— Grodzi, sir. Na statku są grodzie.
— Niech będzie. A wracając do mojego pytania, czy rzeczywiście złamał pan bezpośrednie i pośrednie rozkazy przez uczestniczenie w treningu taktycznym jednej z jednostek podpułkownika Youngmana?
— Częściowo, sir — zaczął kręcić Mike.
Wysilał umysł.
— Pomagając kapitanowi Brandonowi i kapitanowi Wrightowi w szkoleniu w zakresie pancerzy wspomaganych?
— Sir, nie rozmawiałem z żadnym oficerem batalionu o szkoleniu ani o galaksjańskiej technologii.
— Byłby pan łaskaw wyjaśnić? — zapytał generał i uniósł brew.
— Nie mówiłem bezpośrednio z żadnym oficerem o szkoleniu, sir. Taki właśnie miałem rozkaz. Nie pojawiłem się także w sektorach zajmowanych przez batalion ani na terenach przeznaczonych do szkolenia. Właściwie wykonałem rozkaz co do słowa.
— Rozumiem. — Generał uśmiechnął się. — Przypuszczam, że istnieje jednak jakiś powód, że podoficerowie i inni żołnierze w kompaniach radzą sobie lepiej niż oficerowie?
— Możliwe, sir.
— I powód ten jest związany z pańską działalnością?
— Możliwe, sir. Ale może to też wynikać z faktu, że oficerowie spędzają więcej czasu w klubie niż w pancerzach.
— Ale miał pan wpływ na szkolenie — zaznaczył generał.
— Tak, sir.
— Pomimo harmonogramu treningu zatwierdzonego przez dowództwo batalionu?
— Tak, sir.
— Był pan świadomy wydanego harmonogramu?
— Tak, sir.
— Dobrze. Cieszę się, że nie przymyka pan oczu na swoje przewinienia.
Generał potrząsnął nagle głową, jakby się spieszył.
— Synu, powiem ci coś jako przeprosiny. Batalion został dołączony do kontyngentu i nie jest już właściwie moją jednostką, jest jednostką III Korpusu. Dlatego byłoby mi cholernie trudno oddelegować podpułkownika Youngmana, na co mam w tej chwili ogromną ochotę.
Uniósł brew w oczekiwaniu komentarza, ale Mike siedział cicho. Generał znowu potrząsnął głową i kontynuował wypowiedź.
— Piekielnie ciężko zabierać wojsko na wojnę, kiedy się nie ufa żadnemu dowódcy. Dlatego złamałem moją odwieczną zasadę, żeby nie kierować centralnie wszystkimi jednostkami, i wydałem podpułkownikowi Youngmanowi pisemne polecenie rozpoczęcia intensywnego programu szkolenia w pancerzach wspomaganych.
Napisałem, podkreślając wykazaną przez niego dotychczas niezdolność do wyszkolenia jednostek w przewidywanym czasie, że jeśli batalion nie wykona do chwili lądowania co najmniej osiemdziesięciu procent programu szkolenia, nie będę miał innego wyjścia, jak zwolnić go dyscyplinarnie. Bynajmniej nie przyjął tego zbyt dobrze. Najwyraźniej uważa, że skoro nie było możliwości odpowiedniego przeszkolenia żołnierzy na Ziemi, batalion powinien otrzymać z powrotem zwykłą broń i status regularnych wojsk powietrznodesantowych.
— Dobry Boże — szepnął Mike.
Czekająca ich bitwa z pewnością przerodzi się w krwawą jatkę nawet dla jednostek pancerzy wspomaganych.
Wykorzystanie lekko uzbrojonych wojsk powietrznodesantowych byłoby samobójstwem.
Generał znowu uśmiechnął się chłodno.
— Nawet nie będę próbował powiedzieć, jak bardzo się z panem zgadzam. Na szczęście rozwiałem złudzenia pułkownika co do tego pomysłu. Jeszcze zanim wyszły na jaw niektóre sprawy, wysłałem osobisty e-mail do Jacka Hornera. Stwierdził, że problem polega tylko na tym, żeby utrzymać cię w ryzach. Jeśli pojawi się natomiast sprawa, która będzie wymagać ślepej siły niszczycielskiej, muszę tylko spuścić cię ze smyczy. Właśnie dlatego odbywamy tę rozmowę. Udzieliłem pułkownikowi Youngmanowi wszelkich wskazówek, jakich moim zdaniem potrzebuje. Nie rozkazałem mu jednak, żeby zatrudnił cię jako doradcę w sprawach szkolenia. Więc jeśli nie skontaktuje się z tobą w ciągu tygodnia, zostaw wiadomość na moim przekaźniku. Złożę mu wtedy nie zapowiedzianą wizytę i rzucę pytanie w stylu: „A co z tym ekspertem z GalTechu, jak mu tam? O’Neal.” Jasne?
— Jak kryształ, sir.
— Jeśli uznam to za konieczne, dam ci carte blanche. Wtedy będę musiał oddelegować pułkownika. Nie mam go kim zastąpić, dlatego mam nadzieję, że wykaże się inteligencją. Rozumiesz więc skutki powierzenia dowództwa batalionu kapitanowi takiemu jak, dajmy na to, Brandon?
— Tak, sir.
Mike miał nogi jak z waty. Polityczni nadgorliwcy w Waszyngtonie wściekliby się. Reperkusje dla GalTechu, który i tak miał złą opinię za łamanie konwencji, mogłyby być gorsze nawet niż utrata batalionu. Biurokraci potrafili rzucać najgorsze kłody pod nogi, kiedy czuli się zagrożeni, i najwyraźniej cholernie trudno było im pojąć, że toczy się wojna.
— Dziękuję za przybycie, poruczniku. Nie było tej rozmowy. To pomieszczenie ulegnie samozniszczeniu za trzydzieści sekund. Zjeżdżaj.
— Tak jest, sir. Gdzie ja właściwie jestem?
21
— Witam, sierżancie, siadajcie.
Jak wiele innych pomieszczeń podczas przygotowań do wojny, połączone biuro i kwatera dowódcy kompanii znajdowały się w baraku o długości dwudziestu metrów. Biuro mieściło się z jednej strony, a kwatera mieszkalna z drugiej. Między innymi oznaczało to o jeden budynek wymagający dostosowania do potrzeb tworzącego się korpusu oficerskiego mniej. Dowódcą kompanii był drugi porucznik z odzysku, który jako jedyny oficer uczestniczył w szkoleniu.
Wskutek wprowadzenia starych technik utrzymania dyscypliny i niewielkiej liczby oficerów odbywających szkolenia przepaść między oficerami a pozostałymi żołnierzami, która zmniejszyła się w ciągu ostatniej dekady, zaczynała się znowu powiększać. Mimo że dowódca kompanii był zasadniczo miłym, chociaż głupim kolesiem, rekruci patrzyli na niego tak, jakby zasiadał po prawicy Boga. Bogiem był oczywiście dowódca batalionu.
Specjalista celowniczy sierżant Pappas i inni podoficerowie podtrzymywali taki stan rzeczy; coraz trudniej było utrzymać podkomendnych w ryzach. Nie tylko trzeba się było zapoznać z zupełnie nowymi technologiami, ale grożące Ziemi niebezpieczeństwo stale rodziło fale niepokoju. Mimo wysokiego prestiżu służby w Oddziałach Uderzeniowych, stres wywołany brakiem informacji o ostatecznym przydziale do określonych zadań, niewiedzą, czy — jak w przypadku oddziałów Gwardii — będzie się bronić bezpośrednio własne rodziny, doprowadził do wzrostu liczby dezercji w przyszłych kompaniach uderzeniowych.
Dezercje były problemem, z którym armia Stanów Zjednoczonych musiała się borykać po raz pierwszy od wielu lat. Pappas słyszał plotki, że w uformowanych już jednostkach sprawy miały się nawet jeszcze gorzej. Żołnierze z tych oddziałów uciekali z bronią i sprzętem, i wracali do domu, żeby bronić swoich rodzin. Ich krewni ukrywali ich i skradziony sprzęt przed władzami. Nikt nawet nie próbował myśleć, co mogło z tego wyniknąć na dłuższą metę.
Dlatego należało koniecznie wpłynąć na tego miłego kretyna. Czasem bowiem zwykłe klepnięcie w plecy albo przelotne, surowe spojrzenie dowódcy powstrzymywało rekruta od ucieczki.
— Sierżancie — ciągnął porucznik, kiedy gigantyczny Pappas usadowił się ostrożnie w chwiejnym fotelu obrotowym — wprowadzono kolejne zasadnicze zmiany. Teraz wszystkie jednostki po podstawowym szkoleniu zostaną przeniesione do ich późniejszego stałego miejsca pobytu, gdzie odbędą indywidualny i zespołowy trening. I tam właśnie wyślemy pancerze wspomagane.