— Przyniesiono dla pani kosz kwiatów. Czy wysłać go na gorę?
— Naturalnie! — Bez względu na to, od kogo, kosz kwiatów jest zawsze lepszy niż mokra ryba na goły brzuch.
Po chwili odezwał się brzęczyk transportera w salonie. Podeszłam tam i wyjęłam olbrzymi kosz z kwiatami.
Purpurowo-czerwone róże! Postanowiłam, że będę dla Trevora lepsza niż Kleopatra za swoich najlepszych dni — a raczej nocy.
Przez moment podziwiałam cudowny kolor i zapach kwiatów. Nic dziwnego, że nie zauważyłam koperty od razu. Otwierając ją sądziłam, że znajdę w środku kartkę z prośbą, by zadzwonić do sali klubowej lub coś w tym rodzaju.
Wewnątrz było coś więcej niż kartka. Był list.
Droga Marjorie.
Mam nadzieję, że przyjmiesz te róże choć w części z taką radością, z jaką chciałby zostać przyjęty ten, który ci je przysyła.
Chciałby?! Co jest, do licha ciężkiego?
Muszę przyznać, że stchórzyłem i uciekłem — po raz pierwszy w życiu. Stało się coś, co sprawiło, że postanowiłem nie narzucać ci swojego towarzystwa.
Okłamałem cię — nie jestem żonaty. Nie wiem nawet, kim jest ta śliczna kobieta. Jej fotografia jest tylko rekwizytem. Jak zauważyłaś, tacy jak ja nie są uważani za odpowiednich do małżeństwa. Jestem sztuczną istotą ludzką, moja pani. „Moją matką była probówka, moim ojcem skalpel był”. Nie powinienem więc przystawiać się do ludzkich kobiet. Uchodzę za człowieka — owszem — lecz znam siebie. Chciałbym bycz tobą, lecz nie potrafiłbym, nie powiedziawszy prawdy. Musiałbym to zrobić, wcześniej czy później — należę niestety do tych niepoprawnych i naiwnych, co to za wszelką cenę usiłują być uczciwi wobec samych siebie.
Wolałem więc przyznać się teraz, niż zranić cię później.
Moje nazwisko nie brzmi oczywiście Andrews. Tacy jak ja nie mają nazwisk. I nic na to nie poradzę, że chciałbym, byś sama była SIL-em. Jesteś naprawdę przemiła (tak samo, jak szalenie seksowna), a twoja skłonność do plecenia bredni na temat takich spraw jak SIL-e, o których nic nie wiesz i niczego nie rozumiesz, nie jest prawdopodobnie twoją winą. Przypominasz mi małą suczkę teriera, którą kiedyś miałem. Była to prawdziwa psia piękność, a przy tym bystra i bardzo do mnie przywiązana. Lecz gotowa była walczyć sama z całym światem, jeśli tylko taki mieliśmy program dnia. Przyznaję, że psy i koty lubię bardziej niż większość ludzi; one przynajmniej nie starają się na każdym kroku wmawiać mi, że nie jestem człowiekiem.
Mam nadzieję, że te róże sprawią ci przyjemność Trevor Otarłam oczy, wytarłam nos i pędem zbiegłam na dół. Jak burza przeleciałam przez salę klubową i bar. Nigdzie go nie było. Zbiegłam jeden poziom niżej — na dworzec. Zatrzymałam się dopiero przy barierkach. Stałam tam i przyglądałam się odprawianym kapsułom. Stałam i czekałam, czekałam, czekałam… Wreszcie stojący w pobliżu policjant zaczął mi się bacznie przyglądać, aż w końcu podszedł i spytał, co się stało i czy nie potrzebuję pomocy.
Powiedziałam mu prawdę, a przynajmniej jej część, więc pozwolił mi zostać. Ciągle czekałam, a on nie spuszczał ze mnie wzroku. Gdy podszedł po raz drugi, powiedział: — Posłuchaj, stojąc tu ciągle i traktując to miejsce jak własny rewir, zmuszasz mnie, bym poprosił cię o licencję i kartę zdrowia, a potem zabrał na komisariat, jeśli stwierdzę, że z jedną lub drugą coś jest nie tak. Wolałbym tego nie robić, mam córkę mniej więcej w twoim wieku i chciałbym wierzyć, że nie czepia się jej żaden glina. Tak czy owak, nie powinnaś robić w tym fachu. Każdy, kto popatrzy na twoją twarz, zorientuje się, że nie masz zbyt wielkiej wprawy.
Zastanawiałam się czy nie pokazać mu swojej „złotej” karty kredytowej. Wątpiłam, by było wiele dziwek mogących pochwalić się czymś takim. Jednak ten starszy człowiek rzeczywiście sądził, że robi coś dla mojego dobra, a ja zdążyłam upokorzyć już dość ludzi jak na jeden dzień. Podziękowałam mu i wróciłam do swojego pokoju.
I pomyśleć, że większość ludzi jest święcie przekonana, iż potrafią bez trudu odróżnić SIL-a! Co za brednie! Nawet my sami nie potrafimy dostrzec i rozpoznać siebie nawzajem. Trevor był jedynym mężczyzną, za którego mogłabym wyjść z absolutnie czystym sumieniem. A ja po prostu poniżyłam go i wygnałam.
Dlaczego, do diabła, musiał być taki wrażliwy?!
Ale kto tu jest zbyt wrażliwy? To ty, Piętaszku.
Wszystko przez to, że większość tak zwanych „normalnych” ludzi gardzi istotami takimi, jak Trevor i ja. Pies, który jest wystarczająco często kopany, albo jeży sierść i szczerzy kły, albo ucieka przed tym, kto go kopie. Wystarczy popatrzeć na moją cudowną, nowozelandzką rodzinkę. Anita z pewnością czuła się usprawiedliwiona, oszukując mnie — nie jestem przecież człowiekiem.
Punktacja na dziś — Ludzie: 9, Piętaszek: 0.
Gdzie jest Janet?!
Rozdział XXI
Stałam na aukcyjnym podium, czekając, aż ktoś mnie kupi. Obudziłam się dopiero wtedy, gdy któryś z uczestników licytacji postanowił sprawdzić moje uzębienie, ja go ugryzłam, a dozorca zaznajomił mnie ze smakiem bykowca. Hilton w Bellingham wydał mi się przedsionkiem raju.
Zamówiłam rozmowę, którą powinnam była zamówić jako pierwszą. Oczywiście pozostałe i tak musiałyby się odbyć, ta natomiast była dość droga i mogła okazać się niekonieczna, gdyby któraś z poprzednich przyniosła oczekiwany rezultat. Poza tym połączenia z Księżycem zawsze mnie irytowały. Nigdy chyba nie przyzwyczaję się do opóźnienia czasowego w przesyłaniu impulsów radiowych.
Połączyłam się więc z Towarzystwem Akceptacyjnym Ceres i Afryki Południowej — bankiem Szefa, a ściślej mówiąc jednym z jego banków. Tym, który dbał o moje konto i regulował moje rachunki.
Musiałam czekać dość długo, nim na ekranie pojawiła się wreszcie ludzka postać. Było to śliczne stworzenie płci żeńskiej, które najwyraźniej — takie odniosłam wówczas wrażenie — zatrudnione zostało przede wszystkim po to, aby stanowić element dekoracji wnętrza sekretariatu. Poprosiłam ją, by połączyła mnie z jednym z kierowników TAC & AP.
— Rozmawia pani właśnie z jednym z jego wiceprezesów — odrzekła. — Udało się pani przekonać komputer, by połączył panią z kimś na odpowiedzialnym stanowisku. To niełatwa sztuka; komputer jest raczej nieustępliwy. Czym mogę służyć?
Opowiedziałam jej część mojej nieprawdopodobnej historii.
— Dostanie się do Imperium zajęło mi więc kilka tygodni, a gdy się tam wreszcie znalazłam, wszystkie kody, które dotychczas znałam, były już nieważne. Czy ktoś nie przekazał bankowi nowych — aktualnych kodów albo jakiegoś adresu, pod którym mogłabym skontaktować się z moim pracodawcą?
— Zaraz się przekonamy. Jak brzmi nazwa kompanii, dla której pani pracuje?
— Och, znana jest pod kilkoma nazwami. Najczęściej używana to System Enterprises.
— Nazwisko pani pracodawcy?
— Kiedy widzi pani, on nie ma nazwiska. Jest to starszy pan z przepaską na oku, nieco kaleki. Prawdę mówiąc z trudem porusza się o kulach. Czy to coś pani mówi?
— Jeszcze nie wiem. O ile mnie pamięć nie myli, mówiła pani, że posługuje się pani kartą kredytową MasterCard sygnowaną przez Bank Imperialny w Saint Louis. Niech pani wolno i wyraźnie przeczyta mi numer tej karty.
Zrobiłam, o co mnie prosiła.
— Chce ją pani sfotografować?
— Nie, to nie będzie konieczne. Proszę teraz podawać mi daty — Tysiąc sześćdziesiąty szósty.
— Tysiąc czterysta dziewięćdziesiąty drugi — odrzekła.
— Czterotysięczny czwarty p.n.e.