— Decyzja należy oczywiście do pana, sir. — Z wyrazu twarzy porucznika generał odgadł, że Mike czyta w jego myślach. — Właściwie, sir, myślę, że wstrzymanie wymarszu nie uszłoby panu na sucho. Zważywszy na koszty zakwaterowania żołnierzy i fakt, że spełniają minimalne wymagania, Kongres zjadłby pana na lunch, gdyby ich pan nie wysłał na akcję.
Z rezygnacją wzruszył ramionami. W całej historii ludzkości żołnierze zawsze byli pionkami w politycznych utarczkach.
— Poruczniku, gdybym sądził, że stracimy batalion, przedłużyłbym szkolenie wbrew wszystkim biurokratom w Waszyngtonie.
Po ponurych wnętrzach statku kolonizacyjnego i gołych ścianach megawieżowca Mike był mile zaskoczony bogatą dekoracją pokoju. Mimo że było to pomieszczenie użytkowe, prawdopodobnie odpowiednik Indowy magazynu z częściami do maszyn, ściany, podłogi i sufit pokrywały skomplikowane malowidła, freski i reliefy.
Wszystkie korytarze, które przemierzył, i wszystkie pokoje, do których zajrzał, urządzono z równym przepychem.
Miłość Indowy do rzemiosła najwyraźniej obejmowała też wystrój wnętrz. W odróżnieniu od podobnych dekoracji tworzonych przez Ziemian, nie było tu żadnych scen ani portretów. Wszystkie ornamenty przedstawiały abstrakcje w postaci zawiłych linii i skomplikowanych figur geometrycznych. Były miłe dla ludzkiego oka i zdumiewająco przypominały motywy na celtyckich broszach.
Około sześćdziesięciu osób zebrało się w dużym pomieszczeniu, które miało służyć jako centrum operacji taktycznych. Maszynerię i pojemniki z tajemniczą cieczą przesunięto pod ściany, szereg krzeseł ustawiono przed niskim podium. W pierwszym rzędzie stało krzesło z obiciem. Na oparciu widniał znak srebrnego dębowego liścia i słowa: „2 Sokół 6”. Z jednej strony podium w klatce gdakał kogut. Kiedy Mike przyglądał mu się złowieszczo, kogut zapiał.
Na podium stało kilku młodszych podoficerów i żołnierzy zajętych uaktualnianiem map rozłożonych na sztalugach. Nadzorował ich major batalionu Norton; kojarzył się on Mike’owi z kogutem rządzącym w kurniku.
Porucznik szybko się przekonał, że wysoki, wyróżniający się wyglądem mężczyzna nie był wcale tak inteligentny, na jakiego wyglądał. Mimo że był bardzo energiczny, niezbyt dobrze radził sobie z nowymi sytuacjami i pomysłami.
Między nim a O’Nealem doszło do kilku sprzeczek podczas pracy nad szkoleniem batalionu.
Mike włączył w okularach tryb przybliżania i spojrzał na rysowany na tablicy plan bitwy.
— Chryste — szepnął — czy nikt nie rozmawiał z oficerem wsparcia ogniowego?
Właśnie wtedy kapitan Jackson, oficer wsparcia ogniowego, uważnie przyjrzał się tablicy i podszedł do majora Nortona. Próbował odciągnąć go na bok, ale major spławił go. Był przecież tylko artylerzystą, więc jego zadanie polegało na udzielaniu wsparcia, i do tego tylko kapitanem, więc można go było zignorować.
Mike rozejrzał się po pokoju wypełnionym żołnierzami w strojach kamuflujących. Obecni byli dowódcy pięciu kompanii z drugimi oficerami, członkowie sztabu z asystentami i starszymi podoficerami, dowódcy posiłkowi, inżynierowie, żołnierze wsparcia ogniowego, sanitariusze i artylerzyści. Wszyscy w oczywisty sposób go ignorowali; w przypadku niektórych było mu to nawet na rękę. Zażyłość z dowódcami kompanii mogłaby spowodować, że w razie ich sprzeczki z majorem Mike też miałby kłopoty. Porucznik zaczął liczyć krzesła.
— Michelle — zagadnął swój przekaźnik — ilu wojskowych w stopniu pierwszego porucznika i wyższych rangą znajduje się w pomieszczeniu?
— Pięćdziesięciu trzech.
— A ile jest krzeseł? — zapytał.
— Pięćdziesiąt.
— Michelle, kto kierował ustawianiem krzeseł?
— Sekcja operacyjna batalionu.
— Jasny gwint.
Jego stosunki z dowódcą batalionu i jego sztabem nie tylko nie poprawiły się, ale nawet uległy pogorszeniu.
Jego, jak mniemał, taktowną i konstruktywną krytykę w zakresie komunikacji i systemów kontrolnych odbierano negatywnie jako nie wspartą doświadczeniem, mimo że ograniczył się tylko do spraw bezpośrednio związanych z pancerzami wspomaganymi. Skrytykował na przykład chęć dowódcy do wysyłania batalionu naprzeciw nieprzyjacielskich wojsk. Pomimo groźby ogromnej liczby poległych w walce wręcz, pułkownik najwyraźniej uznał, że broń Posleenów w ogóle nie ima się pancerzy, i wolał spotykać się z nimi mano y monstruo. Scenariusze szkoleniowe były jednak tylko teoretyczne; ziemskie jednostki nie zgromadziły jeszcze żadnych danych na temat zachowania Posleenów podczas walki. Pogarda pułkownika dla badań nad udoskonaleniem scenariuszy zwiększyła się tylko po nieudanej próbie Mike’a niedopuszczenia batalionu do walki.
Mike uznał za konieczne, jakkolwiek nietaktownie mogło to zabrzmieć, skrytykowanie struktury komunikacji.
Brak wiedzy podpułkownika Youngmana na temat pancerzy i technofobia generała spowodowały, że musiał w sprawach przekazywania informacji polegać na sekcji komunikacyjnej i oficerach łączności, zamiast zaprogramować odpowiednio inteligentne przekaźniki. Oficerów łączności przydzielono do odpowiednich sieci i bezpośredni kontakt z dowódcą mieli tylko niektórzy członkowie sztabu i drugi oficer batalionu, major Pauley.
Ponadto Youngman wyznaczył batalion jako odpowiedzialny za zatwierdzanie wszystkich wniosków o wsparcie, z wyjątkiem dotyczących opieki lekarskiej i logistyki. Dowódcy kompanii musieli na przykład składać u niego wniosek o wsparcie ogniowe, a on określał, czy prośba była zasadna. Musieli praktycznie prosić go o zgodę na wszystko. Pułkownik odkrył, że systemy pancerza umożliwiały mu obserwację pola bitwy z pozycji niemal równej bogom Olimpu i że mógł dowodzić ruchami każdego plutonu, jeśli tylko miał ochotę. A miał ochotę. Kontrolował więc wszystkie aspekty operacji. Wspaniały przykład zarządzania w skali mikro.
Niestety winę za powstałe przeciążenie systemów informacyjno-dowodzących postanowił zrzucić na pancerz wspomagany zamiast na sposób prowadzenia akcji. Utworzył zatem dłuższy łańcuch przekazywania informacji między nim a dowódcami kompanii i systematycznie pozbawiał ich inicjatywy. Dlatego w każdym scenariuszu bojowym, jaki dotąd przećwiczono, nie rozwijano umiejętności przeprowadzania skutecznych manewrów i przekazywania rozkazów. A teraz żołnierzy wysyłano do walki.
Na krótko przed dziewiątą poszczególne grupy zebranych zaczęły zajmować miejsca przed podium. Mike’a ani trochę nie zaskoczyło, że kiedy wszyscy już usiedli, zabrakło krzeseł dla drugiego porucznika Eamonsa, dowódcy plutonu inżynieryjnego, drugiego porucznika Smitha, dowódcy plutonu zwiadowczego — obydwaj byli drugimi oficerami kompanii — dla niego samego oraz podoficerów od starszego sierżanta po szeregowców. Starszy sierżant wyglądał na naprawdę wkurzonego.
Po chwili major Norton polecił powstać z miejsc, do pokoju wkroczył podpułkownik Youngman i przeszedł między rzędami do swojego krzesła. Zajął miejsce oznaczone „2 Sokół 6”, wziął filiżankę kawy od krążącego z tacą szeregowca i pozwolił wszystkim usiąść.
— Witam panów — powiedział major Norton. — Oto nasza misja: Zespół Uderzeniowy drugiego batalionu trzysta dwudziestego piątego pułku piechoty zajmie się obroną skrzydła III Korpusu w regionie megalopolis Deushi u podnóża masywu Nomezdi. Pierwszy porucznik przedstawi szczegóły.
Tym pierwszym porucznikiem był Phil Corley. Miał ciemne włosy i lekką niedowagę, i był niezwykle inteligentny, choć czasem brakowało mu zwykłego zdrowego rozsądku. Podszedł do sztalugi i dramatycznym gestem odrzucił płótno. Mapy na sztalugach zasłonięto przed wejściem pułkownika. Płótno pokrywały gęsto czerwone odciski pieczęci ŚCIŚLE TAJNE. Mike nie był pewien, przed kim chciano utajnić plany, skoro Posleeni, o ile było mu wiadomo, nie mieli systemów wywiadowczych.