— To na co czekasz? Będę przynajmniej miała parę dni wolnego, zanim wytłumaczysz, dlaczego ten odcinek nie został naprawiony.
— Niech cię diabli… — Zaczęli gramolić się do środka.
— Ma któryś z was fajki? — zapytałam.
— Nie grzejemy na służbie — odrzekł pilot — i tobie też nie radzę.
— Pieprzeni służbiści — mruknęłam pod nosem, ale tak, by słyszeli. Pilot chciał już coś odpowiedzieć, ale dowódca patrolu zatrzasnął luk. Pojazd uniósł się i przeleciał tuż ponad moją głową, zmuszając mnie, bym przykucnęła. Miałam wrażenie, iż nie przypadłam im do gustu.
Powróciłam do płotu i kontynuowałam „przegląd”, myśląc jednocześnie o tym, że Hannah Jensen nie była damą. Nie powinna obrażać tych „Greenies” tylko dlatego, że byli głupcami. W końcu nawet czarne wdowy, hieny i wszy muszą robić coś, żeby żyć. Choć prawdę mówiąc nie wiem, po co.
Doszłam do wniosku, że mogłam to wszystko lepiej zaplanować. Szef nie byłby ze mnie dumny. Przecież za dnia w każdej chwili ktoś mógł zauważyć, jak przecinam siatkę. Lepiej znaleźć odpowiednie miejsce i wrócić tam o zmroku. Albo też spędzić noc opracowując plan numer dwa: przekroczenie granicy przez Roseau River.
Nie paliłam się zbytnio do tego projektu. Miałam jeszcze świeżo w pamięci przeprawę przez Missisipi. Woda w tutejszych rzekach jest znacznie chłodniejsza.
„Tak — pomyślałam. — Pod osłoną ciemności o wiele łatwiej będzie przeciąć siatkę i zniknąć po drugiej stronie. Tymczasem mogę znaleźć jakąś kępę zarośli, zaszyć się w niej i dopracować swój plan w szczegółach”.
Nagle jak spod ziemi wyrósł przede mną mężczyzna ubrany niemalże tak samo jak ja. Najwyraźniej był to jeszcze jeden pracownik brygady konserwacyjnej. Tyle tylko, że prawdziwy.
W takich sytuacjach najlepiej od razu przejść do ataku.
— A co t y, do diabła, tutaj robisz?
— Dokonuję przeglądu płotu, siostrzyczko. Swojego odcinka płotu. Powiedz lepiej, skąd ty się tu wzięłaś?
— Posłuchaj, koleś: nie jestem twoją siostrą, a ty pomyliłeś albo zmianę, albo miejsce, które miałeś sprawdzić. — Z niepokojem zauważyłam, że ma przy sobie walkie-talkie. Cóż, ja byłem w tym zawodzie dopiero od paru godzin. Musiałam się jeszcze wiele nauczyć.
— To tobie coś się pokręciło — odrzekł. — Według nowego harmonogramu zaczynam o świcie, a kończę w południe. Ty jesteś pewnie moim nowym zmiennikiem, tylko coś ci się pochrzaniło jak czytałaś rozkład. Lepiej będzie, jak sprawdzę. — Sięgnął po krótkofalówkę.
— Zrób to — powiedziałam, podchodząc jeszcze bliżej. Spojrzał na mnie i przez moment zawahał się.
— Chociaż właściwie, z drugiej strony…
Ja nie zawahałam się nawet przez sekundę. Nie zabijam nikogo z powodu różnicy zdań. Nie chciałabym też, by ktokolwiek czytając te wspomnienia pomyślał inaczej. Nawet go nie zraniłam. Można powiedzieć, iż sprawiłam, że dość nagle i niespodziewanie dla samego siebie zapadł w sen.
Używając sznurka znalezionego w jego własnej torbie związałam mu ręce i nogi. Gdybym miała pod ręką wystarczająco szeroki plaster, za kleiłabym mu jeszcze usta. Niestety, miałam tylko wąską taśmę izolacyjną. Zresztą, nawet gdyby zbyt szybko odzyskał przytomność i zaczął wołać o pomoc, najprawdopodobniej wystraszyłby tylko króliki i kojoty. Nie miałam czasu, by się o to martwić. Musiałam szybko przedostać się na drugą stronę płotu.
Skoro palnik jest dość dobry, aby naprawić siatkę, jest również dość dobry, aby ją przeciąć. Mój jeszcze bardziej nadawał się do tego celu. Kupiłam go w Fargo u owego specjalisty. Był to laser do cięcia stali, choć z zewnątrz przypominał zwykły, niewielki palnik acetylenowo-tlenowy. W parę minut wycięłam wystarczająco duży otwór. Właśnie schylałam głowę, by się przezeń przecisnąć…
— Hej, weź mnie ze sobą! — usłyszałam za plecami.
Tym razem zawahałam się. W jego głosie brzmiała obawa i prośba. Prawdę mówiąc ja również nie chciałabym być na jego miejscu, gdy znajdą go jacyś „Greenies”.
— Proszę, rozwiąż mnie!
Jedynie żona Lota mogła poszczycić się podobną głupotą. Wyciągnęłam nóż i przecięłam sznur na jego przegubach oraz kostkach. Dopiero wtedy wróciłam do wyciętego w siatce otworu. Gdy znalazłam się po drugiej stronie, natychmiast zaczęłam biec. Nie sprawdzałam, czy mój „kolega po fachu” zrobił to samo. Szczerze mówiąc niewiele mnie to obchodziło.
Mniej więcej kilometr na północ rosła jedna z rzadko tu spotykanych kępa drzew. Biegłam w jej stronę, bijąc wszelkie rekordy prędkości. Palnik, rękawice i torba zostały po tamtej stronie płotu, w Imperium, ciągle jednak miałam na sobie ten ciężki pas z narzędziami. Zrzuciłam go więc, nie zwalniając. Po chwili zrzuciłam również beret. W ten sposób Hannah Jensen odeszła w zapomnienie. Jedyną rzeczą, jaka po niej pozostała, był ów stary skórzany portfel wraz z zawartością. Postanowiłam, iż pozbędę się go natychmiast, gdy będę nieco mniej zajęta.
Minąwszy brzeg zarośli i upewniwszy się, iż są wystarczająco gęste, by nikt z zewnątrz nie mógł mnie dostrzec, przykucnęłam na ich skraju i spojrzałam w kierunku, z którego przybiegłam. Miałam nieprzyjemne uczucie, że ciągnę za sobą ogon.
Nie myliłam się.
Mój niedawny więzień był w połowie drogi pomiędzy drzewami a granicznym płotem. W jego stronę kierowały się dwa policyjne energobile. Ten, który znajdował się bliżej niego, miał na kadłubie wymalowany czerwony liść klonowy — godło Kanady Brytyjskiej. Drugi zwrócony był przodem do mnie, nie mogłam więc dostrzec jego oznakowania. Nie miałam jednak najmniejszej wątpliwości, jak ono wygląda — pojazd nadleciał z tamtej strony granicy.
Energobil policji kanadyjskiej wylądował zaledwie jakieś dziesięć metrów od uciekiniera, który najwyraźniej nie zamierzał stawiać oporu. Natychmiast oddał się w ręce „Mounties”. Postąpił bardzo rozsądnie. Energobil z Imperium wylądował w chwilę potem, co najmniej dwieście metrów w głąb terytorium Kanady Brytyjskiej. Wysiedli z niego dwaj agenci Policji Imperialnej — ci sami, którzy zatrzymali mnie dwie godziny temu.
Nie jestem specjalistką od prawa międzynarodowego. Wiem jednak na pewno, że wojny zaczynały się nieraz ze znacznie bardziej błahych powodów. Wstrzymałam oddech i starałam się usłyszeć tyle, ile to tylko było możliwe z tej odległości.
Bez trudu odgadłam, że pomiędzy policjantami również nie było prawników. Wymiana zdań była ostra, lecz z logiką niewiele miała wspólnego. „Greenies” żądali wydania uciekiniera zgodnie z porozumieniem o ściganiu przestępców, natomiast „Mounties” twierdzili, iż porozumienie to dotyczy jedynie zbrodniarzy schwytanych na gorącym uczynku, a jedyną „zbrodnią”, jaka została popełniona, było przedostanie się do Kanady Brytyjskiej z pominięciem odprawy celnej. Sprawa ta nie podlegała jurysdykcji Policji Imperialnej.
— Pakujcie się do swojego grata i wynoście się z brytkanadyjskiego terytorium.
Agent Policji Imperialnej odrzekł w sposób, który musiał zirytować Kanadyjczyków. Szef ich patrolu wrócił do pojazdu, zatrzasnął luk i powiedział przez megafon: — Jesteście aresztowani za naruszenie przestrzeni powietrznej Kanady Brytyjskiej i bezprawne wdarcie się na jej obszar. Wyjdźcie z rękoma podniesionymi do góry. W razie próby ucieczki otworzymy ogień.
Energobil „Greenies” natychmiast wystartował i po kilkunastu sekundach zniknął po stronie Imperium. Kanadyjczykom prawdopodobnie właśnie o to chodziło. Z niepokojem czekałam teraz, aż zaczną przetrząsać zarośla w poszukiwaniu drugiego zbiega.