Od tej pory musiałam jednak działać z założeniem, że cała siatka Szefa została wykryta i zniszczona. Należało więc również liczyć się z faktem, iż numer mojej karty kredytowej MasterCard (bazującej na koncie Szefa, a nie moim własnym) może zostać w każdej chwili zidentyfikowany, a sama karta — zniszczona przez maszynę. Oznaczałoby to dla mnie, że wpadłam w poważne kłopoty.
Dotarłszy do Kansas City, nie wyszłam nawet z dworca kolei magnetycznej. Po raz któryś z rzędu, posługując się publicznym terminalem, połączyłam się z Informacją i spytałam o usługi na linii Omaha — Sioux Falls — Fargo — Winnipeg. Odpowiedziano mi, że ruch odbywa się tylko do Pembiny — miasta na granicy z Kanadą Brytyjską. Byłam tam pięćdziesiąt sześć minut później. Nie minęło jeszcze nawet dziesięć godzin, odkąd przedzierałam się przez przybrzeżne bagna Missisipi, mając nadzieję, że leżą one już po stronie Imperium Chicago. Teraz jednak daleko bardziej pragnęłam jak najszybciej wydostać się z tego kraju.
Jak dotąd bawiłam się z Imperialną Policją w kotka i myszkę. Nie wątpiłam jednak, że wcześniej czy później zechcą zamienić ze mną parę słów. Ja natomiast nie miałam na tę pogawędkę najmniejszej ochoty. Słyszałam wiele opowieści na temat sposobów, w jaki prowadzą oni przesłuchania. Według jednej z nich mieli zwyczaj wypalać swojej ofierze oczy, a potem — mózg.
Rozdział XIX
Czternaście godzin później byłam zaledwie dwadzieścia pięć kilometrów od miejsca, w którym wysiadłam z pociągu. Z owych czternastu godzin jedną zajęły mi zakupy, trochę więcej — obiad, następne dwie — poufne konsultacje z pewnym specjalistą, a sześć — spanie. Większość z pozostałych czterech godzin spędziłam posuwając się ostrożnie na wschód. Cały ten czas szłam równolegle do granicznego płotu, trzymając się jednak od niego w sporej odległości. Dopiero o świcie zbliżyłam się do zasieków. Szłam nadal w tym samym kierunku, powłócząc nogami, jak przystało na znudzonego pracownika brygady konserwacyjnej.
Pembina jest właściwie wioską. By znaleźć odpowiedniego fachowca, musiałam wrócić do Fargo. Bez trudu dostałam się tam lokalną kapsułą. Chodziło mi o specjalistę świadczącego takie same usługi, jak „Artist Ltd.” w dolnym Vicksburgu. Niestety; agencje reklamowe w Imperium nie zajmowały się promocją tego typu usług. Musiałam więc poświęcić sporo czasu i gotówki, zanim dotarłam pod właściwy adres. Człowiek, którego szukałam, miał swoje biuro na rogu Main Avenue i University Drive. Według szyldu nad wejściem prowadził inną, daleko bardziej konwencjonalną firmę. Nawet do głowy by mi nie przyszło, żeby szukać w kancelarii prawniczej.
Ciągle jeszcze ubrana byłam w ten wypłowiały, drelichopodobny komplet, który miałam na sobie, skacząc przez burtę „Mary Lou”. Nie dlatego jednak, bym czuła dla niego jakiś specjalny sentyment. Granatowy, jednoczęściowy uniform jest po prostu najpopularniejszym ciuchem noszonym przez przedstawicieli obu płci na całej Ziemi. Nawet na Ell-Pięć czy w Luna City używa go wielu ludzi, choć monokini jest tam znacznie bardziej popularne. Wystarczy chusta wokół szyi, by zamienić się w szykowną gosposię, idącą właśnie na zakupy. Weź do ręki neseser — i nie różnisz się niczym od tysięcy urzędników i drobnych biznesmenów. Przycupnij na rogu z kapeluszem w dłoni, a każdy weźmie cię za żebraka. Jako trudny do zabrudzenia, łatwy do oczyszczenia, nie gniotący się i prawie nigdy nie zdejmowany, kostium taki jest wręcz idealny dla kuriera, chcącego wtopić się w otoczenie i nie tracić ani czasu, ani miejsca w bagażu na ciuchy.
Tym razem dodałam do swojego stroju poplamiony beret z przyczepioną doń plakietką „mojej” brygady i dobrze znoszony, skórzany pas, w który powtykane były narzędzia. Przez moje prawe ramię przewieszona była torba z zapasowymi ogniwami do naprawy płotu, zaś przez lewe — niewielki palnik.
Wszystko, nie wyłączając nawet rękawiczek roboczych, było stare i zniszczone. W bocznej, zasuwanej na zamek kieszeni spodni tkwił mocno już sfatygowany portfel. Według znajdujących się w nim dokumentów nazywałam się „Hannah Jensen”. Włożony tam również, wyświechtany wycinek z lokalnej gazety świadczył, że byłam niegdyś przewodniczącą szkolnego samorządu. Dzięki poplamionej legitymacji Czerwonego Krzyża mogłam szczycić się faktem oddania ponad galona krwi. Niestety; według ostatniego zapisu już od ponad sześciu miesięcy zaniedbywałam obowiązki honorowego krwiodawcy. Miałam przy sobie nawet kartę kredytową Visa wystawioną przez Loan Company. Nie sądziłam jednak, bym zaoszczędziła dzięki niej choć jedną koronę z konta Szefa. Brakowało jej owej niewidzialnej, magnetycznej sygnatury, bez której każda karta kredytowa jest jedynie kawałkiem kolorowego plastiku.
Było już zupełnie jasno. Na przedostanie się na drugą stronę płotu zostało mi nie więcej niż trzy godziny. Później pojawią się pracownicy prawdziwej brygady konserwacyjnej, a ja nie miałam najmniejszej ochoty, by spotkać któregoś z nich. Do tego czasu Hannah Jensen powinna zniknąć, pojawiając się z powrotem dopiero późnym popołudniem, ale jako ktoś zupełnie inny i w zupełnie innym miejscu. Nie miałam już odwrotu. Zużyłam praktycznie całą gotówkę, a na kartę kredytową sygnowaną przez Bank Imperialny nie było co liczyć. Wystarczyło, że wczoraj posłużyłam się nią czterokrotnie. Nie wiedziałam, czy uruchomiłam w ten sposób jakiś program-pułapkę, który zarejestruje każdorazowe jej użycie, lecz nie miałam zamiaru tego sprawdzać. Chciałam jedynie znaleźć się po drugiej stronie płotu.
Powolnym krokiem szłam wzdłuż siatki. W żadnym wypadku nie mogłam teraz pozwolić sobie na pośpiech. Przede wszystkim musiałam znaleźć takie miejsce, w którym mogłabym przeciąć druty nie obawiając się, że ktoś mnie zauważy. Nie było to jednak łatwe — mniej więcej pięćdziesięciometrowy pas ziemi po obu stronach płotu był całkowicie pozbawiony jakiejkolwiek roślinności i dodatkowo zaorany. Musiałam pogodzić się z tym faktem. Szukałam jedynie odcinka, na którego skraju — najlepiej po obu stronach — rosłoby coś, co choć odrobinę przypominałoby las. Najlepiej amazońską dżunglę.
Niestety, w Minesocie nie ma amazońskiej dżungli.
W pomocnej Minesocie prawie w ogóle nie ma lasów. W każdym razie nie w tych okolicach.
Przyglądałam się właśnie fragmentowi płotu, wmawiając sobie, że gdy nikogo nie ma w zasięgu wzroku, otwarta, szeroka przestrzeń jest równie dobra jak osłonięta, gdy nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się policyjny energobil. Leciał na zachód, posuwając się wzdłuż płotu.
Nie zatrzymując się, pomachałam im przyjaźnie ręką. Pojazd zawrócił, zatoczył koło i wylądował około czterdziestu metrów ode mnie. Poszłam w jego kierunku. Razem z dowódcą patrolu wysiadł pilot. Obaj mieli mundury… a niech to szlag! — Policji Imperialnej, a nie stanowej. Gdy zbliżyłam się do nich, dowódca patrolu obrzucił mnie czujnym spojrzeniem.
— Co tu robisz tak wcześnie? — zapytał agresywnym tonem.
— Pracowałam, dopóki mi nie przeszkodziliście — odrzekłam, nie dając się zbić z tropu.
— Przestań chrzanić. Nigdy nie zaczynacie przed ósmą.
— Tak było do zeszłego tygodnia, drągalu — powiedziałam. — Przyjmij do wiadomości, że teraz są dwie zmiany.
— Dlaczego nikt nas o tym nie poinformował?
— A co, chciałbyś, żeby nadintendent wysłał pismo osobiście do ciebie? Podaj mi swój numer służbowy. Z przyjemnością przekażę mu, że sobie tego życzysz.
— Zamknij w końcu dziób, o’key? Chętnie przymknąłbym cię i sprawdził, coś za jedna.