Выбрать главу

— A po co im piramidy? — zapytał Mueller.

Piramidy były uderzająco podobne do indiańskich budowli w Ameryce Środkowej. U podstawy każdej z nich stała duża chata i rozciągał się plac apelowy albo plac zabaw. Zauważono, że Wszechwładcy spędzają większość czasu wewnątrz lub w pobliżu chat. Na szczycie każdej piramidy stał mały dom albo pałac.

— Miejsce kultu? — podsunął Richards.

— Czyje? Wszechwładców? — zapytał Ersin.

— Może dlatego tak się ich określa? — poddał myśl Trapp, przesuwając cicho nóż Bushmaster po diamentowej ostrzałce.

— Siedem piramid dla siedmiu Wszechwładców? — zastanowił się Mosovich.

— Naliczyliśmy co najmniej dziesięć — zaznaczył Mueller.

— A więc nie jedna piramida na każdego Wszechwładcę. Około tysiąca trzystu wojowników, tak?

— Tak — zgodził się Mueller, kiedy wyciągnął podręczny komputer. — Tysiąc trzystu wojowników, około dziesięciu Wszechwładców i stu dwudziestu trzech Krabów. Razem… prawie tysiąc pięciuset mieszkańców osady.

W miarę budowy piramid zagrody z pisklętami przesuwano. Wyjaśnił się też powód trzymania Tchpth. Zespół patrzył bezradnie, jak Tchpth byli wyciągani jeden po drugim z zagrody i zarzynani. Żołnierze mieli świadomość, że na ich oczach zabija się i zjada inteligentne, często nawet wyjątkowo inteligentne istoty, ale nie mogli temu przeszkodzić bez narażenia swojej misji. Był to jeden z tych przypadków, kiedy powodzenie misji liczyło się bardziej niż życie jednostki czy nawet grupy jednostek. Nie podobało im się to, tak samo jak fakt, że przypadkowa grupa nowych Tchpth została schwytana w dżungli i zapędzona do zagród.

— Ale co z raportem Martine’a? — zapytał Richards. — Dlaczego jakiś gatunek miałby to robić?

— W… w… widziałem, c… c… co w… w… widziałem — powiedział z naciskiem podoficer odpowiedzialny za komunikację.

— Może to wynik ograniczonych zasobów żywności? — podsunął myśl Trapp.

— Jakich ograniczonych zasobów? — parsknął śmiechem Mueller. — Dopiero co podbili planetę pełną pożywienia.

— Może po prostu im smakuje — powiedział Tung.

Wszyscy spojrzeli na niego. Tung notorycznie oszczędzał słowa, więc kiedy w końcu coś mówił, wszyscy go słuchali.

— Wprawdzie są zbudowani jak wszystkożercy, ale to jest jedyne pożywienie pochodzące z ich planety. Może im smakuje.

Wszyscy popatrzyli na niego z podziwem. Jeszcze nigdy nie powiedział aż tyle za jednym posiedzeniem. A do tego miało to jeszcze sens; to by wyjaśniało, dlaczego Wszechwładcy jedli pisklęta swojego klanu, co sierżant Martine jeszcze przed godziną widział na własne oczy.

— Dobra — stwierdził Mosovich — przyjmijmy to jako możliwe wytłumaczenie, dopóki nie znajdzie się lepsze.

Chyba zebraliśmy już wszystkie potrzebne informacje. Czas przyjrzeć się innym miejscom. Zaczynamy jutro rano.

Wysuszcie się dobrze dziś w nocy; następną okazję będziecie mieli dopiero za kilka tygodni.

17

Transportowiec planetarny klasy Maruk
Tranzyt w n-przestrzeni Ziemia-Diess, przestrzeń zerowa
09:27, 28 stycznia 2002

— Porucznik Michael O’Neal zgłasza się na rozkaz, sir!

Mike zasalutował sztywno ze wzrokiem utkwionym piętnaście centymetrów powyżej głowy dowódcy.

— Spocznij, poruczniku.

Wysoki, szczupły oficer znowu zajął się czytaniem komputerowego wydruku raportu i robieniem notatek.

Jak pozwalała na to komenda „spocznij”, Mike stał w lekkim rozkroku z rękami splecionymi na plecach i korzystał z okazji, żeby przyjrzeć się pomieszczeniu i jego gospodarzowi. Podpułkownik Youngman miał małą łysinę i bardzo skrzywiony kręgosłup. Stalowe mięśnie zdradzały dobrą kondycję fizyczną, ale w porównaniu z O’Nealem oficer wyglądał niemal wątło. Bez wątpienia był biegaczem; sądząc po wyglądzie zagłodzonego charta, zapewne weekendowym maratończykiem.

Elipsoidalne pomieszczenie miało surowy, niemal spartański wystrój. Mike przypuszczał, że przyczyną tego były raczej przeszkody technologiczne niż upodobania pułkownika. Gołe szare ściany z masy stalowo-plastycznej były całkowicie niedostosowane do jakichkolwiek normalnych systemów zaczepu — klej by nie przywarł, a gwoździe wygięłyby się — a na rurach na suficie, wykonanych z jakiegoś prawdopodobnie organicznego tworzywa, którego używali Indowy, nie dało się niczego powiesić. Nie było luster, zamykanych szafek ani półek, było tylko biurko, dwa krzesła i podłoga. Światło miało dziwną zielonkawoniebieską barwę, za którą przepadali Indowy. Przez to światło pomieszczenie wyglądało na zimne i ciemne, i przywodziło na myśl filmowe horrory.

Na podłodze stało kilka pudeł, niewątpliwie wypełnionych rzeczami, które dowódca batalionu uważał za niezbędne do udekorowania biura. Mike zaczął wyobrażać sobie w myślach ich zawartość, zaczynając od „barwy narodowe”. Kiedy doszedł do „żona i dzieci, zdjęcie, pięć na siedem, zręcznie ukryte poniżej zdjęcie kochanki”, zdał sobie sprawę, że jego próby pozostania spokojnym powoli rozsypują się w drobny mak. Po dziesięciu minutach pułkownik odłożył drugi raport i podniósł wzrok.

— Wyglądacie na zdenerwowanego, poruczniku.

— Tak pan uważa, sir? — zdziwił się Mike.

Mimo że ten palant okazał mu swoją wyższość, każąc mu czekać dziesięć minut, Mike był pewien, że jego wyraz twarzy się nie zmienił.

— Wyglądaliście na wkurzonego już wtedy, kiedy przeszliście przez drzwi. Szczerze powiedziawszy, robicie minę, jakbyście mieli zaraz odgryźć dupę dzikiej bestii.

Pułkownik zmarszczył czoło w grymasie niezadowolenia.

— A, o to chodzi, sir — powiedział Mike i przestał się dziwić; stale ktoś popełniał ten sam błąd. — Ja mam stale taki wyraz twarzy. To od podnoszenia ciężarów.

— Ciężarowiec, co? Ciężarowcy są zazwyczaj kiepscy w biegach. Jak tam wasze wyniki na ćwiczeniach, poruczniku? — zapytał pułkownik i uniósł brew.

— Daję sobie radę, sir.

Zazwyczaj jestem najlepszy, sir, pomyślał z odrobiną cierpkiego humoru. A jeśli uważa pan, że ciężarowcy są kiepskimi biegaczami, powinien pan zobaczyć maratończyka na siłowni. Kiedy się potrafi poderwać sztangę dwukrotnie cięższą od siebie samego, pompki i przysiady to pestka. Biegi stanowią pewien problem, ale Mike i tak był zazwyczaj najlepszy w swojej grupie wiekowej.

— „Daję sobie radę” to za mało. Od moich oficerów oczekuję maksymalnej sprawności fizycznej i mimo że nie jesteście oficjalnie przypisani do tej jednostki, oczekuję, że i tak będziecie świecić przykładem. Na tym statku nie ma odpowiednich miejsc do biegów, ale kiedy dotrzemy na docelową planetę, chcę zobaczyć, jak spisujecie się na codziennych ćwiczeniach. Czy wyrażam się jasno?

Pułkownik chciał zmrozić Mike’a wzrokiem. Jednak po wieloletnich doświadczeniach z lodowatym wzrokiem Jacka Hornera spojrzenie pułkownika spłynęło po O’Nealu jak woda po oszlifowanej ściance diamentu.

— Tak jest, sir — rzucił Mike z udaną powagą.

— Hmm. W ten sposób dochodzimy do kwestii waszej misji. Jak rozumiem, macie doradzać mnie i moim ludziom w sprawach funkcjonowania i używania pancerzy wspomaganych. Zgadza się?

— Sir — Mike urwał na moment, zanim rozpoczął starannie przygotowane przemówienie. — Jako członek zespołu projektowania uzbrojenia piechoty GalTechu dysponuję szczegółową wiedzą na temat słabych i mocnych stron pancerzy wspomaganych. Zespół sprecyzował też wymagania w zakresie gotowości bojowej. Okoliczności sprawiły, że pański batalion został wysłany z misją, zanim spełnił wymogi szkolenia i zanim ktokolwiek, zespół GalTechu, GF TRADOC czy Siły Uderzeniowe Floty, uznał go za całkowicie przygotowany. Dlatego przydzielono mnie do pomocy. Sir, pan wie wszystko o strategii lekkiej piechoty, może też i ciężkiej piechoty, ale ja się znam na pancerzach i strategii ich użycia. Pracowałem nad pancerzami wspomaganymi dłużej niż ktokolwiek inny we flocie — zakończył nie bez dumy.