— Tysiąc siedemset siedemdziesiąty szósty — zgodziła się.
— Dwutysięczny dwunasty — podałam ostatnią.
— Ma pani dość specyficzne poczucie humoru, Miss Baldwin. W porządku, wygląda na to, że jest pani tą osobą, za którą chce pani uchodzić. Lecz jeśli nie, gotowa jestem postawić sporą sumkę, że nie przejdzie pani przez następną procedurę identyfikacyjną. Pan Dwie Kule ma opinię człowieka, który bardzo nie lubi nieproszonych gości. Proszę zanotować kod, który pani podam, a potem odczytać mi go ponownie.
Postąpiłam zgodnie z jej instrukcją.
Godzinę później szłam już wzdłuż frontu Pałacu Konfederacji w San Jose, kierując się w stronę California Commercial Credit Building. Tym razem postanowiłam twardo, że nie będę wdawać się w żadną rozróbę, bez względu na to, kto i na kogo chciałby dokonać zamachu.
Miałam wyznaczone spotkanie w CCC Building, na szczęście jednak nie w biurach MasterCard, lecz w firmie prawniczej na innym piętrze. Tej, do której zadzwoniłam z Bellingham, otrzymawszy jej kod z Luna City. Zbliżałam się właśnie do narożnika budynku, kiedy tuż obok mnie odezwał się głos: — Panno Piętaszek.
Znałam ten głos.
Szybko rozejrzałam się wokół. Kobieta w uniformie Yellow Cab. Przyjrzałam się uważniej.
— Złociutka!
— Pani wzywała taksówkę? Musimy przejść na drugą stronę National Piazza. Tu nie wolno się zatrzymywać.
Ruszyłyśmy przez plac. Zaczęłam trajkotać, nie posiadając się ze szczęścia, lecz Złociutka przyhamowała ten wybuch entuzjazmu.
— Proszę, niech się pani zachowuje jak normalny pasażer taksówki. Mistrz chciał, byśmy nie zwracały na siebie uwagi.
— Od kiedy to zwracasz się do mnie per „pani”.
— Tak jest lepiej. Teraz obowiązuje bardzo ścisła dyscyplina. To, żebym akurat ja wyszła pani na spotkanie, wymagało specjalnej zgody. Nigdy by mi na to nie pozwolono, gdybym nie zauważyła, że jestem jedną z niewielu osób mogących panią bezbłędnie zidentyfikować, nie przyciągając przy tym niepotrzebnie uwagi.
— W porządku, ale teraz już chyba nie ma potrzeby, byś zwracała się do mnie tak oficjalnie. Złociutka, tak się cieszę, widząc cię znowu, że mogłabym się rozpłakać.
— Ja również się cieszę. Tym bardziej, że zaledwie w poniedziałek doszły nas wieści, iż nie żyjesz.
— Nie żyję? Ja? Nie miałam nawet kataru! Niby z jakiej racji miałabym nie żyć? Po prostu zgubiłam się. I odnalazłam.
— To dobrze.
Dziesięć minut później zostałam wprowadzona do gabinetu Szefa.
— Piętaszek melduje się, sir!
— Jesteś spóźniona.
— Byłam na wycieczce krajoznawczej. Parowcem jak z powieści Twaina w górę Missisipi. Program był niezwykle atrakcyjny. Można by nawet rzec: bombowy!
— To słyszałem. Mogę ci nawet powiedzieć, że tylko tobie udało się przeżyć. Miałem co innego na myśli. Granicę Kalifornii minęłaś pięć po dwunastej. Teraz jest dokładnie siedemnasta dwadzieścia dwie.
— Do diabła, Szefie, miałam kłopoty.
— Od swoich kurierów oczekuję między innymi tego, by potrafili radzić sobie z kłopotami i przemieszczać się szybko bez względu na nie.
— Kurczę blade; ostatecznie nie byłam na służbie. Zdaje się, że ciągle jeszcze mam urlop. Nie ma pan podstaw, by mnie opieprzać. Gdyby nie przeniósł pan sztabu, nie powiadamiając mnie o tym, obyło by się bez żadnych kłopotów. Byłam tu — w San Jose — już dwa tygodnie temu. Wystarczyło głośniej krzyknąć.
— Trzynaście dni temu.
— Szefie, niech pan lepiej od razu powie, że nie chce pan przyznać, iż to pana wina.
— W porządku, możesz zrzucić winę na mnie, jeśli dzięki temu przestaniemy tracić czas. Dołożyłem naprawdę sporo wysiłków, by cię odszukać. O wiele większych, niż rutynowy komunikat alarmowy MSG, wysłany do wszystkich placówek w terenie. Wcale mnie to nie cieszy, że nie przyniosły one spodziewanych rezultatów. Piętaszku, może ty powiesz mi, co muszę zrobić, by przekonać cię, iż jesteś naprawdę wyjątkowa, a dla tej organizacji wręcz bezcenna? Przewidując wypadki, którym nadano etykietkę Czerwonego Czwartku…
— Szefie, mieliśmy z tym coś wspólnego?
— Co skłania cię do wyciągania tak absurdalnych wniosków? Naszemu wywiadowi udało się wpaść na trop tej sprawy między innymi dzięki mikrofilmom, które dostarczyłaś z Ell-Pięć. Wydawało się nam, że podjęliśmy środki ostrożności w odpowiednim czasie. A jednak pierwsze uderzenie miało miejsce o wiele wcześniej, niż przypuszczaliśmy nawet w najbardziej pesymistycznych założeniach. Czerwony Czwartek zastał nas jeszcze przy przeprowadzce. Najważniejsze było przedostać się przez granicę i to nie siłą. Łapówki są znacznie lepszym, a w tym przypadku były również tańszym sposobem. Wiadomość o zmianie adresu i kodów kontaktowych została rozesłana wcześniej, lecz to nic nie dawało, dopóki nie przenieśliśmy się i nie zainstalowaliśmy centrum łącznościowego. Dopiero wówczas doniesiono mi, że próbowałaś nawiązać kontakt normalną drogą.
— Bo nie dostałam jakiegoś idiotycznego zawiadomienia!
— Posłuchaj, gdy tylko dotarła do mnie wiadomość, że nie udało ci się nawiązać kontaktu, natychmiast zrobiłem wszystko, by połączyć się z twoim domem na Nowej Zelandii. Pewnie wiesz, że wtedy przerwana była łączność satelitarna.
— Zdążyłam się o tym przekonać.
— No właśnie. Przywrócono ją dopiero trzydzieści dwie godziny później. Rozmawiałem z panią Davison, kobietą około czterdziestki i o dość… zdecydowanym charakterze. Żona-senior w twojej S-grupie?
— Tak, to Anita. Pani i władczyni, bez wiedzy której nie dzieje się nic.
— Takie właśnie odniosłem wrażenie. Odniosłem też wrażenie, że stałaś się tam persona non grata.
— Jestem pewna, że to było coś znacznie więcej, niż tylko wrażenie. Dalej, Szefie; co ta stara nietoperzyca miała do powiedzenia na mój temat?
— Niewiele. Opuściłaś rodzinę dosyć nagle i niespodziewanie. Nie, nie zostawiłaś żadnego kodu ani adresu, pod którym można cię szukać. Nie, nie mogę zostawić jej żadnej wiadomości dla ciebie. A w ogóle jest bardzo zajęta, bo Marjorie zostawiła rodzinę w nader przykrym położeniu. To tyle. Pożegnała mnie i przerwała połączenie.
— Szefie, ona miała pański adres w Imperium. Miała też adres TAC & AP w Luna City. Za ich pośrednictwem spłacałam swój udział.
— Wiedziałem o tym. Mój przedstawiciel na Nowej Zelandii — (pierwszy raz słyszałam o kimś takim) — zdobył dla mnie adres męża-seniora twojej S-grupy… twojej byłej S-grupy. Był on nieco bardziej grzeczny i skory do współpracy. Od niego dowiedzieliśmy się, kiedy i jakim statkiem odleciałaś z Christchurch, oraz że powinnaś znajdować się na liście pasażerów jednego z SBS-ów latających na linii Auckland — Winnipeg. Tam na krótko zgubiliśmy twój ślad, dopóki mój agent nie ustalił, że opuściłaś port w towarzystwie kapitana statku, którym przyleciałaś. Udało nam się go odszukać. Wydawało się, że naprawdę bardzo chciał nam pomóc, lecz ciebie już tam nie było. Cieszę się, mogąc ci powiedzieć, iż zdołaliśmy wyświadczyć kapitanowi Tormeyowi pewną przysługę. Inny nasz agent doniósł nam, że jemu i jego żonie grozi aresztowanie przez lokalną policję.
— A to niby za co?!
— Oficjalnie zarzucano im udzielanie schronienia cudzoziemcom z wrogo nastawionych krajów oraz niezameldowanie o pobycie jednego z nich, obywatela Imperium Chicago, pomimo obowiązywania stanu wyjątkowego. Jednak w rzeczywistości komenda policji stanowej w Winnipeg nie interesuje się ani tobą, ani doktorem Perreault. To tylko pretekst, by móc zatrzymać Tormeyów. Są oni poszukiwani z powodu znacznie poważniejszego podejrzenia, który jednak jak do tej pory utrzymywany jest w tajemnicy. Zaginął niejaki porucznik Melvin Dickey. Gdy widziano go ostatnio, miał jakoby oświadczyć, że udaje się do posiadłości państwa Tormey, by aresztować doktora Perreault.