Całą podróż odbywali autobusem, a kierowca nalegał na postoje dosłownie co pięćdziesiąt kilometrów. Na pokładzie znajdowała się toaleta, więc przez cały pierwszy dzień Pappas trzymał pluton w środku autobusu, ale w końcu musieli zatrzymać się na obiad. Miejscowi zlecieli się jak pszczoły do miodu na widok rekrutów w szarych i srebrnych jedwabnych uniformach. Pappas został zarzucony pytaniami, na które musiał odpowiedzieć. Nagle zdał sobie sprawę, że widzi tylko dwudziestu z czterdziestu żołnierzy, których miał pod swoją komendą. Zaklął, kiedy okazało się, że większość brakujących rekrutów należała do sławetnej drugiej drużyny.
Już trzy albo cztery razy zastanawiał się nad podzieleniem tej drużyny, ale za każdym razem rezygnował z takiego zamiaru. Problem z tymi żołnierzami polegał na tym, że byli rzeczywiście tak dobrzy, jak im się wydawało. Pojmowali każdą lekcję już za pierwszym razem. Nigdy nie zasypiali, ich sprzęt był zawsze w idealnym stanie, zawsze wykonywali zadania na czas albo nawet przed czasem. Mieli przeciętne wyniki lepsze niż ktokolwiek, z wyjątkiem kilku osób w całej kompanii. Był to jeden z rzadkich przypadków, kiedy jakaś grupa w wojsku odznaczała się kompetencją i zdolnościami. Niestety dowódca drugiej drużyny, starszy szeregowy James Stewart — najbardziej czarujący młodzieniec, jakiego tylko mogłaby sobie wymarzyć każda młoda dziewczyna — najprawdopodobniej był wichrzycielem całej grupy.
Wkrótce po przyjeździe podstawowej grupy szkoleniowej inspekcje ujawniły ogromne ilości mocnego alkoholu w posiadaniu rekrutów. Ponieważ nie sposób było całkowicie odciąć dopływ nieprzepisowego płynu do armii, dotychczas podczas podstawowego szkolenia jedna butelka mogła pojawiać się raz na kilka tygodni. Intensywne przesłuchania wystraszonych rekrutów nie ujawniły źródła; dostawcy tworzyli zgraną siatkę.
Rekruci mogli zamawiać alkohol w ten sposób, że małe zwitki papieru z zapłatą ukrywano w szparach ścian koszar, w toalecie albo na gdzieś na placu apelowym. Następnego dnia w szafce rekruta pojawiała się butelka albo instrukcja, gdzie ją odebrać. CID, Kryminalny Wydział Śledczy Sił Lądowych, przez długie tygodnie próbował złapać szmuglerów na gorącym uczynku, ale zawsze zjawiał się na miejscu odrobinę za późno. Inspektorzy dochodzeniowi obserwowali kiedyś przez trzy dni miejsce, w którym zostawiano zapłatę, tylko po to, żeby przekonać się, że dziura w ścianie przechodziła na wylot.
Alkohol, papierosy, pornografia, ale o dziwo żadnych narkotyków. Po dwunastu tygodniach szkolenia kompania Alfa miała dwutygodniowe ćwiczenia w terenie. Okazało się, że przez cały ten czas w całej kompanii, a nawet batalionie, nie pojawiła się ani jedna pełna butelka. Było zatem oczywiste, że roznosiciele należeli do kompanii Alfa.
Agenci CID masowo rzucili się na kompanię Alfa, ale Spec sierżant Pappas od dawna już wiedział, kto był przywódcą szajki. W ostatnim tygodniu szkolenia, po nieudanej sobotniej inspekcji, Pappas wyprowadził pluton z koszar i wraz z pierwszym sierżantem kompanii, surowym weteranem Sił Specjalnych o stażu jeszcze dłuższym niż jego, przewrócili koszary do góry nogami.
Łóżka wylatywały przez okno wraz z osobistymi szafkami, szafkami na wyposażenie, ubraniami, sprzętem i wszystkim, co tylko dało się ruszyć. Każdy przedmiot poddano krótkim, ale dokładnym oględzinom. Kiedy już prawie mieli się poddać, znaleźli wreszcie to, czego szukali, w samym środku betonowej ściany za szafką dowódcy drużyny.
Było to prawdziwe wyzwanie dla doświadczonych podoficerów. Z jednej strony pogwałcono wprawdzie liczne przepisy, ale z drugiej strony żołnierze drużyny spisywali się w innych dziedzinach lepiej, niż każdy podoficer mógłby sobie wymarzyć. Najgorszy w tym wszystkim był fakt, że bycie dowódcą wojskowym wymagało szacunku podkomendnych. Dowódca musi czasem wysłać żołnierzy na pewną śmierć, a oni pójdą, jeśli będą go szanowali, kochali i bali się go bardziej niż kogokolwiek na świecie. Gdyby szli na wojnę z przekonaniem, że są w stanie dokonać wszystkiego, mogłoby to skończyć się gorzej, niż gdyby w ogóle nie byli szkoleni. Ale ci żołnierze byli tak dobrzy w swoim rzemiośle — szczególnie Stewart — że posłanie ich w odstawkę byłoby zmarnowaniem całego procesu szkolenia i ich talentu.
Mieli trochę czasu, żeby wszystko przedyskutować. Kaprale musztrowali rekrutów do utraty tchu, a sierżant Pappas był całkowicie pewien, że żołnierze nie spodziewali się przeszukania. Podoficerowie szybko doszli do porozumienia, obmyślili plan i wyszli na plac do rekrutów. Rekonstrukcja pomieszczeń drużyny została bardzo dokładnie przeprowadzona przez kaprali szkoleniowych. Potem, kiedy Stewart sprawdzi skrytkę, zacznie się zastanawiać, czy to podoficerowie, czy rekruci splądrowali jego tajny magazyn.
Dwa dni później odbyły się nie zaplanowane ćwiczenia polowe. O drugiej nad ranem rekruci zostali poderwani z łóżek, wbici w mundury i popędzeni w ciemność.
Pluton podzielono na drużyny i poddano morderczej musztrze. Były to ćwiczenia biegu i padu, przywierania do ziemi, żeby ostrzelać wroga, podczas gdy inna drużyna rusza naprzód, a potem znowu biegu do następnej pozycji ostrzału. Trzeba było biec dwadzieścia do trzydziestu metrów, paść na ziemię, wystrzelić kilka ślepaków, poderwać się na nogi z pięćdziesięcioma kilogramami sprzętu na plecach, a potem powtarzać wszystko całymi godzinami.
Rekrutów nadzorowali kaprale szkoleniowi, a Spec sierżant Pappas cicho przemieszczał się w ciemnościach od drużyny do drużyny i obserwował wszystkich, samemu nie będąc widzianym. Zniknęły wszystkie zaokrąglenia, ten „cywilny tłuszczyk”, który na początku był widoczny nawet u rekrutów w dobrej formie. Wszyscy stali się twardymi, wytrzymałymi mężczyznami o niespożytej energii, niebezpiecznymi jak małe grzechotniki. Dokładnie takimi, jakimi mieli się stać.
Przed świtem drużyny rozproszono, a potem zgodnie z zaleceniami kaprale szkoleniowi zebrali wszystkich i całkowicie wbrew obowiązującej doktrynie rozpalili ogień. Ognisko było niebezpieczne dla współczesnej piechoty, ujawniało jej pozycję, stwarzało zagrożenie pożarowe w lasach i szkodziło środowisku naturalnemu. Ale Pappas wiedział, że żołnierze piechoty są pod wieloma względami atawistyczni. Chętnie tarzają się w pyle i błocie, nawet gdy to przeklinają, a ogień trąca szczególną strunę w każdym człowieku. Jak niewiele rzeczy na świecie, ogień otwiera duszę, a czasem nawet otworzyć ją może właśnie tylko on.
Kiedy druga drużyna rozłożyła się na plecakach i wypoczywała przy ciepłym świetle, Pappas po cichu wyłonił się z mroku i gestem dłoni polecił kapralowi szkoleniowemu oddalić się.
Członkowie drużyny podnieśli się do pozycji siedzącej i rzucali ukradkowe spojrzenia na Stewarta. On natomiast utkwił bazyliszkowy wzrok w sierżancie Pappasie; jego spojrzenie mogło powstrzymać nawet szarżującego byka.
W pierwszym tygodniu nauczył się, żeby nie patrzeć w ten sposób na Pappasa, ale teraz najwyraźniej nadszedł czas, aby to zrobić.
Pappas sięgnął do przepastnych kieszeni spodni i wyciągnął dwanaście zwitków banknotów.
— Chyba coś zgubiliście — powiedział i rzucił po jednym do każdego rekruta.
— Sir — zaczął jeden z żołnierzy — to nie jest tak, jak pan myśli!
— Zamknij się — warknął Stewart.
Rekrut zamknął się.
— Zdradzę wam pewien sekret, żołnierze — powiedział Pappas cichym i pozornie obojętnym głosem.