Выбрать главу

— Dobra, sir. Przekażę żołnierzom.

Pappas czekał cierpliwie. Czasem dowódca musiał się długą chwilę zastanawiać, żeby przypomnieć sobie o kolejnych sprawach. Tym razem jednak najwyraźniej zrobił sobie notatki.

— Tak, cóż, poza tym — ciągnął porucznik, patrząc w notatki, i pociągnął nosem — poproszono nas o wyznaczenie kadry. Jesteście osobiście przydzieleni do byłej jednostki powietrznodesantowej, która ma zostać zmieniona w jednostkę pancerzy wspomaganych. Zabierzecie wasz pluton do Indiantown Gap i przygotujecie do walki. To będzie, oczywiście, wasze stałe miejsce pobytu. Przypuszczam, że dołączą do was inne oddziały.

Kurde. Ten pluton? Pappas pomyślał z niechęcią o żołnierzach, którymi teraz dowodził.

— Tak jest, sir. Będzie pan nadal naszym dowódcą?

Nie, nie, nie, nie, nie, nie!

— Nie, jestem tu, cholera, niezbędny. Bóg jeden raczy wiedzieć, kiedy otrzymam dowództwo w walce — powiedział tęgi oficer i nerwowo obciągnął mundur. Nigdy, jeśli dowódca batalionu ma po kolei w głowie.

— To wszystko?

— Niezupełnie. Dowództwo do spraw szkolenia Sił Lądowych postanowiło skrócić cykl treningowy do dwóch tygodni zamiast czterech, a test końcowy został odwołany. Jednostka zajmie pozycję w przyszłym tygodniu, a wy do niej dołączycie. Macie przygotować się do transportu, ale nie wiadomo, kiedy dostaniecie resztę podoficerskiej kadry. Oczywiście wasi oficerowie powinni na was czekać.

— Tak, sir, rozumiem — powiedział Pappas i zastanowił się nad budzącymi niepokój słowami „oczywiście” i „powinni”. — Czy otrzymamy wkrótce rozkaz wymarszu?

— Cóż, właśnie w tej chwili wydaję ustne rozkazy przygotowania plutonu i kompanii jako całości do wylotu. Szczegóły uzgodnijcie z pierwszym sierżantem.

— Tak jest, sir.

— Odmaszerować.

22

Orbita Diess IV
22:33 czasu uniwersalnego Greenwich, 23 kwietnia 2002

Diess była gorącą, suchą planetą, co dla porucznika O’Neala stanowiło wskazówkę, że Galaksjanie mają problemy z przeludnieniem. Trzy olbrzymie kontynenty zajmowały około sześćdziesięciu procent powierzchni planety. Na wybrzeżach notowano niewielką ilość opadów, mniej więcej taką jak na Saharze, a rozległe górzyste tereny w głębi lądu były suchsze niż Dolina Śmierci.

Morza obfitowały w ogromną różnorodność form życia; dominowały organizmy nieco podobne do ziemskich wieloszczetów, z elastycznym pancerzem ze złożonych polimerów zamiast chityny. W zasadzie nie było lądowych form życia. Na wybrzeżach życiodajnych mórz tłoczyły się liczne megalopolis Indowy i Darhelów, a ich odnogi wrzynały się daleko w głąb lądu. Galaksjańska technologia pozwalała na łatwe uzyskiwanie wody pitnej i pożywienia z bogatych w plankton wód oceanicznych. Było oczywiste, że rasie Indowy wystarczała do życia zaledwie odrobina żywności, wody i surowców naturalnych.

Planety podobne do tej tworzyły przyjazną, miłującą pokój Federację Galaksjan. Miliardy Indowy wykonywały niewolniczą pracę dla garstki zbierających śmietankę Darhelów. Pokojowe światy roiły się od przyjaznych istotek o zajęczym sercu, które żyły tylko po to, by służyć. Nieświadomi wyzysku Indowy harowali w polu, a darhelscy poganiacze niewolników twierdzili, że ich wszystkich kochają. Galaksjańska polityka przyprawiała Mike’a o mdłości, ale nie tak bardzo jak to, co robili Posleeni.

Technologia Galaksjan, wysoki przyrost naturalny i nikłe potrzeby Indowy przyczyniły się do powstania populacji rzędu dwunastu miliardów, zanim przybyli Posleeni. Teraz liczba Indowy wynosiła pięć miliardów i stale spadała. Jeden kontynent został całkowicie stracony, jeden wciąż był nietknięty. Trzeci kontynent wpadł w ręce wroga w całości, oprócz małego skrawka w kształcie odkrojonego kawałka pizzy na północno-zachodnim wybrzeżu.

Posleeni nie interesowali się wnętrzem lądów bardziej niż Galaksjanie.

Mike stał na wirtualnej krawędzi zbocza na terenie tego kawałka pizzy i patrzył na dwie armie wijące się na dnie doliny jak szarpane wiatrem płótno. Zbliżali się Posleeni, a drugi batalion trzysta dwudziestego piątego pułku piechoty zmechanizowanej przygotowywał się odparcia ataku.

Pierwszą stawiającą opór jednostką był pluton zwiadowczy, który wyłonił się nagle z głębokiego koryta wyschniętej rzeki i otworzył ogień z karabinów grawitacyjnych. Kiedy węże srebrnych błyskawic dotarły do Posleenów, pierwsze szeregi wroga zaczęły znikać wśród błysków eksplozji. Rozpalone pękate pociski pruły powietrze wśród śmigających strumieni srebrzystej plazmy. Upadając, przekazywały swoją energię cieplną organizmom Posleenów, którzy stawali się żywymi bombami, ich krew zmieniała się w parę, a udar hydrostatyczny rozsadzał ich ciała na drobne kawałki. Pociski ze zubożonego uranu, wystrzeliwane z prędkością równą sporemu ułamkowi prędkości światła, waliły w Posleenów jak hiperszybkie granaty.

Mike z trudem dostrzegał zwiadowców. Z rozkazu dowódcy batalionu ich pancerze zostały pomalowane w brązowe łaty, żeby nie odróżniały się od otoczenia. Jednak kiedy Mike nastawił sensory na długość fali światła widzialnego dla Posleenów, okazało się, że związki chemiczne w użytej farbie fluoryzują pod wpływem energii gwiazdy F-2 układu podwójnego Diess. W chwili, gdy O’Neal przekazał obraz kilku pozostałym obserwatorom, Posleeni otworzyli ogień.

Zważywszy, że zwiadowcy czekali, aż wróg zbliży się na odległość pięciuset metrów, że byli widziani w promieniach gwiazdy rozbłyskowej jak żarówki w ciemnym pokoju, że wybiegli na otwartą przestrzeń zamiast strzelać z ukrycia i że cztery tysiące Posleenów w pierwszych szeregach nacierało na trzydziestu Ziemian, projekt pancerzy wspomaganych należało uznać za genialny, skoro od pierwszej salwy zginęło tylko dziewięciu zwiadowców. Reszta została odrzucona z powrotem do koryta rzeki przez grad zaostrzonych szrapneli.

Stłumiło to nieco ogień artyleryjski i Posleeni ruszyli naprzód, szybcy jak lwy na krótkim dystansie. Zbliżyli się na dwieście metrów, zanim zwiadowcy wznowili chaotyczny ostrzał. Z tej odległości, pomimo pełnej siły ognia zdolnych jeszcze do walki zwiadowców, wróg w ciągu kilku sekund uporał się ze skierowanym przeciw sobie atakiem i zajął pozycje Ziemian.

Z dystansu ponad tysiąca metrów kompania Charlie rozpoczęła daleki ostrzał z karabinów i broni maszynowej.

Na tabun Posleenów poleciał grad pocisków z granatników pancerzy wspomaganych i kompanijnych moździerzy 100 mm. Eksplozje ryły w ziemi rozległe dziury, a dalsze hordy Posleenów tratowały poległych i parły naprzód.

Węże srebrnych błyskawic wżerały się na dwa, trzy szeregi w głąb masy wrogów, ale cały tabun dalej szarżował wśród rozszalałych strumieni ognia artylerii. Horda Posleenów rozlała się na boki i wzięła w kleszcze rozstawione szeregi kompanii. Pociski śmignęły w stronę bocznych skrzydeł formacji wroga, co zmniejszyło ogólną siłę ognia.

Horda przypuściła szybki atak, tratując stosy własnych poległych. Ponieważ Posleeni wyznawali zasadę, że nie należy niczego marnować, tylne szeregi natychmiast ćwiartowały i wynosiły ciała jako racje żywnościowe na następne dni.

Bez chwili wytchnienia i bez wahania niezmordowany wróg nacierał na oblężoną kompanię. Czasem pocisk moździerzowy albo granat przypadkiem zabijał Wszechwładcę, a wtedy sfora wokół niego jakby traciła orientację.

Jednak już po chwili wasale poległego dołączali do orszaku innych Wszechwładców i kontynuowali natarcie.