— Jestem projektantem pancerzy, sir — powiedział O’Neal z lekkim uśmiechem.
— Cóż — dowódca odwzajemnił uśmiech — to dobrze, bo przyda nam się trochę pomocy.
— Sir — powiedział Mike z niepokojem — otrzymałem pewne rozkazy…
— Poruczniku — powiedział surowo kapitan — zdaję sobie sprawę z wagi rozkazów. Jestem zawodowym oficerem i po raz drugi służę jako dowódca kompanii. Uważam, że złamanie rozkazu nie jest właściwą decyzją. Dlatego nie wydaje mi się, żeby musiał pan łamać rozkazy.
— Naprawdę? — powiedział zaskoczony Mike.
— Naprawdę? — spytał jeszcze bardziej zaskoczony podoficer.
Mike uśmiechnął się do wysokiego żołnierza. Podoficer odwzajemnił uśmiech.
— Jak rozumiem, zna pan już sierżanta Wiznowskiego? — powiedział kapitan. — Sierżant dowodzi drużyną zwiadowców-snajperów kompanii.
— Tak, sir, oczywiście — powiedział Mike i wyciągnął dłoń. — Co słychać, sierżancie?
— Ach, raz z górki, raz pod górkę, Mocarne Maleństwo, jak zwykle. A co u ciebie?
Ręka Wiznowskiego owinęła się wokół dłoni Mike’a, tak że ten mógł ją uścisnąć właściwie tylko kciukiem.
Porucznik parsknął śmiechem.
— A więc — powiedział kapitan — rozumiem, że służyliście kiedyś razem.
— Hej, Bocian — powiedział Mike — kopę lat.
— Skoro wszyscy się już znamy… — powiedział kapitan z uśmiechem, który szybko zniknął.
Zaczął mówić, ale urwał i rozejrzał się po kabinie.
— Miałem wyjaśnić powód mojej wizyty, ale muszę najpierw zadać kilka pytań. Skąd, u diabła, ma pan to oświetlenie?
Dopiero po chwili Mike zrozumiał, o czym mówi dowódca. Roześmiał się. Światło w jego kwaterze nie miało niebieskozielonej barwy jak w innych częściach statku. Przypominało mniej więcej normalne ziemskie światło i nie wyglądało na oświetlenie z jarzeniówki albo lampy fluorescencyjnej. Było jasne jak światło słoneczne o poranku po opadach śniegu.
— Ach, więc… — zaczął Mike.
— To nie jest śmieszne, poruczniku. Ludzie wariują od tego oświetlenia. A pańskie krzesła i łóżko mają właściwe rozmiary. Cholera, od dwóch miesięcy śpię na łóżku zbudowanym dla Indowy dwa razy niższego ode mnie!
— Ja śpię na podłodze — powiedział Wiznowski z głęboką rezygnacją w głosie.
Zaskoczony Mike popatrzył na dowódcę.
— Pan żartuje, sir? — spytał przerażony.
— Nie, poruczniku — powiedział ze smutkiem dowódca — z pewnością nie żartuję.
Mike pomyślał przez chwilę o żołnierzach od miesiąca żyjących w świetle z kiepskiego horroru filmowego, śpiących na łóżkach, które były zupełnie nie dostosowane do ich potrzeb, i poczuł się bardzo źle.
— Jezu, sir — szepnął i otarł twarz dłońmi. — Cholera jasna. Przykro mi. — Potrząsnął głową. — Czy nikt nie rozmawiał z tymi przeklętymi darhelskimi koordynatorami?
— Nie mam pojęcia, poruczniku. O ile wiem, na statku nie ma żadnych Darhelów.
— Michelle — Mike zagadnął inteligentny przekaźnik, odwracając się gwałtownie od dowódcy — gdzie są darhelscy koordynatorzy?
— Łącznicy Darhel przesiedli się na statek kurierski klasy Flantax podczas awaryjnego postoju na Daspardzie. Dołączą do Sił Ekspedycyjnych na Diess.
— Co?! — krzyknął.
Według jego dokumentacji, łącznicy mieli bezwarunkowo towarzyszyć Siłom Ekspedycyjnym przez całą drogę na Diess. Czekał tam już zespół, który miał zająć się wszystkim na miejscu. Nie było mowy o tym, żeby statek kurierski klasy Flantax zabrał tam Darhelów dwa razy szybciej i w dużo bardziej komfortowych warunkach. Mike znowu ze złością potarł twarz i wziął głęboki oddech.
— Czy Darhelowie pozostawili jakieś wskazówki co do dostosowania kwater i terenów szkoleniowych do warunków ziemskich?
— Brak odnośnych wpisów w bazie danych — stwierdził przekaźnik z nietypową szczerością.
Mike pomyślał nad tym przez chwilę i kiwnął głową.
— Czy istnieją zapisy rozmów na ten temat między Ziemianami i Darhelami? — zapytał ostrożnie.
Wiedział, że właściwie między Ziemianami a Indowy nie było żadnych kontaktów.
— Informacja dostępna wyłącznie dla stron uczestniczących w rozmowach albo brak dostępu z powodu utajnienia danych.
Odpowiedź znowu przyszła bardzo szybko. Mike zdał sobie sprawę, że były to odpowiedzi niejako „wgrane” do pamięci przekaźnika i omijające jego „osobowość”. Jego pozycja w Zarządzie prawdopodobnie upoważniała go do obejścia zabezpieczeń i otrzymania dostępu do zapisów interesujących go rozmów, ale wiązałoby się to z poinformowaniem uczestniczących stron. Mike nie chciał jeszcze drażnić potwora.
— To się robi coraz dziwniejsze — mruknął.
— Co? — zapytał cicho Wiznowski.
Kapitan chciał o coś zapytać, ale Wiznowski uniósł rękę, prosząc o ciszę. O’Neal był tymczasem w innym świecie. Kiedy minęła prawie minuta, Wiznowski znowu go zagadnął.
— Mike? — powiedział. — Jesteś tam?
O’Neal znowu drgnął i podniósł wzrok.
— Coś tu jest naprawdę popieprzone — oznajmił.
— Proszę jaśniej — powiedział kapitan.
— A więc… — zagrał na zwłokę O’Neal, zastanawiając się, jak zacząć.
— Więc — powiedział znowu — po pierwsze… — Spojrzał na oświetlenie i zaczął od tego. — Wszystko na statku kontroluje załoga Indowy — powiedział i spojrzał kapitanowi w oczy. — Rozumie pan?
— Tak — powiedział dowódca.
— Dobra, wszystko, wodę, powietrze, pożywienie. Skąd mieliście jedzenie?
— No — powiedział zaskoczony kapitan — w sektorze jadalnym…
— Jezu! — wykrzyknął Mike. — Przepraszam, sir.
— Wolałbym, żeby nie wypowiadał pan w mojej obecności imienia jedynego Syna Bożego nadaremnie — powiedział kapitan z pobłażliwym uśmiechem. — Ale ogólnie podzielam pańskie uczucia religijne. Co jest złego w używaniu sektora jadalnego?
— A jak podgrzewacie jedzenie? — zapytał Mike, bojąc się odpowiedzi.
— Na polowym sprzęcie kuchennym — odpowiedział Wiznowski. — Kuchenki na propan i grzałki. Jemy dużo konserw z puszki.
— Niezbyt dobrze służy to morale wojska — zauważył sucho kapitan.
— O rany, sir, jak można było to wszystko tak spieprzyć? — zapytał Mike i zastanowił się nad tym, co właśnie powiedział. — Proszę wybaczyć moje słownictwo.
Kapitan pobłażliwie skinął głową.
— Może powinien mi pan wyjaśnić, jak to się ma właściwie odbywać — powiedział.
— Dobra — odpowiedział Mike. — Indowy kontrolują wszystko. Według oryginalnego planu — proszę pamiętać, że miałem z nim do czynienia tylko przelotnie, więc mogłem zapomnieć szczegóły — Darhelowie mieli przygotować wszystko dla Ziemian za pośrednictwem Indowy. Indowy zaś mieli dostosować oświetlenie, grawitację, skład powietrza, wszystko.
Upewnił się, czy obydwaj żołnierze rozumieją, co mówi, i ciągnął dalej, kiedy kapitan skinął głową.
— Cała przestrzeń statku już dawno powinna zostać dostosowana do ludzkich potrzeb. Właściwie zaraz po naszym wejściu na pokład. Indowy zarządzają też głównymi zapasami żywności. Macie świeże owoce, warzywa i mięso? — zapytał.
— Nie — powiedział kapitan Brandon i potrząsnął głową.
Nagle zdał sobie sprawę, co wynika z tego pytania.
— Myśli pan, że w tej puszce jest świeże jedzenie? — ciągnął, robiąc się coraz bardziej zły.