Выбрать главу

— Oczywiście. Skoro nie wiedzą, jak umieścić…

— Szszsz! Nie chcę wiedzieć. A ściany mają uszy. Nie potrzebna nam reklama. Zaczniemy po prostu produkować. Wszędzie tam, gdzie energia jest dziś najtańsza. Gdzie tak jest?

Dalej autor powyższych sensacji szeroko rozpisywał się o „okrutnym, bezdusznym monopolu” utrzymywanym przez kompleks Shipstone, żerującym na podstawowych potrzebach „wszystkich naiwnych ludzi”. Jakoś nie bardzo potrafiłam przedstawić sobie ów problem w takim świetle. Daniel Shipstone wraz z przyjaciółmi sprawił po prostu, iż to, co kiedyś było drogie i coraz trudniej dostępne, stało się tanie i dostępne praktycznie w sposób nieograniczony. Czy na tym polegać miały „okrucieństwo” i „bezduszność”?

Shipstone nie ma monopolu na energię. Nie posiada kopalni węgla ani rudy uranu, szybów naftowych lub choćby hydroelektrowni. Owszem, kompanie tego kompleksu dzierżawią wiele, wiele hektarów pustynnych terenów… Lecz dla innych pozostało jeszcze parę milionów kilometrów kwadratowych wypalanego przez słońce piasku. Co zaś tyczy źródła, Shipstone korzysta z energii słonecznej. Jest jej tyle, iż ludzkość nie jest w stanie przechwycić nawet ułamka procenta tej jej części, która dociera do Ziemi. Sami spróbujcie obliczyć, inaczej mi nie uwierzycie.

Na czym więc polegała zbrodnia, jakiej dopuściła się korporacja?

Była ona podwójna: Po pierwsze, kompanie Shipstone winne są dostarczania ludzkości energii po cenach znacznie niższych od tych, które oferują ich konkurenci.

Po drugie, kierując się wstrętnym egoizmem i żądzą zysku uparcie odmawiają podzielenia się tajemnicą ostatecznej fazy produkcji Napędów.

To ostatnie jest w oczach wielu ludzi szczególnie karygodne. Mój terminal wygrzebał całą stertę publikacji dotyczących „prawa ludzi do tego, by wiedzieć”, kilka o „zuchwalstwie gigantycznych monopoli” oraz wiele innych manifestów słusznego oburzenia.

Kompleks Shipstone jest rzeczywiście gigantyczny — owszem — bo dostarcza energii miliardom ludzi, którzy jej potrzebują. Każdego roku więcej. Nie jest jednak z pewnością monopolem, nie posiadając żadnego źródła energii, a jedynie magazynując ją i dostarczając każdemu, kto sobie tego życzy. Owe miliardy klientów mogą spowodować, iż cała korporacja zbankrutuje dosłownie z dnia na dzień. Wystarczy, że powrócą do starych metod — do spalania węgla, drewna, ropy naftowej, „spalania” uranu i przesyłania uzyskanej w ten sposób energii transkontynentalnymi liniami energetycznymi z aluminium lub miedzi.

Nikt jednak nie tęsknił za czasami, kiedy krajobraz był zeszpecony aż po horyzont na nieskończoną ilość sposobów, powietrze przesiąknięte było cuchnącymi wyziewami, substancjami rakogennymi i wszechobecną sadzą, kiedy podający się za ekologów głupcy straszyli widmem awarii elektrowni atomowych, a energia była droga i coraz trudniej dostępna. Nie, nikt nie chciał, by powróciła tamta ponura rzeczywistość. Nawet najwięksi kontestatorzy domagali się energii taniej i w nieograniczonej ilości. Lecz nadal istnieli ludzie pragnący, by kompanie Shipstone odeszły w zapomnienie.

„Prawo ludzi do tego, by wiedzieć”? Wiedzieć c o?! Daniel Shipstone, uzbroiwszy się najpierw w potężną wiedzę z zakresu wyższej matematyki i fizyki ciał stałych, zamknął się w swojej suterenie i poświęcił żmudnym badaniom praw natury, by wreszcie po siedmiu długich i pełnych wyrzeczeń latach skonstruować swój pierwszy Napęd. Nikt nie zabrania żadnemu spośród owych „ludzi” zrobienia tego samego — wynalazek nie został nawet opatentowany. Z praw natury korzystać mogą w równym stopniu wszyscy, łącznie z zapchlonymi Holendrami, którzy trzęsą się teraz z zimna.

W tym przypadku cały problem z „prawem ludzi do tego, by wiedzieć” przypomina bardzo prawo do zostania wirtuozem fortepianu dla kogoś, kto nie nie przejawia najmniejszej ochoty, by nauczyć się grać na fortepianie.

Lecz ja, nie będąc człowiekiem i nie dysponując nigdy żadnymi prawami, nie potrafię być może osądzić tej kwestii w sposób obiektywny.

Wolicie przesłodzoną wersję korporacji, czy też jadowitą wersję nieoficjalną? Podstawowe fakty dotyczące historii Daniela Shipstone i stworzonego przezeń konsorcjum przemysłowego są powszechnie znane i nie dadzą się podważyć. Tego, co mnie zaskoczyło (a właściwie wstrząsnęło mną), dowiedziałam się dopiero wówczas, kiedy zaczęłam zagłębiać się w szczegóły dotyczące struktury organizacyjnej, posiadanego majątku i metod zarządzania.

Pierwsze skojarzenia podsunął mi ów podstawowy wydruk, z którego dowiedziałam się, jak wiele kompanii, nie mających w swej nazwie słowa „Shipstone”, wchodzi w skład tego kompleksu. Nie miałam pojęcia, że nawet pracownicy Coca-Coli podpisują umowę… z Shipstone!

Według lana Acapulco zostało zmiecione z powierzchni Ziemi na rozkaz Korporacji Transportu Wewnątrzplanetarnego. Jeśli miał rację, oznaczało to, iż jedna czwarta miliona niewinnych obywateli tego miasta została wymordowana z polecenia ludzi stojących na czele… Shipstone! Czy to możliwe? Czy mogli to zrobić ci sami ludzie, za sprawą których powstały najlepsze na świecie szpitale i szkoły dla dzieci z wadami rozwoju? A Sears— Montgomery? Do diabła — sama posiadałam kilka akcji Sears-Montgomery! Czyżbym dzięki temu ponosiła cząstkę winy za zrównanie Acapulco z powierzchnią ziemi?

Zażądałam od komputera, by podał nazwy wszystkich firm nie należących do Shipstone, w zarządach których zasiadywali ludzie mający wpływ na decyzje podejmowane wewnątrz Shipstone. Rezultaty były tak wstrząsające, że natychmiast wydałam komputerowi polecenie wydrukowania listy wszystkich posiadaczy, skupiających w swych rękach jeden lub więcej procent akcji uprawnionych do głosowania w którejkolwiek z kompanii należących do Shipstone.

Następne trzy dni spędziłam na uporządkowywaniu, selekcji i szukaniu jak najlepszego sposobu przedstawienia potężnej ilości danych, które otrzymałam w odpowiedzi na te dwa pytania.

Czwartego dnia miałam już konkretne wnioski: a) kompleks Shipstone stanowi w całości jedną kompanię, i tylko z pozoru jest to dwadzieścia osiem odrębnych organizacji.

b) zarząd i/lub akcjonariusze kompleksu Shipstone są posiadaczami lub sprawują kontrolę nad wszystkimi ważniejszymi instytucjami we wszystkich ważniejszych państwach wewnątrz Systemu Słonecznego.

c) Shipstone jest potencjalnie wszechglobalnym (wszechsystemowym?) rządem. Na podstawie otrzymanych danych nie byłam w stanie stwierdzić, czy tak właśnie działał, czy też nie, gdyż kontrolę (o ile była ona stosowana), mógł sprawować poprzez zupełnie inne kompanie, nie będące oficjalnie częścią imperium Shipstone.

d) wszystko to przerażało mnie.

Coś, co zwróciło moją uwagę w powiązaniach jednej z kompanii Shipstone (Morgan Associates), skłoniło mnie, by zająć się również bankami i towarzystwami kredytowymi. Nie byłam zaskoczona, tylko raczej przygnębiona, stwierdziwszy, iż kompania, udzielająca mi obecnie kredytu (Kalifornijska MasterCard) i kompania, która udzielała mi gwarancji kredytowych (Towarzystwo Akceptacyjne Ceres i Afryki Południowej), to właściwie jedna i ta sama organizacja, podobnie zresztą jak Mapple Leaf, Visa czy Credit Quebec. W zasadzie nie powinno to stanowić dla mnie żadnej rewelacji; teoretycy finansowości twierdzili tak odkąd tylko sięgam pamięcią. Jednak dopiero teraz, gdy zobaczyłam na ekranie przed sobą, jak często powtarzają się nazwiska prezesów i posiadaczy kontrolnych pakietów akcji, zrozumiałam to, o czym dotychczas jedynie wiedziałam.

Pod wpływem jakiegoś impulsu wystukałam nagle na klawiaturze: „Kto jest twoim właścicielem?"

„Komendy lub programu nie zrozumiano” — padła odpowiedź.