Mój przypadkowy towarzysz nie okazał się niewdzięcznikiem. Z pewnością widział, jak biegnę w stronę drzew, najwyraźniej jednak zachował to dla siebie. „Mounties” nie mieli pojęcia o moim istnieniu; w przeciwnym wypadku natychmiast zaczęliby mnie szukać. Policję po obu stronach granicy musiało zaalarmować przecięcie drutów, nie miałam co do tego najmniejszych wątpliwości. Elektroniczne czujniki instalowane były chociażby po to, by szybko i dokładnie zlokalizować uszkodzenie. Dlatego właśnie tak bardzo się spieszyłam. Lecz ustalenie liczby zbiegów, którzy przedostali się przez wyrwę, było zupełnie oddzielnym problemem z dziedziny elektroniki. Nie twierdzę, że niemożliwym do rozwiązania; powiedziałabym raczej, że nie wartym zachodu.
Po jakimś czasie pojawiła się wezwana przez „Mounties” brygada konserwacyjna. Widziałam, jak znaleźli porzucony przeze mnie pas i oddali go policjantom. Niedługo potem od strony Imperium nadeszła taka sama brygada. Pokręcili się trochę przy naprawionym już płocie i zniknęli.
Sprawa tego pasa trochę mnie niepokoiła. O ile pamiętałam, mój były więzień nie miał swojego na sobie, gdy oddawał się w ręce policji kanadyjskiej. Doszłam do wniosku, że musiał go zdjąć, żeby przedostać się przez otwór, który nawet dla mnie nie był zbyt szeroki. On musiał więc mieć spore kłopoty z przeciśnięciem się na drugą stronę. Wszystko wskazywało jednak na to, iż nie było powodów do niepokoju. Najprawdopodobniej Kanadyjczycy znaleźli jeden pas po swojej stronie, a „Greenies” — również jeden po swojej. Ani jedni, ani drudzy nie mieli więc powodów, by podejrzewać, że był jeszcze jeden uciekinier. Przynajmniej tak długo, dopóki ten, którego złapano, zachowa milczenie.
Pomyślałam, że jak dotychczas nie mogłam mu nic zarzucić. A przecież ktoś, kto został „uśpiony” w tak niekonwencjonalny sposób, miał prawo poczuć się urażony.
Pozostałam w ukryciu aż do zmroku — trzynaście godzin, które ciągnęły się w nieskończoność. Nie chciałam, by zauważył mnie ktokolwiek, zanim nie dotrę do posiadłości Tormeyów. Nielegalni imigranci nie szukają zazwyczaj rozgłosu. Dawno temu, podczas odpowiedniego treningu nauczono mnie, jak poradzić sobie z głodem, pragnieniem i nudą. Wyruszyłam dopiero po zapadnięciu całkowitych ciemności. Znałam teren na tyle dokładnie, na ile mogłam go poznać z map. Dwa tygodnie temu w domu Janet przestudiowałam je bardzo uważnie. Problem, który stał przede mną, nie był więc ani złożony, ani też trudny: przejść około sto dziesięć kilometrów i dotrzeć na miejsce przed świtem, zanim zacznę zwracać na siebie uwagę.
Trasa również nie była skomplikowana. Musiałam jedynie odnaleźć drogę z Lancaster w Imperium do La Rochelle w Kanadzie Brytyjskiej. Ciągnęła się ona nieco na wschód i przebiegała między innymi przez przedmieścia Winnipeg. Tam należało skręcić na lewo, okrążyć miasto i odszukać drogę prowadzącą na południe, do portu, i dalej, do Stonewall. Do posiadłości Tormeyów było stamtąd tylko parę kroków.
Świtało już, gdy dostrzegłam w półmroku zarysy zewnętrznej bramy; pierwszej z trzech. Nigdy dotąd przyciśnięcie dzwonka nie sprawiło mi takiej przyjemności.
Niemalże natychmiast usłyszałam głos lana: — Mówi kapitan Tormey. Mój głos nagrany jest na reponderze. Dom jest obecnie pusty, lecz zabezpiecza go licencjonowany system alarmowy „Wilkołak” firmy Winnipeg Security Guards. Wybrałem właśnie tę firmę, gdyż chroniąc swoich klientów i ich majątek jest ona wręcz nadgorliwa. Proszę nie zostawiać żadnych wiadomości używając terminalu; nie będą one retransmitowane. Dostarczana będzie jedynie poczta. Dziękuję za uwagę.
Ja także ci dziękuję, lanie… i niech to wszystko szlag! Tym razem byłam już bliska płaczu. Wiedziałam, że nie miałam żadnych podstaw, by spodziewać się, iż zastanę w domu wszystkich. Nie dopuszczałam jednak do siebie myśli, że nie zastanę nikogo! Straciwszy rodzinę na Nowej Zelandii, nie wiedząc, gdzie szukać Szefa, nie wiedząc nawet, czy jeszcze żyje, naprawdę nie miałam już dokąd pójść. Podświadomie traktowałam dom Tormeyów jako swój własny „dom”, podświadomie myślałam o Janet jak o matce, której nigdy nie miałam.
Przypomniałam sobie farmę Hunterów. Żałowałam, że nie mogę się tam znaleźć, pod troskliwą opieką pani Hunter. Żałowałam, że nie mogę wrócić do Vicksburga i zamknąć się w hotelowym pokoju — tylko ja i Georges. Szczęście najwyraźniej opuściło mnie, odkąd zostawiłam go w górnym mieście.
Pogrążona w ponurych myślach nawet nie zauważyłam, jak zrobiło się niemalże zupełnie jasno. „Weź się w garść, Piętaszku — pomyślałam. — Niedługo wzejdzie słońce i na drogach zacznie się ruch, a ty jesteś nielegalną imigrantką z wrogo nastawionego kraju, nie mającą praktycznie grosza przy duszy. Nie możesz pozwolić, by ktoś cię zauważył lub co gorsza schwytał i przesłuchiwał”. Głodna, zmęczona i spragniona nie miałam zbyt wielkiego wyboru. Musiałam znowu ukryć się jak zwierzę. I to szybko, zanim zacznie się dzień.
Lasy nie są w pobliżu Winnipeg czymś powszednim. Pamiętałam jednak, że nie opodal domu — nieco na pomoc — zachowało się parę hektarów, które jakimś cudem uniknęły zębów piły. Ruszyłam więc w tamtym kierunku. Na szczęście ruch na drogach jeszcze się nie zaczął. Jedynym pojazdem, jaki zauważyłam, był wózek mleczarza.
Gdy tylko dojrzałam pierwsze drzewa, natychmiast zeszłam z drogi. Teren był tu bardzo nierówny, poprzecinany żlebami i płytkimi wąwozami. Wkrótce jednak dostrzegłam coś, co ucieszyło mnie chyba nawet bardziej niż obecność drzew. Dnem jednego z wąwozów płynął niewielki strumień. Był na tyle wąski, że mogłam stanąć nad nim okrakiem. Woda wydawała się czysta. Zresztą, nawet gdyby była skażona, nie przejęłabym się zbytnio tym faktem — z racji swojego „rodowodu” odporna byłam na większość infekcji. Ugasiwszy pragnienie poczułam się nieco lepiej; przynajmniej fizycznie.
Weszłam głębiej w zarośla, szukając miejsca, w którym mogłabym nie tylko się ukryć. Miałam za sobą już dwie nieprzespane noce i zaczęłam to dość dotkliwie odczuwać. Musiałam jednak mieć pewność, że podczas snu nie stratuje mnie drużyna skautów z pobliskiego Stonewall, bawiących się tu w podchody. Szukałam więc zarośli nie tyle gęstych, ile wręcz niedostępnych.
W końcu udało mi się odszukać odpowiednie miejsce. Z jednej strony osłonięte było wysokim i niemalże pionowym zboczem wąwozu, a z drugiej — gęstymi, ciernistymi krzakami.
Krzaki?
Zawróciłam. Sporej wielkości głaz leżący na ich skraju wyglądał tak, jakby przed tysiącami lat zostawił go tutaj potężny lodowiec, pokrywający wówczas prawie cały ten kraj. Lecz gdy przyjrzałam mu się z bliska, nie przypominał już tak bardzo odłamka skały. Upłynęło dobre dziesięć minut, nim udało mi się znaleźć jakiś punkt oparcia dla palców. Kiedy wreszcie uniosłam nieco kamień i przesunęłam go lekko w bok, równoważąc jego ciężar ciężarem własnego ciała, moim oczom ukazał się sporej wielkości otwór. Szybko skoczyłam do środka, pozwalając, by głaz opadł z powrotem na swoje miejsce.
Otoczyła mnie zupełna ciemność, rozpraszana jedynie przez świecące pomarańczowym światłem litery: WŁASNOŚĆ PRYWATNA. WSTĘP SUROWO WZBRONIONY.
Nie poruszyłam się ani o krok. Myślałam.
Janet powiedziała mi, że przełącznik rozbrajający wszystkie śmiertelne pułapki, w jakie wyposażono tunel, umieszczony został gdzieś w pobliżu wyjścia. Jak daleko oznaczać miało owo „gdzieś w pobliżu”? Pięć metrów? Dziesięć? A może jeden? I jak wyglądał ów przełącznik? Musiał być gdzieś blisko, musiał też być łatwo dostępny — to jasne. W tunelu — nie licząc złowieszczych liter — panowały przecież kompletne ciemności. Wyciągnij więc swoją kieszonkową latarkę, Piętaszku, i szukaj. Tylko nie odchodź stąd zbyt daleko.