Szef wysłał mnie do szkoły, w której wiedzę zdobywało się właśnie przy klawiaturze terminalu komputerowego. Miałam tutaj znacznie bogatsze możliwości niż studenci mający przyjemność pobierać nauki na tak zacnych uczelniach jak Oxford, Sorbona czy Heidelberg.
Przede wszystkim nic tu nie przypominało szkoły. Pierwszego dnia przy śniadaniu powiedziano mi, bym zgłosiła się do szefa biblioteki. Był nim niejaki profesor Perry, przemiły starszy człowiek, traktujący po ojcowsku wszystkich wokół siebie. Kiedy spotkałam go po raz pierwszy, wydawał się udręczony. Nic dziwnego — biblioteka Szefa stanowiła prawdopodobnie najbardziej wartościową, najpotężniejszą i zarazem najbardziej zawiłą rzecz, jaka została przetransportowana z Imperium do Pajaro Sands. Profesora Perry’ego bez wątpienia czekać miały tygodnie ciężkiej pracy, by doprowadzić wszystko do porządku — a Szef oczekiwał, by wszystko tutaj zrobione było z absolutną perfekcją. Dziwaczny upór Perry’ego, by pozostać przy papierowych książkach, bynajmniej nie ułatwiał pracy. Kaset i mikrofilmów było bardzo niewiele.
Kiedy zameldowałam się profesorowi, sprawiał wrażenie niezmiernie zapracowanego. Wskazał na konsolę stojącą w kącie.
— Panno Piętaszek, dlaczego pani tam nie siada?
— A co mam robić?
— Hę? A… no nie wiem. Bez wątpienia ktoś to pani powie. Hmm… Ja jestem teraz strasznie zajęty. Dlaczego nie zaznajomi się pani ze sprzętem, studiując cokolwiek, co pani zechce?
Sprzęt nie miał w sobie nic nadzwyczajnego, nie licząc kilku dodatkowych klawiszy. Dzięki nim można było uzyskać bezpośredni dostęp do zbiorów kilku najlepszych bibliotek na całym świecie, takich jak Biblioteka Harvardzka, Centralna Biblioteka Związku Atlantyckiego czy biblioteka British Museum. Nawet papierowe książki i starodruki Szefa mogłam czytać na ekranie, przewracając kartki za pomocą klawiatury i nie wyjmując opasłych tomów z ich azotowego otoczenia.
Tego ranka przeglądałam kartotekę biblioteki Uniwersytetu Tulane, jednego z najlepszych w Republice Samotnej Gwiazdy. Szukałam czegoś na temat historii Starego Vicksburga, gdy niespodziewanie dla samej siebie natknęłam się na przypis dotyczący typów widm gwiazd. Przykuł on całą moją uwagę. Nie pamiętam już, skąd wziął się tam ów przypis, jednak fakt, że znalazłam go w dziele o tematyce historycznej, wydawał się nieco zaskakujący.
Ciągle jeszcze czytałam o ewolucji gwiazd, gdy profesor Perry zaproponował, byśmy poszli na lunch.
Zanim oderwałam się od klawiatury, zrobiłam jeszcze notatkę o działach matematyki, które musiałam przestudiować. Astrofizyka może być fascynująca, jednak pod warunkiem, że rozumie się jej język.
Jeszcze tego popołudnia wróciłam do „Starego Vicksburga” i znalazłam następny, mniej już szokujący przypis. Dotyczył on „Show Boat” — musicalu traktującego o minionej erze. Resztę dnia spędziłam na wyszukiwaniu i przesłuchiwaniu musicali, które wystawiano na Broadwayu w tych szczęśliwych czasach, zanim Konfederacja Północnoamerykańska rozpadła się na kilkanaście niezależnych stanów. Dlaczego dziś już nikt nie pisze takiej muzyki?!
Przesłuchałam po kolei „Show Boat”, „The Student Prince” i „My Fair Lady”, po czym zanotowałam jeszcze co najmniej tuzin innych na potem. Czy tak właśnie miało wyglądać chodzenie do szkoły?
Następny dzień postanowiłam poświęcić na dogłębne przestudiowanie tych tematów zawodowych, w których nie czułam się najmocniej. Zrobiłam to, gdyż byłam święcie przekonana, iż gdy tylko pojawią się moi nauczyciele i wyznaczą mi program, dwudziestoczterogodzinna doba stanie się o wiele za krótka. Jednak przy śniadaniu Anna spytała mnie: — Piętaszku, co sądzisz o wpływie Ludwika XI na liryczną poezję francuską?
Przez chwilę patrzyłam na nią w osłupieniu.
— Ludwik XI? To brzmi jak nazwa jakiegoś gatunku sera. A jedynym francuskim wierszem, jaki kiedykolwiek udało mi się przeczytać, jest Mademoiselle z Armentieres. Nie wiem, czy to poezja.
— Profesor Perry powiedział, że mamy się zwracać do ciebie z wszelkimi pytaniami.
— Zakpił z was.
Kiedy wróciłam do biblioteki, Papa Perry uniósł na chwilę głowę znad konsoli, nad którą ślęczał. Korzystając z nadarzającej się okazji, zagadnęłam go: — Dzień dobry. Właśnie rozmawiałam z Anną. Powiedziała mi, że kazał jej pan spytać mnie o wpływ Ludwika XI na poezję francuską.
— Tak, tak… Bardzo możliwe. Czy mogłabyś teraz nie zawracać mi głowy? Muszę dziś uporać się z tą częścią programu.
Ponownie pochylił głowę, dając mi tym samym do zrozumienia, że uważa temat za wyczerpany.
Nie rozumiejąc, o co tu właściwie chodzi, zabrałam się za Ludwika XI. Dwie godziny później wyszłam na świeże powietrze. Nie dowiedziałam się wiele na temat poezji. O ile udało mi się ustalić, Król-Pająk nigdy nie zrymował nawet ton con z c’est bon, a tym bardziej nie był nigdy mecenasem sztuki. Dowiedziałam się za to mnóstwo na temat polityki w piętnastym wieku. Intrygi, przemoc i gwałt. A jednak w porównaniu z tym, co działo się we współczesnej polityce, tamta przypominała dziecinne kłótnie pomiędzy przedszkolakami.
Pozostałą część dnia spędziłam na wertowaniu francuskiej poezji lirycznej od roku 1450 w górę. Francuski jest wręcz stworzony dla poezji. Aby wyrazić piękno w języku angielskim, potrzeba kogoś takiego jak Edgar Allan Poe. Niemiecki w ogóle nie nadaje się do owego celu. Dobre przekłady niemieckiej poezji brzmią znacznie lepiej niż oryginały. Nie można za to obwiniać Goethego, Heinego czy też Schillera — to wina tego okropnego języka. Hiszpański natomiast jest tak melodyjny, że reklama pasty do zębów po hiszpańsku jest dla ucha przyjemniejsza niż najlepsze wersety z poezji angielskiej.
Nigdy nie dowiedziałam się, jaki wpływ na poezję wywarł Ludwik XI.
Któregoś ranka stwierdziłam, że moja konsola jest zajęta. Spojrzałam pytająco w stronę profesora. Wyglądał na pochłoniętego bez reszty pracą przy swojej klawiaturze.
— Tak, tak… no… strasznie tu dziś tłoczno — stwierdził, unosząc na moment głowę. — Hmm… Panno Piętaszek, dlaczego właściwie nie korzysta pani z terminalu we własnym pokoju? Przecież ma on taką samą, rozszerzoną klawiaturę, a gdyby potrzebowała pani skonsultować się ze mną, będzie to pani mogła zrobić nawet szybciej i łatwiej, niż siedząc tutaj. Wystarczy wezwać wewnętrzny siedem i podać swój kod. Wydam komputerowi dyspozycję, by miała pani zawsze pierwszeństwo. Czy tak będzie dobrze?
— Świetnie! — zgodziłam się. Lubiłam cichą atmosferę tej sali, lecz we własnym pokoju mogłam na przykład zrzucić z siebie ubranie, nie mając przy tym uczucia, że irytuję Papę Perry’ego. — Co powinnam przestudiować dzisiaj?
— A skąd ja mam wiedzieć?! Niech sobie pani sama znajdzie coś, co panią zainteresuje. Nie cierpię niepokoić Numeru Pierwszego.
Poszłam więc do swojego pokoju i zagłębiłam się w historię Francji po Ludwiku XI. Tematyka ta zaprowadziła mnie do problemu kolonii zamorskich i do ekonomii Adama Smitha. Trudno było nie zahaczyć przy okazji o pozostałe nauki społeczno-polityczne. Gdy doszłam do wniosku, że Arystoteles miał swój okres świetności, a Platon był jedynie pretensjonalnym szalbierzem, Złociutka dała mi po raz trzeci sygnał do zejścia na obiad. Tym jednak razem zaznaczyła, że jeśli nie pojawię się w jadalni natychmiast, będzie to oznaczało, iż nie chcę jeść niczego poza kanapkami. Zagroziła też, że jeśli ją do tego zmuszę, przyjdzie tu i zwlecze mnie na dół za włosy.