Выбрать главу

— W sektorach jadalnych powinna być obsługa, tak jak to było w Bragg. Jezu, jeśli mamy aż takie pieprzone kłopoty, to ciekawe, jak radzą sobie cholerni Chińczycy.

Mike zamyślił się.

— Można to naprawić? — zapytał kapitan, cierpliwie naprowadzając rozkojarzonego porucznika z powrotem na temat rozmowy.

— Nie wiem — powiedział Mike i podrapał się w podbródek. — Nie rozumiem tylko, czemu nie zajął się tym już Oberst Kiel.

— Kto? — zapytał Wiznowski.

— Pułkownik Kiel, dowódca niemieckiej jednostki pancerzy wspomaganych — wyjaśnił Mike. — Sprytny z niego Szwab. Ciekawe, czemu się tym nie zajął. Michelle?

— Słucham, sir?

— Czy Oberst Kiel starał się uzyskać pomoc Indowy dla ziemskich żołnierzy? — zapytał Mike.

— Brak…

— Obejdź zabezpieczenia. Rozpoznawanie głosu i identyfikacja sensoryczna. Jakikolwiek wymagany priorytet — rzucił.

— Tak, starał się, poruczniku — powiedział przekaźnik, tym razem rozzłoszczonym tonem.

Przekaźnik postanowił widocznie utrudniać obchodzenie zabezpieczeń.

— I dowiedział się…? — zapytał Mike.

— Jeśli to potoczne wyrażenie oznacza pytanie „jaki był wynik rozmowy”, odpowiedź brzmi: żaden — stwierdził przekaźnik.

— Dlaczego? — zapytał Mike.

— Bo tak — odpowiedział przekaźnik.

Gdyby czarna skrzynka mogła się dąsać, na pewno zrobiłaby to teraz. Mike zamknął oczy i policzył do trzech.

— Michelle, czyżbym cię musiał zdebugować? — zapytał ze słodką drwiną w głosie.

— Nie — powiedział przekaźnik bardziej normalnym głosem. — Oberst Kiel komunikował się z Indowy przez sieć inteligentnych przekaźników. Jednak kapitan Indowy odmówił udzielenia większej ilości informacji, niż zezwolili mu Darhelowie, zanim opuścili statek. Ponadto odmówił osobistego spotkania z Oberstem Kielem. Jak wiadomo…

— Rasie Indowy zdecydowanie nie odpowiadają spotkania twarzą w twarz — Mike pokiwał głową i znowu spojrzał kapitanowi w oczy. — Dobra, już wiem, na czym polega problem.

— Może go pan rozwiązać? — zapytał zdezorientowany kapitan.

— Tak — powiedział Mike. — Pewnie tak, sir.

— Mówiłem panu, że to tęgi łeb, sir — powiedział Wiznowski.

— Dlaczego pan może — zapytał kapitan — skoro nie mógł niemiecki pułkownik i przypuszczalnie też dowódca korpusu?

— Częściowo z powodu wzrostu, sir. — Mike skrzywił się w grymasie niezadowolenia. — I mowy ciała. Dla Indowy nie wyglądam na mocarza; większość z nich jest dość krępa. I jestem dla nich tylko wysoki, a nie olbrzymi.

Poza tym bardzo dobrze reagują na gesty, które stosuje się przy oswajaniu koni. Robiliśmy to na farmie — wyjaśnił. — Więc mogę się z nimi dogadać, podczas gdy większość ludzi ma z tym problemy. Prawdopodobnie dowódca korpusu komunikuje się z Indowy za pośrednictwem Obersta Kiela, sir. Nie wiem czemu, ale Indowy rzadko robią cokolwiek bez przynajmniej jednego pośrednika. Jeżeli uda mi się zaaranżować spotkanie z kapitanem statku, będę mógł osobiście wyłuszczyć mu szczegóły planowanego przedsięwzięcia, nakłonię go, żeby spełnił prośbę Obersta Kiela.

— Hmm — dowódca przetrawił zagadnienie w myślach. — A jeśli się nie uda?

— Wtedy, sir, osobiście dostosuję każdy sektor — odpowiedział Mike.

— Dobra — powiedział Brandon. — Naprawdę są świeże owoce na statku? — zapytał po chwili żałosnym głosem.

— I warzywa — potwierdził Mike. — W stanie stazy, żeby pozostawały nieskończenie długo świeże. Ma pan ochotę na sałatkę?

— Nie — powiedział dowódca.

Zerknął na Wiznowskiego, który miał dosyć dziwną minę.

— Nie, jeśli nie możemy jej zanieść żołnierzom…

— Tak jest, sir — powiedział podoficer. — Widzisz, Mike, odkąd skończyły nam się zapasy z Ziemi, jemy tylko suchą żywność w torebkach. I groch z puszki, kukurydzę z puszki i fasolę z puszki. Żołnierze zaczynają już mieć tego dość.

— Ale nie ty, prawda, Bocian? — uśmiechnął się Mike. — Wariują? — zapytał, odwracając się z powrotem do dowódcy.

— Nie — potrząsnął głową Brandon. — U nas wszystko w porządku. Każdy bierze witaminy, a jedzenia starcza. Nie mówiąc o napojach. Ale mamy poważny problem z morale żołnierzy. W innych kontyngentach, nawet amerykańskich, wybuchają zamieszki.

Znowu potrząsnął głową, tym razem z rezygnacją.

— Dobra, zajmiemy się tym, sir — powiedział z przekonaniem porucznik.

Kapitan uśmiechnął się.

— Miło mi to słyszeć. Ale przypomniało mi to prawdziwy powód mojej wizyty. Szkolenie.

Tym razem Mike zmarszczył czoło.

— Otrzymałem wyraźne rozkazy, sir.

— A mógłby pan zdradzić mi naturę tych rozkazów?

— Mam się nie mieszać do szkolenia. Mam nawet nie rozmawiać z oficerami o szkoleniu. Mam nie wchodzić na teren batalionu ani na teren szkolenia.

— Hmm — oficer uśmiechnął się. — W porządku, widzę, że moje źródła dobrze mnie poinformowały. Jak już mówiłem, nie chcę, żeby łamał pan rozkazy…

— Cóż, sir — powiedział O’Neal. — Skoro rozkazy były najwyraźniej błędne…

— Ale musi pan pamiętać, poruczniku — powiedział ostro kapitan i pogroził palcem młodszemu oficerowi — że należy wykonać rozkaz starszego stopniem oficera.

Brandon przestał mówić żartobliwym tonem.

— Poza tym nieposłuchanie pułkownika byłoby wyrazem braku dyscypliny i zniszczyłoby pańską karierę.

Kapitan utkwił wzrok w poruczniku, żeby się upewnić, że ten zrozumiał sens wypowiedzi.

— Tak, sir — powiedział Mike.

Zdawał sobie sprawę, że dowódca zmierza do czegoś, ale nie był pewien, do czego.

Kapitan podniósł wzrok i zastanowił się przez chwilę nad tym, co miał do powiedzenia. Zamknął jedno oko i zmarszczył czoło. Brew nad otwartym okiem drgała w górę i w dół.

— Ustalmy jedno. Czy rozmawialiśmy na temat szkolenia z użyciem pancerzy wspomaganych albo jakiegokolwiek galaksjańskiego sprzętu? — zapytał. — Ani przez moment — podkreślił.

— No tak, sir — potwierdził Mike po chwili namysłu.

Wiznowski tylko potrząsnął głową.

— Dobra — skinął głową kapitan na znak zgody. — I nie będziemy rozmawiać o szkoleniu. Ale pozwoli pan, że zadam pewne pytanie. Gdyby kompania miała zespół, który pan by prowadził, musiałby pan być na miejscu? Osobiście? — zapytał kapitan tonem sugerującym odpowiedź.

Zaskoczony Mike potężnie zmarszczył czoło i po chwili otworzył szeroko oczy. Zerknął na leżące na stole okulary z interfejsem rzeczywistości wirtualnej. Pomyślał o tym jeszcze przez chwilę i nagle zdał sobie sprawę, dlaczego chytry dowódca kompanii przyprowadził ze sobą podoficera.

— Hej, Wiz, czy ty i chłopaki macie coś takiego? — zapytał i podniósł w górę okulary wojskowe.

Wiznowski przymknął powieki w zamyśleniu.

— Tak — szepnął z lekkim uśmiechem.

Roześmiał się szeroko.

— Tak!

— No, panowie — powiedział kapitan, wstał szybko i położył dłonie na biodrach. — Jestem pewien, że macie sporo do omówienia. — Obdarzył ich dobrodusznym uśmiechem. — Jednak mimo że pozwalam sierżantowi Wiznowskiemu na krótkie wizyty, bo jesteście starymi przyjaciółmi, mam nadzieję, że będziecie ostrożni, jeśli chodzi o wybór tematu rozmów. Nie pytajcie, nie mówcie za wiele, nic nie wiecie.

Mrugnął okiem, odwrócił się i szybko wyszedł z ciasnej kabiny.