Выбрать главу

Rzeczywiście — w torbie, która została na „Mary Lou”, miałam niewielką latarkę. Kto wie, może nawet przyświecała jeszcze rybkom na dnie Missisipi?

Przy sobie nie miałam nawet zapałek.

Czułam, że nerwy zaczynają odmawiać mi posłuszeństwa. Usiadłam na zimnej, betonowej posadzce, oparłam się plecami o ścianę i rozpłakałam się. Nawet nie zauważyłam, jak zmęczona tym płaczem zapadłam w sen.

Rozdział XX

Spałam długo. Gdy się obudziłam, podłoga była nadal zimna i twarda, lecz czułam się tak wypoczęta i rześka, że nie miałam jej tego za złe. Wstałam i otrzepując kolana zdałam sobie sprawę, iż nie czuję się już tak beznadziejnie. Byłam jedynie potwornie głodna.

Tunel był teraz dobrze oświetlony.

Jarzący się napis nadal ostrzegał mnie, bym nie próbowała iść dalej, lecz nie otaczały mnie już takie ciemności. Przeciwnie — wokół wydawało się być jasno, niczym w dobrze oświetlonym pokoju. Rozejrzałam się, szukając źródła światła.

Po chwili mój mózg zaczął pracować na normalnych obrotach. Jedynym źródłem światła był ów napis, jarzący się pod łukowatym sklepieniem. Moje oczy zdążyły przywyknąć do mroku, gdy spałam — oto dlaczego zdawało mi się, że teraz jest tu jaśniej. Normalni ludzie również doświadczają podobnego zjawiska, lecz prawdopodobnie w znacznie mniejszym stopniu.

Zaczęłam rozglądać się za przełącznikiem, lecz szybko zrozumiałam, że w ten sposób niczego nie znajdę. Należało się przede wszystkim zastanowić. Używanie mózgu bywa niekiedy znacznie trudniejszym zajęciem, niż posługiwanie się mięśniami, lecz ma dwie poważne zalety: jest cichsze i zużywa zdecydowanie mniej energii. Nawiasem mówiąc ta umiejętność jest jedną z niewielu rzeczy, którymi różnimy się od małp.

Gdzie zamontowałabym ów przełącznik, gdyby zależało to ode mnie? Z pewnością musiał on być ukryty wystarczająco dobrze, by nie znalazł go żaden intruz, lecz równocześnie pozostawać gdzieś w zasięgu ręki, by w razie konieczności właściciele mogli doń sięgnąć szybko i bez trudu.

Wnioski?

Nie był umieszczony zbyt wysoko — najwyżej na tyle, na ile pozwalał wzrost Janet. Obie byłyśmy tego samego wzrostu, więc przełącznik musiał być także w moim zasięgu. Tylko gdzie?

Napis ostrzegawczy umieszczono mniej więcej trzy metry od wejścia. Przełącznik nie mógł być o wiele dalej. Janet powiedziała mi, że drugie ostrzeżenie — to, które obiecywało śmierć — pojawiało się przed nieproszonym gościem „kilka metrów dalej”. „Kilka” oznacza z reguły mniej niż dziesięć.

Janet nie ukryłaby przełącznika na tyle skrupulatnie, by któryś z jej mężów, uciekając na przykład przed pogonią i nie mając zbyt wiele czasu na zastanawianie, musiał pamiętać dokładnie, gdzie on jest. Powinien mu wystarczyć jedynie bardzo prosty opis, gdzie się on znajduje. Z drugiej strony żaden intruz nie wiedzący o istnieniu takowego przełącznika nie miał prawa go zauważyć.

Ostrożnie, krok po kroku, posuwałam się do przodu, dopóki nie stanęłam pod napisem. Spojrzałam w górę. Blask jarzących się liter sprawiał, że wokół widoczne było dość dokładnie wszystko z wyjątkiem tego niewielkiego kawałka sklepienia tuż ponad nimi. Nawet ja, mając przecież nieprzeciętnie dobry wzrok, nie mogłam dostrzec sufitu.

Wyciągnęłam w górę obie ręce i dotknęłam chłodnych cegieł. Moje pace natrafiły na coś, co w dotyku przypominało przycisk. Zamknęłam oczy i nacisnęłam nań. Cisza. Powoli podniosłam powieki.

Nad moją głową nie jarzył się już złowrogi napis. Paliły się natomiast lampy na suficie, zalewając cały tunel powodzią światła.

Mrożona żywność i możliwość jej ugotowania, wielkie, włochate ręczniki oraz ciepła i zimna bieżąca woda, terminal, dzięki któremu miałam dostęp do bieżących wiadomości i ich skrótu z ubiegłych tygodni… książki i muzyka, gotówka zebrana w Norze, broń i amunicja, ciuchy wszelkiego typu i pokroju, które leżały na mnie tak samo dobrze jak na Janet, chrono na terminalu, dzięki któremu dowiedziałam się, że przespałam trzynaście godzin, nim nie obudziła mnie twardość betonowej posadzki, i wreszcie wygodne, miękkie łóżko, zachęcające do spędzenia w nim reszty nocy, gdy się wykąpię, zjem i zaspokoję głód wiadomości… poczucie pełnego bezpieczeństwa, pozwalające mi wreszcie odprężyć się i zapomnieć o napięciu, które przez ostatnie dwie doby tłumiło moje normalne potrzeby i odruchy — wszystko to czekało na mnie w domu Tormeyów.

Przeglądając skrót doniesień agencyjnych dowiedziałam się, że Kanada Brytyjska złagodziła rygory stanu wyjątkowego, wprowadzając „ograniczony stan wyjątkowy”. Granica z Imperium pozostawała zamknięta. Granica z Quebec była nadal ściśle kontrolowana, lecz wizy wydawano w każdym uzasadnionym przypadku. Kwestią sporną pomiędzy tymi dwoma krajami była wysokość reparacji, jakie Quebec wypłacić miał za coś, co obie strony uznały za „atak militarny przeprowadzony z powodu błędu w ocenie, popełnionego przez Naczelne Dowództwo Sił Zbrojnych Quebec”. Nadal co prawda obowiązywało prawo o internowaniu, lecz ponad dziewięćdziesiąt procent Quebekczyków internowanych w Kanadzie zostało zwolnionych pod warunkiem natychmiastowego opuszczenia terytorium kanadyjskiego. Co zaś tyczy się internowanych obywateli Imperium Chicago, jak dotychczas zwolniono ich… dwadzieścia procent. Wszystko wskazywało więc na to, że nadal musiałam się ukrywać. Bez wątpienia byłam tu ciągle persona non grata.

Najwyraźniej jednak nic nie stało na przeszkodzie, by Georges mógł wrócić do domu, kiedy tylko zechce.

Rada Ocalenia przyrzekła następną falę „pouczających” zamachów, mającą jak zwykle nastąpić dziesięć dni po poprzedniej, z możliwością przyspieszenia lub opóźnienia tego terminu w granicach dwóch dni. Liga Stymulatorów odezwała się dzień później z podobnym oświadczeniem, w którym oczywiście ponownie uznano „tak zwaną Radę Ocalenia” za zbrodniarzy i złodziei pozbawionych czci i wiary, a ponadto wyobraźni. Aniołowie Pana nie pojawili się już z żadnym wystąpieniem, w każdym razie nie w Brytkanadyjskiej Sieci Informacyjnej.

Ponownie zaczęłam snuć domysły, ale jedynie domysły. Wnioski byłyby raczej łatwe do podważenia. Liga Stymulatorów nie wyglądała na nic więcej, jak drewniany straszak — gęby pełne mieli frazesów, lecz najwyraźniej nic poza tym. Aniołowie Pana albo już nie istnieli, albo byli w głębokim odwrocie. Rada Ocalenia miała największe inklinacje do robienia z siebie pośmiewiska. Z uporem godnym lepszej sprawy przyznawała się do wszystkich zamachów, mimo iż większość z nich była żałosnymi, nieudolnymi próbami. Wszystko to jednak były jedynie przypuszczenia, które po trzeciej fali terroru mogły rozwiać się jak dym, gdyby okazała się ona przeprowadzona profesjonalnie i skutecznie. Nie sądziłam, by tak miało się stać, lecz przecież mogłam się mylić.

Nadal nie przychodziło mi do głowy, kto mógł stać za wszystkimi tymi idiotycznymi zamachami. Z pewnością żaden z niepodległych stanów. Niewykluczone, iż krył się za tym któryś z ponadnarodowych koncernów lub jakieś konsorcjum, chociaż nie widziałam w tym żadnego sensu. Możliwe również, że był to pomysł jednego lub kilku niesłychanie bogatych indywiduów… jeśli postradali oni rozum.

Próbowałam również doszukać się jakichś informacji o tym, co wydarzyło się na rzece. Podałam komputerowi hasła „Imperium”, „Missisipi River” oraz „Vicksburg” — najpierw osobno, potem parami, i wreszcie wszystkie razem. Żadnych reakcji. Wprowadziłam nazwy obu zatopionych statków. Nadal nic. Najwyraźniej komuś zależało, aby to, co przydarzyło się kilku setkom najemników i co miało stać się również moim udziałem, zostało przemilczane lub utrzymane w tajemnicy. A może uznano to za mało istotne?