Wynająć się do pracy w innej niezależnej kompanii? Tak od razu? Czy było to konieczne? Czy rzeczywiście byłam bez grosza? Całkiem możliwe, jeśli nie liczyć tego, co pozostało z owych dwustu tysięcy bruinów wygranych na loterii. W dodatku większość z tej sumy musiałam zwrócić Janet z racji korzystania z jej karty kredytowej. Niech policzę: wygrałam dwieście i cztery dziesiąte grama czystego złota, które zdeponowałam w MasterCard w postaci dwustu tysięcy bruinów, skredytowanych jako złoto po kursie dnia. Podjęłam trzydzieści sześć gramów jako gotówkę i… No tak, ale musiałam jeszcze doliczyć mój drugi rachunek — ten w Banku Imperialnym w Saint Louis. Oraz kartę kredytową i gotówkę, którą byłam winna Janet. I połowę tego, co Georges zapłacił za…
Ktoś wywoływał moje nazwisko.
Była to Rhonda Wainwright. Wyglądała na nieco zirytowaną.
— Proszę uważać, panno Piętaszek. Oto pani depozyt. Proszę tutaj pokwitować odbiór. A potem proszę odsunąć się na bok i sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
Zerknęłam na podsunięty mi formularz.
— Najpierw sprawdzę, potem podpiszę.
— Panno Piętaszek, pani blokuje innych i wprowadza zamieszanie.
— Odsunę się na bok. Ale niczego nie podpiszę, zanim nie przekonam się, że zawartość depozytu zgadza się z tym, co widnieje na formularzu odbioru.
— Wszystko jest w porządku — odezwała się uspokajająco Anna. — Sama sprawdzałam.
— Dzięki — odrzekłam. — Pozwolisz jednak, że potraktuję to tak samo, jak ty traktujesz poufne dokumenty: „najpierw weź do ręki i sprawdź”.
Rhonda Wainwright najwyraźniej miała ochotę utopić mnie we wrzącym oleju. Mimo wszystko odeszłam kilka metrów od stolika i wzięłam się do przeglądania zawartości depozytu. Był to całkiem słusznych rozmiarów pakiecik: Trzy paszporty na trzy nazwiska, wybór Dowodów Tożsamości, komplet dokumentów dotyczących każdej z tożsamości, wyglądających tak prawdziwie jak najprawdziwsze oraz książeczka czekowa wystawiona „Marjorie Piętaszkowi Baldwin” przez Towarzystwo Akceptacyjne Ceres i Afryki Południowej z siedzibą w Luna City. Rachunek opiewał na dwieście dziewięćdziesiąt siedem i trzy dziesiąte grama złota próby 0,999, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Nie takim jednak, jak następny dokument, jaki wzięłam do ręki. Był to dowód adopcji dziecka płci żeńskiej, któremu nadano nazwisko M.P. Baldwin, podpisany przez Hartleya M. Baldwina i Emmę Baldwin. Dokument wystawiono w Baltimore w stanie Maryland w Związku Atlantyckim. Nic na temat Wychowalni Landsteinera albo Johna Hopkinsa, lecz data zgadzała się z datą opuszczenia przeze mnie Wychowalni Landsteinera.
Znalazłam jeszcze dwa odpisy aktów urodzenia. Jeden dotyczył Marjorie Baldwin, urodzonej w Seatle, a drugi — Piętaszka Baldwin, urodzonej przez Emmę Baldwin w Bostonie.
Dwie rzeczy były pewne co do obu tych dokumentów: że jeden i drugi był fałszywy oraz że na jednym i drugim można było polegać w stu procentach. Szef nigdy nie załatwiał niczego połowicznie.
— Wszystko się zgadza, Anno — powiedziałam, podchodząc ponownie do stołu. Wzięłam pióro i podpisałam formularz. Odbierając go ode mnie, Anna pochyliła się i szepnęła: — Musimy porozmawiać, jak tylko skończę.
— Dobra. Gdzie?
— Znajdź Złociutką.
— Panno Piętaszek! Proszę zwrócić swoją kartę kredytową. — To była znowu ta Wainwright.
— Ach! Oczywiście. — Miała rację. Po śmierci Szefa i rozwiązaniu kompanii nie mogłam dalej używać karty kredytowej wystawionej przez Bank Imperialny w Saint Louis. — Proszę, oto ona.
Sięgnęła po nią, lecz ja cofnęłam dłoń.
— Poproszę o dziurkacz albo nożyce.
— Och, niech pani da spokój! Spalę pani kartę razem z wszystkimi pozostałymi, gdy tylko sprawdzę i spiszę numery.
— Pani Wainwright; jeśli mam oddać kartę kredytową mogącą sprawić mi w pewnych okolicznościach kłopoty — a właśnie tego pani ode mnie żąda — to zostanie ona zniszczona lub uszkodzona tu i teraz, na moich oczach.
— Zaczyna się pani robić nieznośna. Czy nie ufa pani nikomu?
— Właśnie.
— W takim razie będzie pani musiała zaczekać tu, dopóki nie skończymy z wszystkimi pozostałymi.
— Och, nie sądzę, by to było konieczne.
Zdaje się, że kalifornijska MasterCard używa laminatu fenolowo-szklanego. W każdym razie ich karty są naprawdę twarde, jak zresztą przystało kartom kredytowym. Nigdy nie starałam się popisywać swymi wyjątkowymi umiejętnościami nawet tutaj, w Kwaterze Głównej. Nie dlatego, bym się czegoś obawiała, lecz dlatego, że byłoby to po prostu niegrzeczne. Teraz jednak okoliczności były wyjątkowe.
Rozdarłam po prostu kartę na dwie części. Tę z wtopionym rzędem liter i cyfr położyłam na stole.
— Myślę, że z tego nadal bez kłopotów odczyta pani numer seryjny.
— Bardzo dobrze! — Była chyba rzeczywiście wściekła. Gdy się odwróciłam zawołała: — Proszę mi oddać jeszcze tę drugą.
— Jaką drugą? — Ciekawa byłam, kto jeszcze z moich przyjaciół został nagle pozbawiony tej niezbędnej w nowoczesnym świecie rzeczy, jaką była ważna karta kredytowa, i pozostawiony jedynie z czekiem oraz paroma drobnymi w kieszeni. Nieładnie. Szef z pewnością nie tak to zaplanował.
— Mam na myśli kartę kredytową MasterCard… wystawioną przez… Oddział Kalifornijski w San Jose, panno Piętaszek.
— Załatwiłam ją sobie na własną rękę. Ta kompania nie ma z nią nic wspólnego.
— Raczej trudno w to uwierzyć. Kredyt, jakim dzięki niej pani dysponuje, jest gwarantowany przez TAC & AP, czyli mówiąc otwarcie — przez tę kompanię. Kompanię, której sprawy są tu właśnie likwidowane. Proszę więc oddać mi tę kartę.
— Miesza pani pewne rzeczy, komisarzu. To prawda, że wpłata dokonana została przez TAC & AP, lecz kredyt zaciągnęłam ja osobiście i we własnym imieniu. Nic pani do tego.
— Przekonamy się niebawem, komu nic do tego! Pani rachunek zostanie unieważniony!
— Na pani osobiste ryzyko, komisarzu. Uprzedzam, że wytoczę pani proces, po którym zostanie pani naga i bosa. Radzę więc dokładnie sprawdzić fakty, nim zrobi pani cokolwiek w tej sprawie.
Odwróciłam się i wyszłam, nie mając ochoty zamienić z nią ani słowa więcej. Suka! Tak mnie zirytowała, że na chwilę zapomniałam nawet o śmierci Szefa.
Za drzwiami rozejrzałam się wokół. Złociutka najwyraźniej załatwiła już swoje sprawy. Siedziała i czekała. Zobaczywszy mnie, pomachała w moim kierunku i klepnęła dłonią w siedzenie pustego krzesła, które obok niej stało. Podeszłam i usiadłam.
— Anna powiedziała mi, by się z tobą spotkać.
— W porządku. Zarezerwowałam pokój w Cabana Hyatt w San Jose na dzisiejszą noc dla Anny i siebie. Zawiadomiłam też recepcję, że będzie może jeszcze trzecia osoba. Jedziesz z nami?
— Tak natychmiast? Jesteście już spakowane?
Co ja miałam do spakowania? Niewiele. Bagaż, z którym opuszczałam Nową Zelandię, ciągle jeszcze leżał w przechowalni portu w Winnipeg. Prawdopodobnie policja cały czas miała go na oku albo zamontowała jakąś „pluskwę”. Pomyślałam więc, że lepiej niech zostanie tam, gdzie jest. Przynajmniej dopóki nie dowiem się, co z Ianem i Janet.
— Zastanawiałam się, czy nie zostać tu jeszcze na dzisiejszą noc, ale właściwie nie mam po co.
— Każdy może zostać na noc, lecz nie jest to zbyt mile widziane. Zarząd — n o w y Zarząd — chce pozałatwiać wszystkie sprawy jeszcze dziś. Lunch będzie ostatnim posiłkiem, jaki zostanie podany. Jeśli ktoś zostanie do jutra, będzie się musiał obejść bez obiadu, kolacji i śniadania.