Выбрать главу

Pan Hunter dowiózł mnie do końca wiejskiej drogi, gdzie łączyła się ona z nieco szerszą szosą. Tam zatrzymał muły, zeskoczył na ziemię, obszedł wóz i stanął z mojej strony.

— Dalej nie mogę pani zawieźć, panienko — powiedział.

Przyjęłam podaną mi rękę i również wysiadłam.

— Czy coś się stało, panie Hunter? Uraziłam czymś pana?

— Co też panienka… Nie o to mi idzie — odrzekł powoli. — Mówiła panienka, że łódka uderzyła o pień i przewróciła się.

— Tak właśnie było.

— Te pływające kłody są niebezpieczne jak diabli.

Przez moment nie mówił nic, patrząc pod nogi. Po chwili odezwał się znowu: — Wczoraj wieczorem coś niedobrego stało się na rzece. Dwa wielkie wybuchy, gdzieś koło zakrętu. Aż u nas w obejściu było widać i słychać.

Znowu przerwał. Ja również milczałam. Sposób, w jaki wytłumaczyłam im swoją tu obecność, można było w najlepszym wypadku nazwać drobnym kłamstwem. Gdybym jednak próbowała podać jakąś inną przyczynę, dla której się tu zjawiłam, musiałyby to być latające talerze.

Ciszę przerwał pan Hunter.

— Moja żona i ja nigdy nie mieliśmy żadnych kłopotów z Policją Imperialną. I wolelibyśmy nadal ich unikać. Jeśli więc nie ma panienka nic przeciwko, by podejść kawałek pieszo, to do Eudory trzeba iść na lewo. Lepiej będzie, jeśli zawrócę tu wóz i pojadę do domu.

— Rozumiem. Chciałabym móc się jakoś panu odwdzięczyć, panie Hunter.

— Może panienka.

— Jak? — Czyżby jednak zamierzał poprosić o pieniądze? Nie, to chyba niemożliwe.

— Jeśli kiedyś spotka panienka kogoś, kto będzie potrzebował pomocy, niech mu panienka poda rękę i pomyśli o nas.

— Och! Zrobię to! Może mi pan wierzyć.

— To dobrze. Kawałek chleba użyczony komuś w potrzebie zawsze się zwraca. Moja żona kazała powiedzieć, że będzie się za panienkę modlić.

Poczułam dziwne pieczenie w gardle.

— Niech jej pan przekaże, że ja również będę o niej pamiętać w swoich modlitwach. Będę pamiętać o was obojgu.

Nigdy w życiu nie modliłam się. Teraz jednak pomyślałam, że za Hunterów powinnam.

— Dziękujemy bardzo. Żona na pewno się ucieszy. Czy nie weźmie mi panienka za złe, jeśli jeszcze coś jej poradzę?

— Dobrych rad nigdy nie jest za wiele.

— Nie zamierza panienka zatrzymać się w Eudorze?

— Nie. Muszę dotrzeć na północ.

— Tak myślałem. Eudora to tylko posterunek policji i parę sklepów. Lake Village jest spory kawałek dalej, ale tam zatrzymują się energobile Greyhounda. To jakieś dwadzieścia kilometrów tą drogą na prawo. Jak panienka chce tam być jeszcze dziś, musi panienka złapać południowy autobus. Na piechotę za daleko, a w dodatku zanosi się na piekielny upał.

— To nic. Dam sobie radę.

— Greyhoundem można się dostać do Pine Bluff, a nawet do Little Rock. Ale trzeba pieniędzy.

— Panie Hunter, ma pan naprawdę złote serce. Niech się pan nie kłopocze, mam przy sobie swoją kartę kredytową.

Co prawda, gdy wydostałam się na skraj mokradeł, byłam przemoczona do suchej nitki, a w dodatku ubłocona jak nieboskie stworzenie. Paszport, pozostałe dokumenty, gotówkę i karty kredytowe trzymałam jednak w tej wodoszczelnej torebce, którą dostałam od Janet. Wszystko przetrwało nienaruszone. Muszę jej kiedyś o tym opowiedzieć.

— To dobrze. Pomyślałem, że lepiej zapytać. Jeszcze tylko jedno. Ludzie tutaj pilnują zazwyczaj swego nosa. Jeśli tylko nie będzie panienka zbaczała z drogi, kilku wścibskich nie będzie miało powodu, żeby zaczepiać panienkę. Bo i po co? No, na mnie już czas. Niech się panience szczęści.

Cmoknął na muły i po chwili daleko na drodze widać już było jedynie tuman kurzu.

Za osiem pierwsza byłam już w Little Rock. Ledwo udało mi się złapać ekspres na północ. Dwadzieścia jeden minut później stałam już w budce z publicznym terminalem na dworcu w Saint Louis, wystukując na klawiaturze kod kontaktowy. Zamierzałam poprosić Szefa o transport do głównej kwatery.

— Użytego przez ciebie kodu nie ma w pamięci głównego komputera. Nie roztaczaj się. Czekaj, aż operator… — Szybko przerwałam połączenie i wyszłam z budki.

Nie wychodząc z podziemi, zaczęłam kręcić się po pasażach handlowych, przystając przed wystawami sklepowymi i udając zainteresowanie. Przez cały czas uważałam jednak, by jak najbardziej oddalić się od dworca.

Gdy uznałam, że jestem już dość daleko, odszukałam kolejną budkę i spróbowałam użyć kodu awaryjnego. Usłyszałam tę samą formułkę, lecz tym razem, gdy nacisnęłam klawisz BREAK, głos odmówił przerwania połączenia. Błyskawicznie schyliłam głowę, przykucnęłam i nie zmieniając pozycji wydostałam się na zewnątrz. Z pewnością rzucało się to w oczy, czego nienawidziłam. Możliwe jednak, że uniknęłam w ten sposób sfotografowania przez terminal, co byłoby niewybaczalnym błędem.

Wmieszałam się w tłum i przez kilkanaście następnych minut znowu chodziłam bez celu. Dopiero gdy uzyskałam całkowitą pewność, że nie jestem przez nikogo śledzona, zjechałam jeden poziom niżej i odszukałam najbliższy przystanek metra. Wysiadłam dopiero we wschodniej części miasta. Miałam jeszcze jeden kod, który wolno mi było użyć tylko w skrajnie wyjątkowych przypadkach. Nie zamierzałam jednak posługiwać się nim bez odpowiedniego przygotowania.

Podziemna kwatera Szefa wydawała się być oddalona o sześćdziesiąt minut drogi od każdego miejsca, do którego mnie stamtąd dostarczano. Nie miałam jednak zielonego pojęcia, gdzie jej szukać. Mówię tak, bo kiedy po moim pobycie w szpitalu lecieliśmy energobilem na tereny szkoleniowe, podróż trwała dokładnie godzinę. Tyle samo, gdy wracaliśmy. Po powrocie poprosiłam, żeby dostarczono mnie gdzieś, skąd można bez trudu dostać się do Winnipeg. Polecieliśmy do Kansas City. Tam również dotarliśmy po sześćdziesięciu minutach. Trasa przelotu nie była jednak widoczna dla pasażera, który siedział w osobnej kabinie.

Według geografii, geometrii i zdrowego rozsądku musiało to być gdzieś w pobliżu Des Moines. W tym jednak przypadku „gdzieś w pobliżu” oznaczało koło o promieniu co najmniej stu kilometrów. Gubienie się w domysłach było więc wyłącznie stratą czasu.

We wschodnim Saint Louis kupiłam jasnożółtą pelerynę z kapturem i lateksową maskę. Obie te rzeczy zapakowałam do torby, po czym zajęłam się odszukaniem publicznego terminalu stojącego gdzieś w ustronnym miejscu. Im dłużej nad tym myślałam, tym bardziej nabierałam przekonania, że ktoś ponownie podjął próbę rozbicia organizacji Szefa, tym jednak razem zakończoną powodzeniem. Fakt, iż nie wpadłam jeszcze w panikę, zawdzięczałam jedynie świetnemu wyszkoleniu.

Zakapturzona, z twarzą ukrytą pod maską, po raz ostatni spróbowałam połączyć się z kwaterą główną. Rezultat był dokładnie taki sam, jak poprzednio. Odwróciłam się tyłem do ekranu i ściągnęłam maskę, rzucając ją na podłogę. Nie odwracając się, spokojnym krokiem wyszłam z budki i skręciłam w pierwszą przecznicę. Po drodze zdjęłam pelerynę i nie zatrzymując się, wrzuciłam ją do kubła na śmieci.

Pół godziny później byłam z powrotem w centrum miasta. Posługiwanie się tutaj moją kartą kredytową, wystawioną przez Bank Imperialny, było w tej sytuacji co najmniej zuchwałością. Niemniej jednak zrobiłam to, kupując bilet do Kansas City. Podczas godzinnej podróży miałam dość czasu, by gruntownie wszystko przemyśleć. Miejsce moich poprzednich wątpliwości zajęło teraz absolutne przekonanie, że Szefowi nie mogło się nic przydarzyć. Był w końcu profesjonalistą najwyższej klasy. Tacy jak on nie popełniają błędów.