Выбрать главу

A może powinnam zaciągnąć się jako dziwka okrętowa na jakiś statek płynący z San Francisko gdzieś na Antypody? To byłoby i łatwe, i tanie… lecz strasznie czasochłonne. Nawet gdyby to był statek z Napędem Shipstone. Fregata żaglowa? Nie, to już z pewnością odpada.

A może by tak zatrudnić kogoś z agencji Pinkertona w Sydney? Ile oni mogą brać? Czy mogłam sobie na to pozwolić?

Nie musiało upłynąć nawet trzydzieści sześć godzin od śmierci Szefa, bym zdążyła przekonać się, jaka jest prawdziwa wartość pieniędzy. Dotychczas nie miałam okazji sprawdzenia tego na własnej skórze. Podczas misji wydawałam tyle, ile było trzeba, w Christchurch kupować musiałam jedynie prezenty, a na farmie i w Pajaro Sands nie potrzebowałam ani grosza. Pokój i łóżko do spania zapewnione miałam w kontrakcie. Wobec faktu, że nie przepadałam za alkoholem ani hazardem, miałabym odłożoną całkiem sporą sumkę, gdyby nie pozbawiła mnie jej Anita.

Fakt, że dotąd nie udało mi się poznać prawdziwego znaczenia słowa „pieniądz”, nie oznaczał jednak, bym nie potrafiła wykonać kilku prostych działań arytmetycznych bez uciekania się do pomocy terminalu. Zapłaciłam gotówką swoją część rachunku w Cabana Hyat. Posłużyłam się kartą kredytową, by kupić bilet do Las Vegas. Sporo tego było. Obliczyłam dzienny koszt pobytu w Dunes i dodałam doń wszystkie pozostałe wydatki płacone gotówką lub kartą kredytową.

Nie musiałam być finansowym geniuszem, by natychmiast zorientować się, że pokój i łóżko w hotelu pierwszej kategorii bardzo szybko pochłoną wszystko, co do grama. Nawet jeśli nie będę już wydawać absolutnie nic na podróże, ciuchy, przyjaciół itd. Quot erat demonstrandum. Musiałam natychmiast albo znaleźć jakąś pracę, albo ruszyć na podbój jakiejś nowej planety — bez możliwości powrotu.

Nagle przyszło mi do głowy podejrzenie, że Szef płacił mi znacznie więcej, niż byłam warta. Owszem, jestem dobrym kurierem; trudno o lepszego. Lecz ile tak naprawdę mógł być wart kurier? Nawet tak dobry jak ja?

Mogłam podpisać kontrakt szeregowca, a potem (byłam o tym święcie przekonana) szybko awansować na sierżanta. Nie ukrywam, iż taka perspektywa nie pociągała mnie zbytnio, lecz mogłam zostać do tego zmuszona. Nie zwykłam karmić się złudzeniami; nie potrafiłam wykonywać praktycznie żadnego cywilnego zawodu.

Co innego mnie pchało, a co innego ciągnęło. Nie chciałam sama udawać się na jakąś nieznaną planetę. Prawdę mówiąc najzwyczajniej w świecie bałam się. Straciłam rodzinę na Nowej Zelandu (o ile w ogóle była to kiedykolwiek moja rodzina), Szef odszedł, a ja czułam się jak pisklę nagle wyrzucone z gniazda. Większość moich prawdziwych przyjaciół rozpierzchła się na cztery strony świata, a tych troje, którzy byli jeszcze razem ze mną, wkrótce również miało pójść każde swoją drogą. Georgesa, Janet i lana też udało mi się stracić. Mimo tumultu i zgiełku, jaki zawsze panował w Las Vegas, poczułam się tu nagle jak Robinson Crusoe na swojej wyspie.

Chciałam, by Janet, Ian i Georges wyemigrowali razem ze mną.

Do diabła! I jeszcze ta Czarna Śmierć. Epidemia nadchodziła nieuchronnie.

Tak, wiem. Powiedziałam Szefowi, iż moje nocne przepowiednie były nonsensem. Szef powiedział natomiast, że jego analitycy przewidzieli dokładnie to samo, tyle tylko, iż według nich zaraza rozprzestrzeni się o rok później. Raczej niewielka to pociecha. Nie mogłam postąpić inaczej, jak potraktować swoją prognozę serio. Musiałam więc też ostrzec Tormeyów.

Nie oczekiwałam, by ich to nazbyt przeraziło. Nie sądzę, by w ogóle cokolwiek było w stanie naprawdę przerazić tych troje. Chciałam im jednak powiedzieć: „Jeśli nie chcecie wyemigrować razem ze mną, potraktujcie przynajmniej moje ostrzeżenie na tyle serio, by trzymać się z dala od wielkich miast. A jeśli będziecie mogli dostać szczepionkę, skorzystajcie z okazji”.

Industrial Park znajdował się przy drodze do Zapory Hoovera. Tam też mieściła się Giełda Pracy. W Vegas nie wolno używać energobili w granicach miasta, za to wszędzie są deptaki. Jeden z nich prowadzi właśnie do Industrial Park. Idąc dalej w kierunku zapory i Kamiennego Miasta, mija się linię metra, którą dojeżdżają do pracy pracownicy Zespołu Silników Pomocniczych. Zamierzałam kiedyś skorzystać z niej, gdyż Shipstone „Dolina Śmierci” dzierżawił pas pustyni pomiędzy Las Vegas a Kamiennym Miastem pod stację załadunku. Chciałam się jej bliżej przyjrzeć.

Czy możliwe, że to właśnie korporacja Shipstone stała za wydarzeniami Czerwonego Czwartku? Nie widziałam żadnego powodu, by tak miało być. A jednak musiał za tym stać ktoś równie potężny, kogo moc w ciągu jednej tylko nocy położyła się cieniem na całej planecie i sięgnęła w kosmos aż po Ceres. Niewiele było takich korporacji. A może bajecznie bogaty człowiek lub grupa takich ludzi? Lista tak bogatych ludzi również nie była zbyt długa. Zatem kto? Prawdopodobnie jedyną znaną mi osobą mogącą odpowiedzieć na to pytanie był Szef. Ale Szef umarł. Zawsze się z nim spierałam, lecz tylko do niego mogłam się zwrócić, jeśli czegoś nie rozumiałam. Dopiero teraz, gdy odebrano mi tę możliwość, pojęłam, jak wiele mu zawdzięczałam.

Giełda Pracy była długą promenadą przekrytą szklaną kopułą. Można tam było znaleźć zarówno luksusowe biura „Wall Street Journal”, jak i harcerzyków, którzy całe swoje biura nosili pod kapeluszem, nigdy nie siadali, a swoje usta zamykali niezmiernie rzadko. Wszędzie pełno było szyldów i reklam, a tłok panował od rana do wieczora. Od dolnego Vicksburga miejsce to różniło się w zasadzie jedynie zapachem, który tutaj wydawał się znacznie przyjemniejszy.

Przedstawicielstwa militarnych i quasi-militarnych kompanii stłoczone były na wschodnim krańcu. Złociutka chodziła od jednego do drugiego, zostawiając swoje nazwisko i kopię referencji, a ja dreptałam za nią, jednak bez zbytniego zainteresowania. Aby wydrukować te kopie, zatrzymałyśmy się w mieście, więc przy okazji Złociutka załatwiła sobie w Urzędzie Pocztowym adres korespondencyjny. Mnie też do tego skłoniła.

— Piętaszku — powiedziała — jeśli zostaniemy tu dłużej niż dzień lub dwa, wyprowadzam się z Dunes. Pewnie zauważyłaś, ile płacimy za pokój? To bardzo miłe miejsce, lecz łóżko sprzedają ci co dzień od nowa. To nie na moją kieszeń…

— Na moją także nie.

Zapłaciłyśmy więc za tymczasowy adres, a ja zapamiętałam, by przy najbliższej okazji powiadomić o tym Glorię Tomosawa. I nagle odkryłam, że dało mi to coś w rodzaju poczucia bezpieczeństwa. Nie była to nawet malutka chata, nawet szałas… ale miałyśmy adres, który nie mógł po prostu zniknąć, wyparować. Istniałyśmy dla reszty świata — czasami dobrze jest zdać sobie z tego sprawę.

Tego popołudnia Złociutka nie znalazła pracy. Nie wyglądała jednak na rozczarowaną.

— Nie toczy się teraz żadna wojna, to wszystko — stwierdziła po prostu. — Ale pokój nigdy nie trwa dłużej niż miesiąc, lub co najwyżej dwa. A potem znowu zaczną poszukiwać najemników. Wówczas moje nazwisko będzie jednym z pierwszych na listach ofert. Tymczasem podpiszę umowę z magistratem i podejmę jakieś tymczasowe zajęcie. Pielęgniarce głód nigdy nie zajrzy w oczy, Piętaszku. Już co najmniej od wieku brakuje chętnych do podawania basenu i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie sytuacja ta miała ulec zmianie.

Następne biuro, do którego zajrzałyśmy, było przedstawicielstwem Royer’s Rectifiers, Caesar’s Column i Grim Reapers — samych doborowych oddziałów o światowej reputacji.