— Ale to nie jest jeszcze żaden dowód przeciwko Ianowi i Janet. To znaczy przeciwko państwu Tormey.
— Owszem, masz rację. Dlatego właśnie policja stanowa zamierzą zatrzymać ich pod innym zarzutem. Jest coś jeszcze, o czym dotychczas nie wspomniałem. Energobil porucznika Dickeya rozbił się w Imperium, niedaleko Fargo. Był pusty. Policja aż pali się, by sprawdzić odciski palców we wraku. Możliwe, że robią to właśnie w tej chwili, gdyż jakąś godzinę temu w serwisie informacyjnym podano, że granica pomiędzy Imperium Chicago a Kanadą Brytyjską została ponownie otwarta.
— O Boże!
— Uspokój się. Na urządzeniach kontrolnych wewnątrz tego pojazdu były rzeczywiście odciski należące nie tylko do porucznika Dickeya. Przypominały podobno linie papilarne palców kapitana lana Tormeya, pracującego w ANZAC Skyways. Zauważ, jakiego czasu użyłem: one były podobne. Teraz już nie są. Co prawda uznałem za niezbędne przenieść nasz sztab operacyjny z Imperium, nie znaczy to jednak, że po tylu latach nie mam tam żadnych kontaktów. Ani agentów. Ani dłużników, którzy chętnie wyświadczą mi parę drobnych przysług. We wraku pozostało wiele odcisków; ludzi żywych i takich, którzy dawno już są martwi. I żadne z nich w najmniejszym nawet stopniu nie przypominają odcisków kapitana Tormeya.
— Szefie, czy wolno mi paść do pańskich stóp?
— Nie teraz, kobieto. Milcz i słuchaj dalej. Nie zrobiłem tego, by pokrzyżować szyki brytkanadyjskiej policji tak po prostu, w ramach walki z nudą. Mój agent w Winnipeg oprócz doskonałego wyszkolenia posiada też świetne wykształcenie. Jest specjalistą w dziedzinie psychologii klinicznej, i jako taki posiada moje pełne zaufanie. Według jego opinii kapitan Tormey lub jego żona potrafiliby zabić w obronie własnej, lecz tylko w przypadku wystąpienia skrajnie ekstremalnych okoliczności. Doktor Perreault został uznany za osobę jeszcze mniej predysponowaną do użycia przemocy.
— To ja zabiłam tego policjanta.
— Tak przypuszczałem. Żadne inne wytłumaczenie nie pasuje do przedstawionych mi faktów. Życzysz sobie przedyskutować ze mną tę sprawę? Czy ma ona cokolwiek wspólnego ze mną?
— Uff, raczej nie. Z wyjątkiem faktu, że wyczyścił pan te cholerne odciski palców. Zabiłam go, bo groził Janet pistoletem… Janet Tormey. Mogłam go po prostu obezwładnić — miałam wystarczająco dużo czasu. Ale postanowiłam go zabić i tak zrobiłam.
— I słusznie. Ranny lub chwilowo obezwładniony policjant często okazuje się znacznie groźniejszy. Wyobrażałem to sobie dokładnie tak, jak opisałaś. Sądziłem jednak, iż broniłaś doktora Perreault… odkąd znalazłaś w nim materiał na nowego męża.
— To prawda, że mógłby nim być. Ale ten idiota wymachujący miotaczem przed nosem Janet sprawił, iż nagle zdałam sobie sprawę z czegoś jeszcze. Szefie, zanim to się stało, nie miałam pojęcia, że kocham Janet. Do głowy by mi nie przyszło, że mogę w ogóle tak bardzo pokochać kobietę. Pan wie znacznie więcej niż ja na temat tego, jak zostałam zaprojektowana i stworzona. Czy moje hormony zostały wymieszane?
— Rzeczywiście wiem o tobie znacznie więcej niż ty sama, lecz nie sądzę, byśmy powinni dyskutować o tych sprawach. Nie ma potrzeby, byś wiedziała o wszystkim. Twoje hormony nie są zmieszane w większym stopniu, niż u jakiegokolwiek innego normalnego, zdrowego człowieka. A już z pewnością nie masz nadmiaru chromosomu Y. Wszystkie normalne ludzkie istoty mają w mniejszym lub większym stopniu zmieszane hormony. Tyle tylko, że dzielą się na dwie części: na tych, co wiedzą, oraz tych, którzy nie zdają sobie z tego sprawy. Nie ma więc sensu, byśmy omawiali tę sprawę. Nie tacy geniusze łamali już sobie nad nią głowy.
— Och, wobec tego ja również jestem geniuszem.
— Nie bądź impertynencka. Owszem — jesteś nawet super-geniuszem, lecz daleko ci do tego, byś była w stanie uświadomić sobie swoje prawdziwe możliwości. Ludzie genialni stwarzają sobie własne, indywidualne reguły postępowania; dotyczy to także spraw związanych z seksem. Nie potrafią zaakceptować małpich zwyczajów gorszych i słabszych od siebie. Pozwól jednak, że powrócimy do poprzedniego tematu. Czy istnieje możliwość odnalezienia ciała?
— Jeśli ktoś chciałby się o to ze mną założyć, postawiłabym wszystko przeciwko.
— Nie ma więc konieczności, by omówić to ze mną?
— Nie sądzę.
— W takim razie wygląda na to, że państwo Tormeyowie mogą bezpiecznie powrócić do domu tak szybko, jak tylko policja dojdzie do przekonania, iż nie znajdzie corpus delicti. Co prawda i bez tego można kogoś oskarżyć. Nawet o morderstwo. Tylko że wówczas udowodnienie winy byłoby znacznie trudniejsze. Nawet jeśli Tormeyowie zostaliby aresztowani, dobry prawnik wyciągnąłby ich w pięć minut. A mogę cię zapewnić, że mieliby oni naprawdę dobrego prawnika. Przy okazji: pewnie ucieszy cię fakt, iż pomogłaś im wydostać się z kraju.
— Ja?!
— Tak, ty i dr Perreault. Opuszczając Kanadę Brytyjską jako pan i pani Tormey, posługując się ich kartami kredytowymi i wpisując ich nazwiska do kwestionariuszy kart turystycznych. Zostawiliście w ten sposób trop, który „dowodził”, iż kapitan Tormey wraz z żoną zbiegli z kraju bezpośrednio po zaginięciu porucznika Dickeya. Trop ów był na tyle przekonywujący, że policja straciła ładnych parę dni, próbując wyśledzić podejrzanych w Konfederacji Kalifornijskiej… obwiniając przy tym swoich kolegów z Kalifornii o opieszałość, nieudolność i niechęć do współpracy. Przyznam, że ja sam byłem nieco zaskoczony faktem, iż Tormeyowie nie zostali aresztowani we własnym domu. Mój agent nie miał najmniejszych trudności, by ich tam odnaleźć i porozmawiać z nimi.
Ja natomiast nie. Jeśli pojawia się glina — hop! do Nory. A jeśli to nie glina i potrafi przekonać lana, że jest o’key…
— Szefie, czy pański agent w Winnipeg wymienił moje nazwisko? Czy wspomniał coś o „Marjorie Baldwin”?
— Tak. Bez tego nazwiska i twojej fotografii pani Tormey nigdy nie wpuściłaby go do środka. Nie sądzę, bym był w stanie odszukać twój ślad bez pomocy Tormeyów. Pomogliśmy sobie nawzajem: oni pomogli tobie wydostać się z Kanady, a my — to znaczy mój agent — ostrzegliśmy ich przed policją i pomogliśmy im się ukryć. Wszystko skończyło się dobrze.
— W jaki sposób przemycił ich pan przez granicę? Nie zostali przecież w Kanadzie?
— Naprawdę chcesz wiedzieć?
— Hmm… Nie.
Kiedy wreszcie nauczę się trzymać język za zębami? Gdyby chciał mi to powiedzieć, nie musiałabym pytać. „Nieostrożni sternicy zatapiają swe okręty”. Szef był profesjonalistą.
Gdy ruszył się wreszcie zza swojego biurka, doznałam czegoś w rodzaju szoku. Zazwyczaj nie poruszał się zbyt często. Nawet serwis do kawy i herbaty w jego starym gabinecie stał zawsze w zasięgu jego ręki. Tym razem nie poruszał się, jak zwykle, o kulach. Wytoczył się zza biurka na elektrycznym wózku inwalidzkim, podjechał do stojącego obok stolika i zabrał się do nalewania herbaty ze stojącego tam ekspresu.
Podniosłam się ze swego fotela.
— Pozwoli pan, że pomogę.
— Dziękuję ci bardzo, Piętaszku — powiedział i ponownie zajął miejsce za biurkiem. Przez chwilę zajęta byłam rozlewaniem gorącego płynu do filiżanek, dzięki czemu stałam odwrócona bokiem do niego. W ten sposób przynajmniej częściowo mogłam ukryć swoje zaskoczenie.
W zasadzie fakt, że kaleka decyduje się zastąpić kule fotelem na kółkach, nie powinien budzić niczyjego zdziwienia — to przecież jedynie proste usprawnienie. Jednak w tym wypadku chodziło o S z e f a! Gdyby pewnego ranka Egipcjanie w Gizeh obudzili się i stwierdzili, że piramidy stoją na swoich czubkach, podstawami do góry, a Sfinks ma nowy nos, nie byliby pewnie tak wstrząśnięci jak ja. Są pewne rzeczy — i ludzie — po których nie oczekuje się zmian.