— Marjorie?!
— Tak — potwierdziłam — to ja. Jak się masz?
— Czego chcesz? — usłyszałam w odpowiedzi.
— Proszę cię, Brianie — odrzekłam. — Ostatecznie byliśmy małżeństwem przez siedem lat. Możemy chyba zwracać się do siebie nieco grzeczniej?
— Wybacz. Czym mogę ci służyć?
— Przepraszam, że przerywam ci pracę, lecz terminal domowy jest podobno wyłączony z sieci. Jak zapewne wiesz, odcięte zostały wszystkie połączenia z Imperium Chicago. Stan wyjątkowy i te zamachy zwane przez komentatorów Czerwonym Czwartkiem. Z tego właśnie powodu jestem teraz w Kalifornii. Nie udało mi się dotrzeć do swojego mieszkania w Imperium. Czy nikt nie zostawił w Christchurch jakiejś wiadomości dla mnie? A może przyszły jakieś listy?
— Przykro mi, lecz nie. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
— Zupełnie nic…?
— Zaczekaj, niech pomyślę. Mogło przyjść coś w związku z tymi pieniędzmi, które podjęłaś… Ale nie; wzięłaś przecież czek ze sobą.
— O jakich pieniądzach mówisz?
— O tych, których zwrotu zażądałaś, grożąc wywołaniem skandalu. Trochę ponad siedemdziesiąt tysięcy dolarów nowozelandzkich. Wiesz, Marjie, jestem naprawdę zaskoczony, że masz jeszcze czelność pokazywać swoją twarz… po tym, jak twoje złe prowadzenie się, twoje kłamstwa, matactwa, zimne wyrachowanie i chciwość zniszczyły naszą rodzinę.
— Brian, o czym ty mówisz?! Nikogo nie okłamałam, nie sądzę też, bym się źle prowadziła, a już z pewnością nie odebrałam rodzinie ani grosza. Nawet z własnych pieniędzy. „Zniszczyłaś rodzinę”? Jak?! Zostałam przez was brutalnie wykopana, nie dano mi nawet czasu na spakowanie własnych rzeczy. Jeśli ktoś zniszczył rodzinę, na pewno nie byłam to ja. Możesz mi wytłumaczyć, o co ci właściwie chodzi?
Brian wytłumaczył mi; drobiazgowo i ponurym głosem. Moje złe prowadzenie się miało polegać oczywiście na kłamaniu. Brian upierał się przy absurdalnym twierdzeniu, że jestem żywym artefaktem, a nie człowiekiem, i że tym samym zmusiłam rodzinę do zażądania rozwodu. Próbowałam przypomnieć mu, iż udowodniłam jedynie, że jestem genetycznie udoskonalona, lecz pominął ten fakt milczeniem. A co do pieniędzy, znowu kłamałam — na własne oczy widział pokwitowanie z moim podpisem.
Przerwałam mu, twierdząc, iż każdy podpis, który przypominał mój na każdym takim dokumencie, musiał zostać podrobiony, gdyż ja nie dostałam nawet dolara.
— Oskarżasz Anitę o fałszerstwo? To już nie tylko kłamstwo. To zuchwałe oszczerstwo.
— Nie oskarżam Anity o nic. Twierdzę jedynie, że nie otrzymałam od rodziny żadnych pieniędzy.
Oskarżałam Anitę i oboje doskonale o tym wiedzieliśmy. Nie byłam już nawet przekonana, czy to samo nie dotyczyło Briana. Przypomniałam sobie, jak kiedyś Vickie powiedziała, że Anitę jest w stanie podniecić jedynie duże dodatnie saldo na koncie… a ja rozkazałam jej wówczas, by powściągnęła swój zjadliwy język. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że inni również robili aluzje na temat chłodu i obojętności, jaką Anita okazywała w łóżku. Było to coś, co nie mieściło się w wyobraźni SIL-a. Teraz, z perspektywy czasu, wydało mi się nagle niemal pewne, iż jedyną jej pasją była rodzina, a raczej jej finansowe sukcesy, jej społeczny prestiż i siła.
Skoro tak, musi mnie teraz bardzo nienawidzieć. Nie ja rozbiłam rodzinną grupę Davisona, lecz usunięcie mnie z niej wydawało się być początkiem jej końca. Prawie natychmiast po moim „wyjeździe” dom opuściła również Vickie. Pojechała do Nuku’alofa, wynajęła prawnika i poleciła mu wnieść pozew o rozwód oraz wszcząć postępowanie majątkowe. Kilka dni potem wyjechali też Douglas i Lispeth. Podjęli takie same kroki prawne, co Vickie.
Miałam jednak mały powód, by odczuwać satysfakcję. Od Briana dowiedziałam się, że głosowanie na Radzie Rodziny nie skończyło się wynikiem sześć do zera przeciwko mnie, jak twierdziła Anita. W rzeczywistości było to siedem do zera. Czy to powód do radości? Owszem, gdyż tuż przed ową Radą Anita zmieniła zasady głosowania — miało być ono jawne i dwustopniowe. Najważniejsi posiadacze udziałów; Brian, Bertie i Anita głosowali pierwsi, oddając wszystkie swoje siedem głosów przeciwko mnie. To w zupełności wystarczało, by mnie wypędzić, więc Doug, Vickie oraz Lispeth wstrzymali się od głosowania.
Lecz nawet jeśli był to powód do zadowolenia, to raczej nikły. Nikt nie przeciwstawił się Anicie, nie próbował jej powstrzymać. Nikt nawet nie starał się ostrzec mnie, co się święci. Owszem, powstrzymali się… po czym stojąc z boku pozwolili bez szemrania wykonać wyrok.
Spytałam Briana o dzieci. Odpowiedział mi obcesowym tonem i bez żadnych ogródek, że to nie moja sprawa. Potem stwierdził, iż jest niestety (?!) bardzo zajęty i musi kończyć. Poprosiłam go, by odpowiedział mi jeszcze tylko na jedno pytanie: co zrobiono z kotami?
Przez moment wyglądał, jakby za chwilę miał eksplodować.
— Marjorie, ty chyba zupełnie pozbawiona jesteś serca. Twoje postępowanie stało się przyczyną prawdziwej tragedii, przyniosło tyle bólu, a ty pytasz mnie o coś tak trywialnego jak koty?
Starałam się powściągnąć swój gniew.
— Tak, Brianie; to właśnie interesuje mnie najbardziej. Czy możesz mi odpowiedzieć?
— O ile się nie mylę, zostały oddane do schroniska dla zwierząt albo przekazane do laboratorium Akademii Medycznej. A teraz żegnam. I proszę, nie dzwoń więcej.
Akademia Medyczna. Mister Underfoot przywiązany do laboratoryjnego stołu, cięty skalpelem na kawałki przez jakiegoś studenta. Nigdy nie zamierzałam protestować przeciwko wykorzystywaniu zwierząt do celów doświadczalnych. Lecz jeśli już jest to konieczne, to drogi Boże, jeśli gdzieś jesteś, nie pozwól, by robiono to ze zwierzętami, które nauczono ufać ludziom.
Schronisko dla zwierząt lub laboratorium Akademii Medycznej. Mister Underfoot i małe kocięta były już niemalże z pewnością martwe. Niemniej jednak gdyby latały SBS-y, zaryzykowałabym podróż z powrotem do Kanady Brytyjskiej, by złapać najbliższy lot na Nową Zelandię, choć nie było praktycznie żadnej nadziei, by uratować jedynych moich prawdziwych przyjaciół z Christchurch. Bez nowoczesnej komunikacji Auckland i Christchurch były bardzo daleko, dalej nawet niż Luna City.
Starałam się przestać myśleć o tym, czego nie mogłam już zmienić, jednak cały czas miałam wrażenie, jakby Mister Underfoot ocierał się o moje nogi.
Przy terminalu migała czerwona lampka. Spojrzałam na chrono. Minęły już prawie dwie godziny, odkąd tu weszłam. Czerwone światełko mogło oznaczać tylko jedno: na dole czekał już Trevor.
Weź się w garść, Piętaszku. Umyj twarz zimną wodą, zejdź na dół i pozwól, by cię przekonał. Albo jeszcze lepiej — powiedz mu, żeby przyszedł od razu na górę, zabierz go prosto do łóżka i wypłacz się na jego ramieniu. To prawda — nie czujesz w tej chwili pożądania, ale pozwól, by wziął cię w ramiona mężczyzna, a szybko je poczujesz; dobrze o tym wiesz. Łzy kobiety działają na większość mężczyzn lepiej niż najlepszy afrodyzjak. Nie raz już mogłaś się o tym przekonać (Kryptosadyzm? Masochizm? Wszystko jedno — ważne, że to działa).
Zaproś go. Zamów butelkę likieru. Może nawet umaluj się. Zrób coś, by wyglądać trochę bardziej seksownie. Zresztą, do diabła z makijażem! Zabierz go po prostu do łóżka i spraw, by poczuł się świetnie. Postaraj się.
Przywołałam na twarz uśmiech i włączyłam ekran terminalu.
I przekonałam się, że mówi do mnie komputer hotelowej recepcji.