Выбрать главу

Zanim opuściłam Norę, zostawiłam Janet kartkę, na której napisałam, jakie ubrania zabrałam ze sobą i ile wzięłam gotówki. Dodałam też to, czym obciążyłam jej rachunek, posługując się jej kartą kredytową: bilet z Winnipeg do Vancouver i z Vancouver do Bellingham. Nie mogłam sobie przypomnieć, kto płacił za podróż do San Jose, ja czy Georges. Wszystkie moje rachunki leżały gdzieś na dnie Missisipi.

Zabrawszy wystarczającą ilość gotówki, by móc bez przeszkód wydostać się z Kanady Brytyjskiej (taką przynajmniej miałam nadzieję), kusiło mnie, by zostawić Janet jej kartę kredytową razem z tym krótkim listem, który do niej napisałam. Lecz karta kredytowa to bardzo podstępna rzecz. Z pozoru niby bezwartościowy kawałek plastiku… lecz można go zamienić na sztabki złota. Janet powierzyła mi kartę na tak długo, dopóki nie będę miała okazji osobiście oddać ją właścicielce. Nie było więc nad czym się zastanawiać — wsunęłam kartę do kieszeni. Tak było uczciwie.

Karta kredytowa jest jak obroża na szyi. W świecie kart kredytowych nie ma miejsca na prywatność… lub w najlepszym przypadku trzeba jej bronić, wkładając w to maksimum wysiłku i sprytu. A poza tym, czy kiedykolwiek wiadomo, co robi komputerowa sieć, gdy wsuwa się ten kawałek plastiku w szczelinę czytnika? Ja nie wiem, dlatego czuję się znacznie pewniej, używając gotówki. Nigdy jeszcze nie słyszałam o kimś, komu udałoby się wyperswadować cokolwiek komputerowi.

Dla mnie karty kredytowe są prawdziwym przekleństwem. Nie jestem jednak normalnym człowiekiem, być może więc brakuje mi ludzkiego punktu widzenia na tę (i na wiele innych) sprawę.

Wyruszyłam następnego ranka, ubrana w prześliczny trzyczęściowy kostium. Byłam przekonana, że Janet wyglądała w nim cudownie, sądziłam więc, iż ja również tak wyglądam, choć rzeczywistość w lustrze przedstawiała się zupełnie odmiennie. Zamierzałam wynająć jakiś powóz gdzieś w pobliżu Stonewall. Okazało się, że mam do wyboru konny autobus lub energobil Brytkanadyjskich Linii Kolejowych. Jednym i drugim mogłam dojechać do dworca, na którym razem z Georgesem zaczynaliśmy nasz „miodowy miesiąc”. Bardzo lubię pojazdy konne, tym jednak razem wolałam wybrać szybszy środek lokomocji.

Fakt, że udało mi się dostać do miasta, nie oznaczał bynajmniej, że będę mogła bez przeszkód odebrać swój bagaż, leżący prawdopodobnie nadal w przechowalni tranzytowej portu Winnipeg. Czy możliwe było jego odebranie tak, bym nie została zidentyfikowana i zatrzymana jako cudzoziemka, obywatelka Imperium Chicago? Nie sądziłam. Zdecydowałam więc, iż upomnę się o swoją własność, gdy będę już poza granicami Kanady Brytyjskiej. Ponadto torby te spakowane były jeszcze na Nowej Zelandii. Skoro potrafiłam obejść się bez ich zawartości dotychczas, mogłam też dać sobie bez nich radę jeszcze przez dzień lub dwa. Iluż to ludzi straciło już życie jedynie dlatego, że nie chcieli rozstać się ze swoim bagażem?

Czasami wydaje mi się, że mam własnego, prawdziwego anioła stróża, który siedzi na moim lewym ramieniu. Tylko że on najczęściej śpi. Zaledwie przed kilkoma tygodniami oboje z Georgesem podeszliśmy prosto do barierek, włożyliśmy kartę kredytową Janet do czytnika i bez przeszkód dotarliśmy do Vancouver. Tym razem, chociaż do kapsuły wsiadali już pasażerowie, skierowano mnie po bilet do kas Brytkanadyjskiego Biura Obsługi Ruchu Turystycznego. Na szczęście we wnętrzu panował spory tłok, więc nie było niebezpieczeństwa, że jakiś urzędas będzie mi patrzył na ręce. Na wszelki wypadek zaczekałam, aż zwolni się konsola w rogu. Usiadłam przy niej, wystukałam numer kapsuły do Vancouver i wsunęłam kartę w szczelinę czytnika.

Tego dnia mój anioł stróż najwyraźniej czuwał. Błyskawicznie wyszarpnęłam kartę z powrotem i równie szybko schowałam ją w kieszeni, mając jednocześnie nadzieję, że nikt nie poczuł swądu palonego plastiku. Wychodząc starałam się nie rozglądać na boki.

Bileter przy bramce zajęty był właśnie przeglądaniem sportowego wydania „Winnipeg Free Press”. Gdy poprosiłam go o bilet, opuścił nieco gazetę i spojrzał na mnie. Nic nie wskazywało na to, bym wzbudziła w nim sympatię.

— Dlaczego nie użyje pani karty kredytowej jak wszyscy inni? — burknął.

— Ma pan bilety na sprzedaż? Czy może gotówka nie jest w tym kraju legalnym środkiem płatniczym?

— Nie o to chodzi…

— Mnie chodzi właśnie o to. Proszę mi sprzedać bilet. I niech mi pan poda swoje nazwisko oraz numer służbowy. Zamierzam powiadomić o tym incydencie pańskiego szefa. — Wręczyłam mu dokładnie wyliczone pieniądze.

— O co tyle krzyku? Chce pani bilet? Proszę, oto on — udawał, że nie dosłyszał mojego żądania. Ja również chętnie zapomniałam o jego uchybieniu wobec regulaminu. Chodziło mi jedynie o to, by odwrócić jego uwagę od rzucającego się w oczy dziwactwa, jakim niewątpliwie było posługiwanie się gotówką zamiast karty kredytowej.

Wewnątrz kapsuły również panował tłok, lecz tym razem nie musiałam stać. Jakiś galant, który przypętał się tu najwidoczniej z ubiegłego stulecia, podniósł się i ustąpił mi miejsca. Był młody i nawet przystojny. Szybko zorientowałam się, że jego uprzejmość nie była tak zupełnie bezinteresowna. Po prostu zaliczył mnie do kobiet w swoim typie.

Przyjęłam jego grzeczność z uśmiechem i usiadłam, a on stał nade mną. Robiłam więc, co mogłam, by jakoś mu się zrewanżować, pochylając się lekko do przodu i pozwalając mu zerkać w mój dekolt. Gość wydawał się być usatysfakcjonowany — gapił się tam przez całą drogę. Mnie nic to nie kosztowało i nie sprawiało kłopotu. Doceniałam zarówno jego zainteresowanie, jak i fakt, że dzięki niemu jechałam wygodnie. W końcu sześćdziesiąt minut na stojąco w rozkołysanej kapsule ekspresowej to bardzo długo.

Gdy dojeżdżaliśmy do Vancouver, zapytał mnie, czy mam jakieś plany co do lunchu. Bo jeśli nie, to znał świetną restaurację — Bayshore Inn. Albo jeśli lubię kuchnię japońską lub chińską…

Przerwałam mu delikatnie mówiąc, że przykro mi, lecz muszę być w Bellingham jeszcze przed południem. Zamiast obrazić się lub zmartwić, zawołał z entuzjazmem: — To świetnie! Ja też jadę do Bellingham. Myślałem jednak, że zatrzymam się tu i zjem lunch. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, bym zjadł go w pani towarzystwie w Bellingham. Umowa stoi?

Czy jest coś w przepisach prawa międzynarodowego o przekraczaniu granicy w celach niemoralnych? I czy owa prosta, choć raczej niedwuznaczna propozycja tego młodego człowieka mogła być uznana za „niemoralną”? Sztuczna istota ludzka nigdy nie pojmie kodu, jakim w sprawach dotyczących seksu posługują się normalni ludzie. Pozostaje jedynie nauczyć się go na pamięć i starać się unikać pomyłek. Nie jest to jednak łatwe — kod seksualny normalnych ludzi jest zawiły niczym spagetti na talerzu.

Moje próby delikatnej i grzecznej odmowy pozostały bez echa. Musiałam więc decydować szybko: odmówić w sposób bardziej szorstki i stanowczy albo przyjąć zaproszenie. W myślach zbeształam samą siebie: „Piętaszku, jesteś już dużą dziewczynką i wiesz dobrze, co powinnaś zrobić. Jeśli zamierzałaś pozbawić go jakiejkolwiek nadziei pójścia z tobą do łóżka, trzeba było pomyśleć o tym wcześniej, gdy ustępował ci miejsca”.

— Zgoda — powiedziałam — pod warunkiem jednak, że to ja zapłacę rachunek, i to bez dyskusji.

Była to z mojej strony dość nieczysta zagrywka. Oboje wiedzieliśmy, że jeśli on pozwoli mi zapłacić za lunch, będziemy kwita, a poświęcenie, na jakie zdobył się, stojąc przez godzinę i walcząc z raz po raz przechylającą się kapsułą, pójdzie na marne. Etykieta nie pozwalała mu oczekiwać, bym się za owo poświęcenie odwdzięczyła. Dżentelmeni są zazwyczaj bezinteresowni.