— Przygwoździmy Wszechwładców — powiedział Richards.
— Ja bym tak zrobiła — uśmiechnęła się z rozmarzeniem Ellsworthy.
Wyciągnęła rękę na pełną długość i przyjrzała się, w jakim stanie były jej paznokcie.
— Cholera, szkoda, że nie ma tu kosmetyczki.
Spiłowała kolejny nierówny paznokieć.
— Zaminujemy przejścia i budynki — stwierdził Tung, patrząc na szczupłą marine.
Ellsworthy przez większość czasu była jakby w innym świecie, ale najwyraźniej czyniło ją to tylko sprawniejszą, kiedy przychodził czas na działanie.
— Przyjdziemy w nocy, porozkładamy ładunki i uderzymy z boku tuż przed świtem. Większość zabierze pisklęta, a reszta wyciągnie Posleenów w daremną pogoń.
— Nie wiemy, czy nie mają pojazdów innych niż pojazdy Wszechwładców, które mogłyby dać sobie radę w tym bajorze — zaznaczył Mosovich. — W gruncie rzeczy pomysł jest dobry, ale powinniśmy unikać prowokowania ich do pogoni. Tung, Ersin, do mojej kabiny. Reszta niech weźmie prysznic i się wyśpi, ja porozmawiam z górą i przygotuję plan działania.
Sandra Ellsworthy była w swoim żywiole. Owinięta w jutowe szmaty usadowiła się na dolnych gałęziach gryfiego drzewa i wypatrywała celu. Kiedy pierwsze nikłe promienie purpurowego świtu zaczęły barwić barwhoński horyzont, wydajność światłoczułych urządzeń na celowniku jej karabinu zmniejszyła się. Na szczęście Posleeni mieli wyższą temperaturę ciała niż ludzie i o wiele wyższą niż na wpół stałocieplni Tchpth, więc dla systemów termowizyjnych widoczni byli na chłodniejszym tle niczym flary.
Zmieniło się tu sporo od ostatniej wizyty zespołu. Było teraz siedem gotowych piramid, każda otoczona kilkoma zagrodami. Ukończono budowę grobli w zachodniej części osady i bunkrów ciągnących się na niemal kilometr od kryjówki Ellsworthy. W północnej i południowej stronie ścinano drzewa i najwyraźniej przygotowywano się do osuszania bagien. Na szczęście nie wycinano lasu po zachodniej stronie osady, gdzie czekali komandosi, gdyż otwarta przestrzeń utrudniłaby wejście zespołu dywersyjnego i zmniejszyła szanse na bezpieczny powrót. Wokół kręciło się też dwa razy więcej Posleenów niż podczas ich pierwszego rekonesansu. Jeśli coś pójdzie źle z porwaniem, wygląda na to, że będą mieli naprawdę nieźle przesrane.
— Pierwsza świnka poszła na targ — szepnęła Ellsworthy i wycelowała karabin w posleeńskiego wartownika, który najprawdopodobniej pierwszy zaatakowałby ich siły dywersyjne.
Jej zadanie polegało na opóźnieniu pościgu bez zmniejszenia efektywności dywersji i zdradzenia swojej pozycji.
Dziecinne wierszyki w rytmie reggae były niezłą metodą zapamiętania kolejności strzałów. Mogła wystrzelić jedenaście pocisków, zanim będzie musiała zmienić magazynek, i każdy pocisk był przypisany do określonego celu.
— Druga świnka została w domu — wsparcie pierwszego wartownika — trzecia świnka miała rożen — dowodzący wojownik chwycił karabin kaliber 3 mm — czwarta świnka nie miała nic — pojawili się jego towarzysze.
Posleeni najwyraźniej zawsze chodzili w kilkuosobowych grupach.
— A piąta świnka… — Posleen przykucnął u wejścia do jednej z ukończonych piramid obok zagrody z pisklętami.
Oczekiwała, że za chwilę pojawią się Wszechwładcy. Planowała zlikwidować przynajmniej dwóch z nich, zanim załaduje nowy magazynek.
— Gem — drużyna zastawiająca ładunki wycofywała się.
— Set — Trapp dotarł na pozycję kontaktową.
Ellsworthy cieszyła się, że to właśnie on był w tym miejscu. Szybki, mały sukinsyn był prawdziwym mistrzem, niezależnie od tego, co mówiły jego akta.
— Mecz — szepnęła i nacisnęła spust.
— Teraz — wrzasnął starszy sierżant Tung.
Ellsworthy ledwo dostrzegła Muellera i Ersina, krążących wokół zabudowań. Teraz jednak widoczne było ich dzieło. Dwa na wpół ukończone bunkry przy grobli pochłonął aktyniczny srebrny ogień, gdy zadziałały katalizowane ładunki wybuchowe C-9. Jednocześnie w płomieniach stanął dalszy szereg bunkrów. Z pałacu na szczycie najdalszej piramidy ściekły strumienie plazmy, kiedy zdetonowano tam ładunek antymaterii. Posleeni zaczęli wylegać z chat jak szerszenie z gniazda, a Ellsworthy częstowała ich pociskami z karabinu wśród kolejnych wstrząsających osadą eksplozji.
Jedna świnka istotnie poszła na targ, a druga udała się do domu. Przy każdym wystrzale karabin kaliber .50 odskakiwał, uderzał Ellsworthy w ramię z siłą kopiącego konia i niemal strącał ją z gałęzi. Ale kiedy sześćdziesięciogramowe pociski przeszywały piersi Posleenów, istoty o rozmiarach konia aż odrzucało na bok wśród strumieni żółtej posoki tryskającej z dziur wylotowych wielkości talerza. Ellsworthy w samą porę zmieniła magazynek, gdy w zasięgu wzroku pojawił się pierwszy Wszechwładca z uprzężą opuszczoną do połowy. Kasta przywódcza okazała tak samo łatwym celem jak reszta. Kawałki mięsa Wszechwładcy wzbiły się w górę, a jego ciało spoczęło obok powalonego strażnika u wejścia do piramidy.
Podczas gdy mistrzyni snajperstwa eliminowała kolejne cele, Trapp miał inne problemu. Kiedy tylko posleeński wartownik odwrócił się i spojrzał na buchające srebrne płomienie, z ziemi niepostrzeżenie poderwał się czarny cień.
Komandos nie ufał mocy dziewięciomilimetrowych kul w walce z przeciwnikiem o wadze małego konia i w ciągu czterech sekund wpakował aż siedem pocisków w pierś wartownika i trzy w jego głowę. Łeb Posleena eksplodował jak żółty melon i centaur dołączył do swoich poległych braci. Trapp powoli opuścił broń i przemieścił się na zachód osady, żeby osłonić lewe skrzydło nacierającej grupy towarzyszy.
Richards ruszył w stronę osady i ustawił tuż przy zagrodach lekki karabin maszynowy M-60. Wkrótce dołączył do niego starszy sierżant Tung ze średnim laserem. Pozwoliło to Mosovichowi i Martine’owi skoncentrować się na celu misji.
Zespół miał jednak pewien problem z Tchpth. Nie było urządzeń translacyjnych. Kiedy opuszczali Ziemię, nie dostosowano jeszcze inteligentnych przekaźników do ludzkich potrzeb, a Himmici coraz częściej wzbraniali się przed użyczaniem swoich. Mosovich był więc zmuszony wykorzystać swoją nikłą znajomość języka Tchpth w rozmowie z więźniami, którzy jak nic przypominali mu niebieskie kraby królewskie z Alaski. Martine miał w pewnym sensie pecha i to on musiał napełnić trzy worki pisklętami Posleenów.
Jack podbiegł do ogrodzenia zagrody i krzyknął, mocno akcentując spółgłoski.
— TcKpth! !Klik! Tit! Tit!
Jak szczerze zapewnił go Himmit, znaczyło to: „Przyjaciele przybywają na pomoc, cofnijcie się, cofnijcie się!” Obawiał się, że się nie uda, i rzeczywiście, w chwili, gdy z jego ust. padły pierwsze słowa, Tchpth rzucili się w odległy kraniec zagrody. Wybuchł ładunek C-4 i pokaźny fragment ogrodzenia grubości jednego metra po prostu zniknął w białym błysku eksplozji.
— Ikdee! Ikdee! — krzyknął komandos i ruszył biegiem w stronę dżungli, gestem dłoni nakazując Tchpth, żeby zrobili to samo.
Odwrócił się i stwierdził, że żaden z nich nie ruszył się z miejsca. Wszyscy bez wyjątku pozostali w zagrodzie.
Klnąc wszystko co galaksjańskie, Mosovich popędził z powrotem.
Tymczasem starszy sierżant Martine borykał się z własnymi problemami. Przezornie założył wcześniej rękawice, bo mięsożerni Posleeni już jako pisklęta mieli zęby jak skalpele, ale standardowych skórzanych rękawic roboczych nie zaprojektowano do ochrony przed szczękami mięsożerców i szponami drapieżnych ptaków. Martine przechylił się przez ogrodzenie, tak jak kilka miesięcy wcześniej podpatrzył to u Posleenów, i stwierdził nagle, że pisklęta nie jest wcale tak łatwo chwycić.