzegu. Jeśli będzie to brzeg zachodni, znajdę się w Arkansas — jednej z prowincji Imperium Chicago.
Pozostawał tylko jeden problem: utrzymywać ciągle ten sam kierunek w ciemnościach, bez mapy ani żadnych znaków orientacyjnych, pośrodku rzeki szerokiej na kilka kilometrów. Na szczęście od czasu do czasu pomiędzy chmurami pokazywały się gwiazdy, dzięki czemu mogłam jako tako orientować się w położeniu. Nie było żadnego sposobu, by określić, jak szybko prąd znosił mnie na południe. Byłam jednak pewna, że jeśli uda mi się cały czas płynąć na zachód, a koryto nie jest w tym miejscu szersze, niż sądziłam, to jeszcze przed świtem powinnam poczuć pod stopami dno.
Nie wiem, ile godzin minęło: trzy, może cztery. W każdym razie sporo wody upłynęło w tej rzece. Wega była już po wschodniej stronie nieboskłonu, lecz ciągle jeszcze dość wysoko. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że ciemny pas majaczący po mojej lewej stronie to nie chmury, tylko brzeg. Poprawiłam kurs i starając się nie stracić go z oczu, popłynęłam w tę stronę. Po chwili uderzyłam głową w jeden z pni, które tworzyły w tym miejscu coś na kształt pływającego pomostu. Stąpając po nim, dotarłam aż do przybrzeżnej skarpy. Wdrapanie się na nią nie stanowiło większego problemu — była ona tutaj zaledwie na metr wysoka.
Wokół panowały nieprzeniknione ciemności. Blada poświata, jaką dawały wyłaniające się od czasu do czasu spoza chmur gwiazdy, pozwalała jedynie odróżnić wodę, w której się odbijały, od rozciągających się przede mną zarośli. Spoglądając na Wielką Niedźwiedzicę i Andromedę, zorientowałam się jednak, że jeśli nie zrezygnuję z marszu na zachód, będę się musiała przez nie przedrzeć. Jedyną alternatywą był powrót do wody i popłynięcie wraz z prądem rzeki z powrotem do Vicksburga.
— Nie, Piętaszku — powiedziałam sama do siebie. — Ty nie masz przecież marynarskiego zacięcia.
Nie było na co czekać. Zanurzyłam się w gąszcz.
Następnych kilka godzin nie było może najdłuższe w moim życiu, lecz z pewnością najbardziej ponure. Nie wątpię, że na Ziemi są jeszcze bardziej nieprzystępne dżungle niż chaszcze i mokradła w dorzeczu Missisipi. Miałam jednak nadzieję, że nie przyjdzie mi kiedyś zmierzyć się z nimi, nawet z maczetą w ręku (że nie wspomnę już o skautowskim nożu).
Większość czasu spędzałam na kręceniu się w kółko i podejmowaniu decyzji, w którą pójść stronę. Mój trop wił się dokładnie tak samo, jak rzeka w tych okolicach. W ciągu godziny posuwałam się naprzód nie więcej jak kilometr. Może nawet mniej, bo niemalże co kilka kroków zatrzymywałam się i sprawdzałam, czy idę cały czas w kierunku zachodnim.
Muchy, moskity, komary, wszelkiego typu i pokroju pełzające paskudztwo, którego nigdy przedtem nie widziałam na oczy. Dwa razy poczułam, jak spod stóp wyślizguje mi się wąż. Na moje szczęście żaden z nich nie wypróbował na mnie swoich zębów jadowych, o ile je miał. Skrajnie przerażone ptaki, wydające najróżniejsze odgłosy, często lecące na oślep prosto w moją twarz. Pod nogami prawie przez cały czas grząskie błoto, w którym się co chwilę o coś potykałam.
Dwa czy trzy razy natrafiłam na niezbyt szerokie kanały, stanowiące prawdopodobnie niewielkie odnogi czy też dopływy Missisipi. Tam, gdzie były wystarczająco głębokie, przepływałam je. Gdy byłam na środku jednego z nich, tuż obok mnie przepłynęło jakieś wielkie stworzenie. Olbrzymi zębacz? Zawsze sądziłam, że trzymają się one blisko dna. Aligator? W tej części Ameryki nie występują przecież aligatory. Zresztą nieważne. Nawet gdyby to był potwór z Loch Ness na gościnnych występach, nie wzbudziłby we mnie większego przerażenia.
Gdy stanęłam wreszcie na otwartej przestrzeni, miałam wrażenie, że od zatopienia „Mary Lou” i „Myrtle” minęło co najmniej sto lat.
Przede mną na zachodzie rozciągała się równina Arkansas. Poczułam smak tryumfu.
Poczułam też, że jestem głodna, wyczerpana, przemoczona, ubłocona, niewyspana, pokąsana przez insekty i straszliwie spragniona.
Pięć godzin później razem z niejakim panem Hunterem jechałam jego farmerskim wozem zaprzężonym w parę mułów. Ich właściciel mieszkał parę mil od niewielkiego miasteczka o nazwie Eudora. Gdy dotarliśmy na miejsce, brakowało mi już tylko snu; o całą resztę zatroszczyli się moi gościnni gospodarze. Pani Hunter chodziła wokół mnie jak kwoka wokół kurcząt, a śniadanie, jakie mi zrobiła, było prawdziwą ucztą.
Jadłam je, opatulona w jej szlafrok, gdyż uparła się, iż wypierze moje ubranie. Gdy wstałam od stołu, było już prawie suche. Pół godziny potem mogłam ruszać w dalszą drogę. Z wyjątkiem podkrążonych oczu i kilku nieznacznych zadrapań na twarzy wyglądałam prawie jak… nowo narodzona.
Nie próbowałam nawet zaproponować, że im zapłacę. Są ludzie, którzy nie posiadają zbyt wiele, mają jednak coś znacznie cenniejszego niż pieniądze. Mają szacunek dla samych siebie oraz tę niezmiernie rzadko spotykane cechy, jakimi są bezinteresowność i szczerość. Nie jest to coś, co można by sprzedać. Powoli uczyłam się rozpoznawać owe cechy u tych, którzy je posiadali. Co do Hunterów nie miałam zaś najmniejszej wątpliwości.