Rozległy się cztery ściszone wystrzały z tłumika na lufie Colta kaliber .45 i obaj naukowcy wpadli do basenu, barwiąc kryształową wodę na czerwono.
— Spoko — znowu mruknął obwieś, kiedy wokół zaczęły się rozlegać krzyki.
15
— Jazda! Ruszać się! Wysiadać! Z autobusu! Ruszać się!
Młodzi mężczyźni w szarych ubraniach wylegli z autobusu marki Greyhound. Niektórzy z pośpiechu przewrócili się na ziemię. Nieszczęśliwcy zostali bezceremonialnie poderwani na nogi i popędzeni do reszty grupy, która tworzyła teraz parodię formacji. Trzech śniadych młodych mężczyzn i jedna śniada młoda kobieta, którzy krzyczeli, sami wysiedli przed czterema miesiącami z takiego autobusu. Pomimo kapralskich szewronów na rękawach, jeszcze niedawno sami byli szeregowcami, których później awansowano. Podzielili formację na cztery nierówne grupy i rozmieścili żołnierzy dźwigających ciężkie worki z rzeczami osobistymi w odpowiednich miejscach zbiórki. Nowi rekruci ustawili się w nierównych szeregach, tworzących trzy boki czworokąta. Było to ich pierwsze spotkanie z sierżantem szkoleniowym. W przypadku nieszczęsnego drugiego plutonu funkcję tę pełnił celowniczy sierżant Pappas. Stał na placu apelowym pośrodku formacji i kiwał tylko głową, sprawiając wrażenie, że najwyraźniej kontempluje ciepły wiosenny dzień. W rzeczywistości jednak starał się dorobić filozofię do sytuacji, która w jego odczuciu całkowicie wymknęła się spod kontroli.
Jemu i grupie, którą wezwano razem z nim, powiedziano, że właśnie dzięki nim wojsko będzie miało teraz wszystkich starszych podoficerów niezbędnych w formacjach uderzeniowych i osłaniających. Zamiast tego umieszczono ich w Gwardii i jednostkach treningowych. Miało to „wzmocnić” oddziały, do których ich przypisano.
Specowi Pappasowi często przychodziło na myśl stare powiedzenie, że nie można wzmocnić kubła flegmy za pomocą garści grubego śrutu.
Ale był żołnierzem piechoty morskiej i kiedy otrzymywał rozkaz, mówił „tak jest, sir” i wykonywał go najlepiej jak umiał. Więc kiedy powiedziano mu, że będzie instruktorem szkoleniowym, poprosił oczywiście o umieszczenie go w Pendleton, bo była to jednostka, do której należał zgodnie z informacją w jego aktach. Kadry Sił Lądowych wysłały go więc, rzecz jasna, do Obozu McCall w Północnej Karolinie, trzy tysiące mil od Pendleton.
Pobyt w McCall mógł się jednak okazać niezłym rozwiązaniem. Galaksjanie spełnili swoje obietnice i Pappas znalazł się w pierwszej grupie, którą poddano odmłodzeniu. Program odmładzania uwzględniał podział żołnierzy według wieku, stopnia wojskowego i starszeństwa. Ponieważ byli tu tylko oficerowie i podoficerowie, starsi podoficerowie często otrzymywali w programie odmładzania ten sam priorytet, co oficerowie. Jako jeden z najstarszych podoficerów objętych programem Pappas został odmłodzony wcześniej niż wielu starszych sierżantów, którzy wiekiem byli jednak młodsi. Po miesiącu miał ciało dwudziestolatka i sześćdziesięcioletni umysł.
Znowu ogarnęło go dawno zapomniane uczucie niepokonanej siły i niespożytej energii, które pchało go do czynów.
Regularne ciężkie treningi przywracały mu dawną muskulaturę, miały też odwrócić jego uwagę od innych form wyładowania energii.
Służył w piechocie morskiej od trzydziestu lat, z czego przez dwadzieścia siedem był żonaty. W ciągu tych dwudziestu siedmiu lat nigdy nie wchodził do cudzego łoża. Nie dotyczyło go zdanie: „Nie jestem rozwiedziony, tylko na tymczasowej służbie”. Nigdy nie myślał źle o innych żołnierzach, którzy wykorzystywali służbowe wyjazdy, żeby się trochę rozerwać. Dopóki nie obniżało to ich sprawności, nie obchodziło go, co robili. Ale on złożył przysięgę małżeńską, że „nie będzie lgnął do żadnej innej”, i wierzył w dotrzymywanie obietnic. To samo dotyczyło stwierdzenia „póki śmierć nas nie rozłączy”. Teraz jednak miał ciało i potrzeby dwudziestolatka, a jego żonie dawno stuknęła już pięćdziesiątka. Sytuacja była trudna. Na szczęście program treningów żołnierzy przywróconych do czynnej służby, a potem szkolenie nowych rekrutów było tak wyczerpujące, że nie miał siły wracać do San Diego. Program odmładzania miał w końcu objąć także rodziny żołnierzy, ale sierżant musiałby to najpierw zobaczyć, żeby uwierzyć. Krążyły już plotki o deficycie materiałów do odmładzania, więc nikt nie wiedział, czego należało się spodziewać na dłuższą metę. Sierżant bardzo obawiał się swojego spotkania z Prissy.
Na domiar złego wszystkich najstarszych podoficerów, do których się zaliczał, wezwano jednocześnie, więc w wojsku panował teraz nadmiar pułkowników i podpułkowników, dwóch najwyższych rang objętych programem odmładzania. W marynarce wojennej określano to jako „nadmiar szefów”. Dodatkowo, ponieważ główny nacisk kładziono na szkolenie, większość starszych podoficerów i oficerów została przydzielona do prowadzenia podstawowych i zaawansowanych treningów. Dlatego zamiast stanowiska starszego podoficera w kompanii Pappas otrzymał dowództwo zwykłego plutonu rekrutów.
Nie był więc w najlepszym humorze, kiedy witał grupę czterdziestu pięciu młodych mężczyzn, z których miał zrobić żołnierzy piechoty morskiej (żołnierzy wojsk uderzeniowych, hoplitów albo jakkolwiek mieli się oni teraz, kurwa, nazywać). W charakterystyczny sposób uśmiechnął się do podkomendnych. Mniej bystrzy pomyśleli, że sierżant nie jest więc sadystycznym kretynem, przed którym ich ostrzegano, tylko przyjaźnie uśmiechniętym gościem, i ostrożnie odwzajemnili uśmiech. Bystrzejsi trafnie odgadli, że wpakowali się w poważne kłopoty.
— Dzień dobry, dziewczynki — powiedział sierżant cichym, przyjaznym głosem. — Jestem sierżant Pappas. — Głos był tak cichy, że musieli wytężać słuch. — Niestety przez następne cztery miesiące będę waszym sierżantem szkoleniowym. Mój drobny, wysportowany młodszy kolega — wskazał na stojącego obok żołnierza — to kapral szkoleniowy Adams. Myślcie o nas jako o waszych markizach de Sade, całkowicie nienormalnych instruktorach aerobiku. Jako wstęp do nauki tak zwanej kurtuazji wojskowej macie się do mnie zwracać tak, jakbym był oficerem.
Będziecie mi mówić „sir” i salutować na powitanie. Czy to jasne?
— Tak.
— Dobra.
— Nie ma sprawy.
— Tak jest, sir!
— Och, przepraszam. Nie wyjaśniłem. Prawidłowa odpowiedź brzmi: „Jasne, sir”.
— Jasne, sir.
Włożył palec do ucha, jakby chciał je przeczyścić.
— Przepraszam. Mam słaby słuch. To przez te krzyki umierających rekrutów. Prosiłbym odrobinę głośniej.
— Jasne, sir! — wrzasnęli.
— Widocznie jednak nie wyrażam się jasno — powiedział powoli i wyraźnie. — W prawo zwrot, padnij. Specjalnie dla kretynów, którzy tego nie rozumieją, czyli oczywiście dla was wszystkich, wyjaśniam, że komenda oznacza, iż macie się obrócić lekko w prawo i przyjąć pozycję do robienia pompek.
Kilku rekrutów szybko przywarło do ziemi, inni z wahaniem zaczęli wykonywać wydany rozkaz, ale większość nadal stała, nic nie rozumiejąc.
— Padnij! Na ziemię! Jazda! Ruszać się! — zagrzmiał sierżant o wiele głośniej i ostrzej niż kapral, głośniej niż cała ich grupa. — Zginać łokcie! Ty! Ruszaj się! Dmuchać pompki, pierdoły! Patrzcie na wprost, głowa do góry, wzrok utkwiony w dalekim punkcie. A teraz, kiedy wydam rozkaz, wasza odpowiedź brzmi: „Jasne, sir.”. Macie być wyraźnie słyszani na Marsie! Jasne?
— Jasne, sir!
— Dotąd sądziłem, że ta pozycja ułatwi wam skupienie uwagi. Ale widzę, że przynajmniej jeden z was woli ćwiczyć na siłowni.